Elegancko remiksujący estetykę lat '60 Cut Worms - a właściwie Max Clarke, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko wykonawcy - nie doczeka się z moich ust pochwał wyższych niż te, którymi uraczyła go Miranda Wollen w recenzji albumu zatytułowanej, bagatela, Cut Worms is a Timeless Triumph:
Max Clarke’s third full-length project under his beloved moniker presents itself calmly and without too much fuss, like an album your grumpy-with-a-heart-of-gold grandfather might have played after supper on a big, clunky CD player when he babysat you as a little kid—or that you’d hear in a small-town diner with a 15-page, laminated menu. It’s front-porch firefly music, sepia-toned and even-keeled.
Akurat na nieco odprężenia po powrocie do pracy! Może więc i wy przytnijcie robala:
Dokładam też Living Inside do zgromadzonego stosiku jako kolejny utwór z teledyskiem retro! Znalazłoby się ich pewnie na blogu jeszcze więcej; najwidoczniej coś mnie rusza w tej estetyce.