poniedziałek, 2 lutego 2026

Muzyczne Poniedziałki: goin' back to school!

Elegancko remiksujący estetykę lat '60 Cut Worms - a właściwie Max Clarke, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko wykonawcy - nie doczeka się z moich ust pochwał wyższych niż te, którymi uraczyła go Miranda Wollen w recenzji albumu zatytułowanej, bagatela, Cut Worms is a Timeless Triumph

Max Clarke’s third full-length project under his beloved moniker presents itself calmly and without too much fuss, like an album your grumpy-with-a-heart-of-gold grandfather might have played after supper on a big, clunky CD player when he babysat you as a little kid—or that you’d hear in a small-town diner with a 15-page, laminated menu. It’s front-porch firefly music, sepia-toned and even-keeled.  

Akurat na nieco odprężenia po powrocie do pracy! Może więc i wy przytnijcie robala: 

Dokładam też Living Inside do zgromadzonego stosiku jako kolejny utwór z teledyskiem retro! Znalazłoby się ich pewnie na blogu jeszcze więcej; najwidoczniej coś mnie rusza w tej estetyce. 

piątek, 30 stycznia 2026

Catwoman: Lonely City

Z przyjemnością donoszę: nie sparzyłem się jeszcze ani razu na komiksach z linii DC Black Label, imprintu szczycącego się "dojrzałymi" historiami niekoniecznie osadzonymi w mainstreamowej continuity. The Other History of the DC Universe - pół-prozatorski projekt Johna Ridleya, twórcy oscarowego 12 Years a Slave - to rzecz wybitna, absorbujący portret dekad portretowania mniejszości na łamach DC. Harleen Stjepana Šejića to historia bardziej konwencjonalna (retelling początków Harley Quinn), ale wyśmienicie zrealizowana dzięki ogromnej autorskiej kontroli: Šejić była zarówno scenarzystą, jak i rysownikiem. The Nice House on the Lake to świetny horror Jamesa Tyniona IV oraz Álvaro Martìneza Bueno, współpracowników dogranych już przy okazji doskonałej Justice League Dark... a to i tak tylko tytuły, którym poświeciłem całe teksty na blogu!

Dziś na warsztat weźmiemy kolejną historię z Black Label, nienajmłodszą już Catwoman: Lonely City (oryginalnie ukazującą się na przełomie 2021 oraz 2022). "Nienajmłodsza" to mój delightful little joke, ponieważ komiks opowiada o wybitnie dojrzałej już Selinie Kyle - nasza bohaterka opuszcza więzienie w wieku 55 lat. 

Cliff Chiang 💖 Okładka doskonale zapowiada, czego się spodziewać - to komiks będący listem miłosnym do postaci oraz całej jej wieloaspektowej historii.

Zakochałem się w pracach Cliffa Chianga niemal dwadzieścia lat temu, kiedy dostał angaż głównego rysownika w serii Green Arrow/Black Canary z 2007 (o której - również za jego sprawą - stale obiecuję, że w końcu napiszę). Chiangowi nie wystarczy etykietka "rysownika"; sam nakłada też tusz, w rezultacie osiągając uderzający styl wspaniale operujący mocnymi konturami:

Green Arrow/Black Canary #1, grudzień 2007

Nie była to pierwsza praca Chianga w komiksowym mainstreamie, ale cóż, I love Green Arrow, I love Black Canary, and I love them as a couple, zwyczajnie musiałem więc sięgnąć po tę serię! Z późniejszych prac Chianga warto wspomnieć o Wonder Woman z ery The New 52 (2011) oraz o nagrodzonych Eisnerem Paper Girls (te doczekały się już własnego wpisu!). W jakiej roli zobaczymy więc dziś tego artystę; scenarzysty, rysownika, inkera?

!

Tak jest, to kompletnie, stuprocentowo autorski projekt Chianga - nawet  Šejić w Harleen nie poszedł tak daleko, by samemu przygotować również liternictwo! Ale dość już kontekstów; co widzimy w samej historii?

Otóż Selina - po długich dziesięciu latach - opuszcza mury więzienia. Mogłaby tam zabawić dłużej, ale burmistrz Harvey Dent (otwarcie były Two-Face, zbijający zresztą kapitał polityczny na swoim odkupieniu) jest jasnego zdania: skoro on sam dostał drugą szansę, czas najwyższy, by i Catwoman takiej się doczekała.   

Selina nie siedziała zresztą za byle skok na jubilera: dziesięć lat wcześniej - podczas dramatycznych wydarzeń tzw. Fools' Night - zginął Batman, i winą została obarczona właśnie ona.

Nie zdradzę szczególnie dużo pisząc, że to bynajmniej nie Selina była odpowiedzialna za śmierć kochanka - ale wątpliwa sława kobiety, która zabiła Batmana ciągnęła się za nią w więzieniu i ciągnie się nadal.   

Nie tylko Bruce jest zresztą martwy; w grobach spoczywa już większość Bat-rodziny.

Na panelu powyżej Selina dziarsko przesadza mur, ale lata lecą, więzienie zrobiło swoje, a stawy już nie te, co kiedyś - nawet ten pozornie prosty manewr (na który kiedyś nie zwróciłaby nawet uwagi!) okazuje się dużo ją kosztować fizycznie. Pięćdziesiąt pięć lat to jeszcze nie emerytura - nadal jest mistrzynią w swoim fachu - ale wszystko jest trudniejsze, bolesne, bardziej kosztowne.

Nie wspominając nawet o tym, jak kosztowna przez dziesięć lat zrobiła się kawa na mieście:  

Od cen, przez modę, po realia codziennego życia - Gotham poszło naprzód, i wyobcowanie Seliny jest jednym z głównych wątków. Biorąc pod uwagę tytuł komiksu - nic dziwnego. 

Miasto stało się gorsze, chciałoby się instynktownie powiedzieć, ale czy na pewno? Cyfryzacja oraz brak prywatności wkroczyły z przytupem w codzienne życie - płaci się teraz raczej elektronicznymi G-money, a niedługo zamiast dokumentów obowiązkowe stanie się noszenie identyfikacyjnej opaski - ale czy to jakieś superłotrowskie machinacje, czy zwykły postęp technologii? Selinie trudno otrząsnąć się z wrażenia, że ma do czynienia z tym pierwszym, ale... no właśnie. 

I chociaż ulice przemierzają nieprzyjaźnie wyglądający bat-cops w maskach honorujących najsłynniejszego obrońcę Gotham, może nie są to tylko faszystowcy siepacze Denta: przestępczość autentycznie spadła, a burmistrz cieszy się społecznym mandatem.

Jedną z ostatnich ocalałych z bat-rodziny jest Barbara Gordon, była Batgirl oraz Oracle, obecnie - kontrkandydatka burmistrza Denta w kolejnych wyborach. To jej ustami Chiang wygłasza jedną z tych stałych krytyk superbohateszczyzny:  

"You're right, it's not perfect."

Ta debata to zawsze grząski grunt, i uczciwie mówiąc znużyła mnie już lata temu: od czasu do czasu po twitterze bądź podobnych mediach zaczyna krążyć tzw. hot take, że Batman zrobiłby dużo więcej porzucając rolę zamaskowanego mściciela i oddając się zwyczajnie działalności społecznej oraz filantropii. Jak już kiedyś wspominałem, jest to tak naprawdę żart, który niektórzy wzięli niefortunnie za uczciwą analizę postaci; it can blow your mind as an "adult thing" when you're 13, ale ostatecznie nie ma podstaw ani w tekście (Bruce Wayne dosłownie od dekad pisany jest jako społecznie świadomy i aktywny filantrop), ani w szerszej dyskusji nad medium (Bruce siedzący w gabinecie i wypisujący czeki byłby średnio ekscytujący w kontekście awanturniczej historii przygodowej).

Cieszy mnie więc wywołanie tego problemu na łamach Catwoman: Lonely City, szczególnie z racji na nadanie mu subtelniejszych odcieni: działalność czysto finansowa robi dobre rzeczy, ale it's not perfect, jak mówi sama Barbara. Poza projektami miejskiej rekonstrukcji fundusze Wayne'a idą też na inwigilację obywateli oraz prywatną policję wjeżdżającą z pałami na imigrancki stragan:

ICE DATABASE LOOKUP.  W kontekście ostatnich wydarzeń w Stanach związanych z zamaskowanymi funkcjonariuszami ICE scena ta - napisana pół dekady temu - jest dodatkowo sugestywna. 

W późniejszej sekwencji Chiang dostarcza własnej odpowiedzi na ten stary problem "Batmana nieracjonalnie dysponującego funduszami": gdy ma dojść do wyburzenia sąsiedzkiej ikony miasta, lokalna społeczność odpowiada następująco: 

To tylko wątek poboczny, ale też ciekawy punkt wyjścia do dyskusji!

Batman był istotny nie z racji na to, że co noc zatrzymał paru przestępców; był istotny z racji na bycie figurą aspiracyjną, wspólnym symbolem reprezentującym wspólną sprawę. And how do you put a price tag on a symbol? Ten właśnie element często jest pomijany, kiedy ktoś powtarza narzekania Alana Moore'a o superbohaterach jako figurach autorytarnych lub wręcz faszystowskich, might makes right and all; prawdziwa wartość superbohaterów leży właśnie w symbolice, w inspirowaniu, w budowaniu wspólnoty oraz wspólnego kodu kulturowego - i cieszy, że Chiang (jak wielu współczesnych scenarzystów i scenarzystek) otwarcie się do tego odnosi. Destylując tę myśl jeszcze bardziej: w prawdziwym życiu Batman nie może nikomu pomóc swoimi pieniędzmi, ponieważ nie istnieje; w tym samym prawdziwym życiu Batman może pomóc wielu osobom jako wspólna ikona oraz źródło inspiracji.

Oczywiście, grupa protestujących zakładających maski inspirowane super-postacią to dość ograny motyw, ale - jak wspomniałem - to tylko poboczny wątek, akceptuję więc pewną wizualną drogę na skróty... a do tego Chiang realizuje go sprawnie.

Skoro już mowa o symbolice!

Ciekawe jest też przedstawienie masek jako kompletnie odmiennych w wymowie w powiązaniu z określoną relacją siły: raz jako zdejmującego odpowiedzialność oraz celowo dehumanizującego rynsztunku aparatu władzy; w kontraście - jako narzędzia anonimizującego bezpieczeństwa oraz społecznej wspólnoty. To truzim, że maska często poza ukrywaniem ma również budować tożsamość, przyciągać uwagę - ale jest to motyw stale powracający na łamach Lonely City, jak choćby w scenie, w której nad tą właśnie kwestią dyskutują Catwoman oraz Riddler; również starszy, również spokojniejszy i mądrzejszy: 

"You don't dress up unless you want to be seen..."

Jak mówiłem: to truizm, ale nawet o truizmach warto okazjonalnie przypomnieć! Jak wpływa na dojrzalszą obsadę komiksu zrzucenie starych masek? Na poziomie intrygi było to wymuszone przez nowe porządki w Gotham; na poziomie interpretacji jest to punkt wyjścia do uroczej pracy charakterologicznej. Kim są Catwoman czy Riddler bez kostiumów, bez wypracowanych latami autokreacji barwnych łotrowskich figur? Gdzie przebiega linia pomiędzy Seliną a Catwoman? Po raz kolejny: są to pytania klasyczne dla gatunku, ale narracji Chianga dodatkowej warstwy elegancji dodaje, że osobę oraz kreację dzieli nie tylko akt założenia lub zdjęcia maski, przeistoczenia się w alter ego w budce telefonicznej - dzielą je doświadczenie, lata, czas, życiowa perspektywa.

Czasami doceniamy, ile przybyło nam rozumu na przestrzeni lat; innym razem tęsknimy za tym, ile fantazji mieliśmy kiedyś: 

Starsza Poison Ivy nadal czuje ducha minionych zmagań!

I kto wie, być może założenie maski pomoże odrobinę się wyluzować również Selinie:

Po prostu nie mogę z tej radosnej, po latach pełniejszej w kształtach Poison Ivy! Cliff Chiang zrobił to po raz kolejny 💖

Inny ciekawy element w dyskusji nad maskami i kostiumami: na przestrzeni lat nosiliśmy ich przecież wiele, i Catwoman nie równa się Catwoman. Kiedy Selina zbiera ekipę na nowy skok, do drużyny dołącza niejaki Winston, młody zdolny, i z miejsca robi się odrobinę krępująco: 

No tak, którą inną wersję mógłby mieć w pokoju dorastający chłopak!

Fioletowy obcisły kostium autorstwa Jima Balenta był odrobinę niechlubną ikoną lat '90; są w superbohaterskim światku kostiumy dużo bardziej skąpe, ale ten miał wybitną tendencję do rozdzierania się co przygodę oraz do bycia rysowanym w sugestywnych pozach (Balent kontynuował zresztą później karierę już otwarcie w dziedzinie erotyki). Ale zauważmy, powrót do tej ery nie wiąże się z tłuczeniem biednego chłopaka po głowie; it's okay, Winston, mówi wyraźnie rozbawiona Selina. Wszyscy byliśmy tym, kim byliśmy

Catwoman #1, sierpień 1993

Jak widać - Chiang nie używa dokładnie kadru Balenta, ale intencja jest jasna! Scena ta doczekuje się interesującego kontrapunktu nieco później, gdy w skład zespołu wchodzi Edie Nygma - córka Riddlera.

"Red sky, and you're wearing that black costume? With the goggles? That was my favorite."

Ponownie, Cliff Chiang porusza się po historii Catwoman z doskonałą precyzją: ulubiony stój Edie jest również moim ulubionym strojem, ponieważ - gdy zaprojektował go w 2002 Darwyn Cooke - był to krok milowy w mainstreamowym przedstawieniu superbohaterek po roznegliżowanych latach '90.    

Pin-up autorstwa Kevina Nowlana z tej właśnie epoki. Czy to dokładnie o nim mówi Edie? Tego bez autorskiego komentarza nie stwierdzimy, ale odhacza wszystkie aspekty jej opisu! 

Nie przesadzam mówiąc o kamieniu milowym: strój ten - choć nadal seksowny - stanowił deklarację ideową: ograniczmy trochę niektóre absurdy. I tak właśnie Selina doczekała się solidnych butów z solidną podeszwą, kombinezonu, który podczas akcji miał suwak generalnie zapięty oraz ikonicznych gogli do nocnej roboty. Co ciekawe, za konceptem stroju (jak można wyczytać w redakcyjnej kolumnie z Catwoman #1 z 2002) stała żona scenarzysty Eda Brubakera, Mel; Darwyn Cooke zrobił zaś doskonałą robotę w implementacji jej pomysłów oraz przesunął Selinę z '90s pornstar proportions w stronę - jak sam otwarcie mówił - subtelnej elegantki wzorowanej na Audrey Hepburn.

Ulubione interpretacje Catwoman to nie tylko podróż w przeszłość oraz uścisk dłoni wymieniany pomiędzy weteranami oraz weterankami; to również ładne narzędzie do zarysowania charakterów postaci oraz wieloaspektowości samej głównej bohaterki. Wiem, że wpis ten zmienia się powoli w podróż po epokach postaci, ale podobne założenie przyświecało najwyraźniej również Cliffowi Chiangowi! Oto więc restrospekcyjna Selina w telewizyjnym stroju z lat '60, kiedy to grała ją Julie Newmar:   

To ta era teatralności oraz zabawy! Bardzo dżentelmeński Batman ma tu niemal słyszalny głos Adama Westa.

Nawet medalion jest ten sam:

Czy mam właśnie ochotę odpalić stary serial z Batmanem? Owszem, mam.

We used to be young, zdaje się mówić Selina; it all used to be so fun. Kolejne maski, kolejne tożsamości, kolejne etapy naszego życia; wszystkie na swój sposób istotne.

Wróćmy na chwilę do przywołanej już wcześniej sekwencji, bo tożsamościowe aluzje są tu naprawdę wielowarstwowe! Zostawmy tym razem dialog i skupmy się na strojach:

Co sugeruje charakterologicznie fakt, że bluza Edie stanowi trawestację symbolu Wonder Woman?

Czasami spotykam się z klasyczną wymęczoną szkolną odpowiedzią: a czy musi coś sugerować? Może po prostu autor uznał, że fajnie wygląda. Może! Pamiętajmy jednak, że rysowanie każdej strony, każdego panelu to godziny pracy; to nie wklepanie prompta do generatora - artyści oraz artystki projektują zwykle postacie w najmniejszych detalach (te szkice koncepcyjne to często później wspaniały dodatek do wydań zbiorczych). To jedno; drugie - od postaci do postaci, ze sceny na scenę, nawet codzienna moda wykorzystywana jest tu bardzo świadomie. Detal z Wonder Woman jest oczywisty; teraz spójrzmy na bluzę Seliny!  

Zgadza się - to wyraźne odniesienie do kostiumu Black Canary z okresu wczesnych Birds of Prey:

Birds of Prey #7, lipiec 1999

Czy jest to hermetyczny język wizualny skierowany do osób siedzących w hobby od dekad? Owszem. Ale takie właśnie projekty do idealne miejsce na podobne zabawy: Cliff Chiang nie tylko wymienia z nami ten wspomniany specjalistyczny uścisk dłoni, pozdro dla kumatych, ale zarazem wzbogaca scenę oraz charakteryzację dzięki wszystkim kontekstom wywołanym przez zastosowanie określonej kombinacji kolorów/identyfikacji wizualnej. Będzie to zdanie okropnie naszpikowane akademickim żargonem, ale mamy tu maskę/kostium jako element leksykonu tożsamościowej autokreacji - z którego Chiang korzysta z biegłością eisnerowskiego weterana branży.

Wiecie, że stronię jak mogę od akademickiego napuszenia, ale okazjonalnie wykorzystajmy je na naszą korzyść: Cliff Chiang demonstruje z maestrią, jak bogatym w historię, treści, konteksty oraz unikalne narzędzia gatunkiem jest komiks superbohaterski. Być może w roku 2026 demonstruję już fakty szerzej akceptowane, ale cóż, pamiętam z własnych akademickich przygód traktowanie komiksu jako sub-literary genre. Bez znajomości dziedziny oraz kontekstów Catwoman: Lonely City może zostać odczytana wyłącznie jako gatunkowa historia weteranów decydujących się na one last heist, Watchmen jako kryminał z bzdurnym twistem, zaś All-Star Superman jako seria dziwacznych, surrealistycznych opowiadań. Sam nie jestem od tego podejścia wolny; dekady temu, gdy zarekomendowano mi Watchmen jako kamień milowy gatunku, po zakończeniu lektury też myślałem i co, to tyle, o to tyle szumu? Kryminał z bzdurnym twistem.

Jeśli więc nie czujecie jakiegoś uznanego klasyka - spokojnie, dajcie sobie tych parę (-naście/-dziesiąt) lat. Mam świadomość, że mówiąc ufajcie rekomendacjom osób ze stażem stawiam się w bardzo wygodnej sytuacji, ale nie chodzi o encyklopedyczne popisy czy wyścigi w branżowej wiedzy - raczej o przypomnienie, jak wiele tekstów możemy odczytywać na wielu poziomach.

Dla przełamania ściany tekstu: Catwoman i Killer Croc budują formę przed skokiem; spójrzcie, jak pięknie Chiang wykorzystuje kolory do pokazania upływu czasu!

"Ale dobry tekst powinien być czytelny i atrakcyjny dla wszystkich", słyszę czasem odpowiedź, i mogę tylko powiedzieć: świetnie, jeśli jest - ale nie musi. Im głębiej w las, tym bardziej doceniamy w końcu autorów oraz autorki zaprowadzających nas coraz dalej, budujących coraz wyżej; trudno to robić, gdy za każdym razem zaczynamy od podstaw, od pierwszej klasy. Mówiąc edukacyjnie, pozwólmy niektórym kursom być kursami dla zaawansowanych; pozwólmy im mieć listę wstępnych wymagań, by oszczędzić pracy zarówno wykładowcy, jak i studentom.

Ujmując sprawę jeszcze inaczej: jeśli coś jest uniwersalnie atrakcyjne - jest to świetny produkt. Doceńmy, że istnieją teksty aspirujące do bycia czymś więcej.

Kontekst: podobny manewr zastosowany przez tego samego twórcę we wcześniejszych Paper Girls!

Zdryfowaliśmy w poważne kwestie, ale trzeba czasem poświęcić im nieco miejsca! Dylemat przystępność vs. złożoność to, co tu kryć, jedna z kluczowych współcześnie kwestii komiksu superbohaterskiego jako gatunku i - podobnie jak Barbara Gordon - mogę wam tylko powiedzieć: yeah, it's not perfect; niezależnie, w którą stronę pójdziemy. Osobiście cieszę się więc, że istnieją imprinty w rodzaju Black Label - pozwalające właśnie na głębsze, autorskie projekty. Czy rozbijają bank finansowo? Zazwyczaj nie, ale konsekwentnie, krok po kroku, posuwają medium naprzód. 

Co oczywiście również nie oznacza, że wśród standardowych miesięczników nie ma perełek przesuwających granice oraz leksykon gatunku (Hawkeye 💖). Widzicie, jak wieloaspektowa to dyskusja! Czuję się teraz nieco jak występujący na łamach Catwoman: Lonely City Riddler, analizujący wszystko po trzy razy i finalnie sam niepewny, do czego właściwie doszedł.

Jedną z kluczowych zagadek komiksu jest Bruce zostawiający po sobie coś o kryptonimie Orpheus:   

"Then again, maybe it was just a cool code name: 'Project: Orpheus.'"

Tak, Selina i Eddie (bo czy nadal Catwoman i Riddler?) nawiązują po latach bliższą relację, co z jednej strony jest bardzo sensowne (Riddler często portretowany jako drugi najbłyskotliwszy człowiek w Gotham... gdyby tylko nie był tak zafiksowany na przestępczości); z drugiej, jak słyszymy wprost, może nie ma sensu patrzenie w kółko w przeszłość, rozpatrywanie wszystkiego pod kątem dawnego sensowne/nie. Nowy dzień jest nowym dniem, nieważne w jakim wieku, po ilu latach odsiadki, z jakimi doświadczeniami.

...ale z drugiej strony...  

Powiedziałem tu już chyba dość, by pokazać, jak wysoką estymą darzę Cliffa Chianga oraz Catwoman: Lonely City.  To komiks symboliczny tam, gdzie potrzeba symboliki, ale wciąż niejednoznaczny w możliwych odczytaniach. Czym jest Orpheus? to wiodące pytanie komiksu, ale nie piszę przesadnie dużo o samej intrydze; it's a good heist story, sure, ale prawdziwa atrakcyjność drzemie w tematyce oraz metaforyce. Chiang pięknie buduje historycznie wieloaspektową tożsamość Catwoman, ale na najważniejsze pytania wciąż musimy odpowiedzieć sobie samodzielnie: czy byliśmy naszą przeszłością, czy nadal nią jesteśmy? Jeśli w przeszłości budowaliśmy konkretną tożsamość, jak dzisiaj budujemy konkretne wspomnienia o tych tożsamościach? Te odpowiedzi, nie mam wątpliwości, również będą dla nas zmienne i płynne na przestrzeni lat. Niby więc pięknie narysowana heist story, a jednak... deep stuff, too.

No kidding, jak powiedziałby Riddler.

Pod koniec mamy ładny, ograny morał o współpracy i lojalności - ale czy nie znajdziemy czegoś więcej, jeśli tylko trochę poskrobiemy? 

Catwoman: Lonely City oferuje też coś, co bardzo doceniłem po ostatniej lekturze All-Star Comics z lat '70: pokoleniową wizję superbohaterów, którzy autentycznie się starzeją. Wydaje mi się, że spośród wszystkich alternatywnych wersji (Kapitan Ameryka... ale nazista! Doktor Strange... ale małpa!) właśnie ta wydaje mi się najbardziej angażująca; bez zastosowania alternatywnych rzeczywistości, kwantowych klonów, supermutagenów. Wiele komiksowych postaci jest już na tyle wiekowych, że ich "autobiograficzna" perspektywa nabiera osobliwego autentyzmu; choć same postacie są fikcyjne, widzimy w nich w końcu prawdziwe dekady, prawdziwe zmiany kultury oraz interpretacji.

Cieszę się, że tym razem poznałem Selinę Kyle jako 55-latkę; cieszę się, że spotkanie to zaaranżował Cliff Chiang.

Czy po całej tej dyskusji na temat przystępności byłbym w stanie określić ten tom jako dobry punkt wejścia? Z jednej strony: pewnie; to zamknięta historia, a generalnie wszyscy wiemy, kim jest Catwoman czy Riddler. Z drugiej: ten autorski projekt Cliffa Chianga to bardzo widocznie dzieło pasji do postaci, i w pełni będzie rozkwitać dopiero przed osobami podobnie biegłymi w historii jej oraz medium ogółem. Powstrzymam się więc może przed przyznaniem Catwoman: Lonely City lauru dobrego punktu wejścia... ale świetnego komiksu?

Bez dwóch zdań!

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Muzyczne Poniedziałki: nad kinem neon jakby przygasł i wypłowiał!

Ferie wciąż trwają, a właściwie na dobre się zaczynają - żona rozpoczyna bowiem własny urlop! To jedna z niezmiennych prawd dotyczących wolnego: samemu oczywiście można się wyspać i wyluzować, ale żeby naprawdę oderwać się od codzienności, trzeba je spędzić z kimś. Dopijam więc kawę i szykujemy się do wspólnego wyjazdu - póki co tylko wybrać nową sofę, ale zawsze to już jakiś wypad razem.

Ten refleksyjny nastrój niech podtrzyma dziś sam Andrzej Zaucha! Przedstawiać go nie trzeba i nagrał szlagier na szlagierze, ale moim ulubionym pozostaje chyba Wieczór nad rzeką zdarzeń z 1980, a więc początków jego solowej kariery (choć tu akompaniuje mu Koman Band):  

Co dodać? Stylistycznie - pomimo ósemki z przodu - właściwie idealna destylacja późnych lat '70, zgrabny tekst, niepodrabialny głos!

Może tylko tyle, że zaskakująco musiałem się naszukać wersji w dobrej jakości! Po drodze wpadłem też na klip wideo z epoki, rzekomo - zgodnie z opisem - "unikalny". Szczerze mówiąc, to chyba grzeczniejsze słowo na "średnio interesujący" (mamy tam głównie człapanie po nocnym Krakowie i nieco takich sobie "artystycznych" manewrów kamerą), ale hej - to wciąż dość wczesna era podobnych klipów!

piątek, 23 stycznia 2026

Marvel & Disney: What If...?

Swego czasu pisałem o zabawnej kolekcji crossoverów pomiędzy postaciami wydawnictwa DC oraz... Looney Tunes, kreskówkowymi ikonami również spod szyldu WB! It was clever fun, dużo było było tam świetnych zabaw konwencją, a całość - z perspektywy czasy - podoba mi się wręcz bardziej niż w 2022.

Minęło kilka lat, a Marvel - swoim zwyczajem - skopiował koncept DC. Mówię to z najweselszą tylko złośliwością; młodsze wydawnictwo historycznie znane jest w końcu z remiksowania pomysłów konkurencji (i nierzadko udane remiksy były ogromnymi sukcesami!), ale tagline wydawnictwa - House of Ideas zwykle doczekuje się w mojej głowie autouzupełnienia: ...Ideas aped from DC Comics. Ale, jak mówiłem, to raczej czuła złośliwość; wiadomo, że w branży tej wzajemne inspiracje to chleb powszedni.

A więc do rzeczy: w roku 2024 oba wydawnictwa obchodziły rocznice: w przypadku Disneya było to 90 lat Kaczora Donalda (1934), Marvel celebrował zaś półwiecze Wolverine'a (1974). A co, gdyby... urządzić łączoną imprezę? Tak też właśnie się stało - i ten właśnie celebracyjny zeszyt stał się punktem wyjścia do całej serii What If...?, pod koniec 2025 zebranej w formie wydania zbiorczego!   

Koncept szalonych zeszytów What If...? to cała marvelowska tradycja - osoby zainteresowane dosyłam do szerszego wpisu!

Otwierający serię oryginalny zeszyt - What If Donald Duck Became Wolverine - to, bez zaskoczeń, najmocniejszy punkt całej antologii! Nie dość, że zestawienie postaci Donalda oraz Wolverine'a jest autentycznie urocze (obaj to kurduple-furiaci), to do tego komiks stanowi bezpośrednia parodię serii Old Man Logan - jednego z najpopularniejszych komiksów z Wolverinem ostatnich dekad. Czy jednego z najlepszych? Cóż, pisał go Mark Millar, którego fanem nie jestem, ale rozumiem urok: była to szalona, szerokoekranowa akcja, nawet jeśli głupia jak pęk słomy. Jest to więc bardzo bezpieczny cel dla parodii: osoby lubiące Old Man Logan ucieszą się, że komiks doczekał się kolejnego kulturowego śladu; pozostałą grupę ubawi pewnie nabijanie się z dzieła Millara. 

Pete-Skull! Pete, w polskich tłumaczeniach Czarny Piotruś, gra tu rolę nazisty Red Skulla, i już samo to zestawienie wywołuje przynajmniej parsknięcie.

Podobnie jak w oryginale, Donald/Wolverine (spójrzcie na tę rosomaczą fryzurę!) jest już wiekowym, zmęczonym herosem, starym rewolwerowcem na ranczu; być może złoczyńcy przejęli władzę nad Kaczogrodem, ale to już nie jego interes - teraz woli chillować za miastem, jeść ciasta Babci Kaczki i spędzać dnie w hamaku.

Do akcji wzywa go Miki-Hawkeye!

To trochę zaprzepaszczona komediowa szansa: mashupowe postacie dostają po prostu imiona z dywizem, Mickey-Hawkeye i tak dalej, podczas gdy sytuacja prosiłaby się aż o jakiś głupi żart słowny. Już oczywisty Mouseye byłby zabawniejszy! 

Bohater wracający z emerytury!

Zeszyt trafia w idealny balans pomiędzy humorem a emocjami; tak, to parodystyczna zabawa z Donaldem, ale jednak serce grzeje się trochę, gdy nasz kaczor wspomina dawne przygody:  

Donald-Wolverine na przestrzeni dekad! Są tygrysie pasy, w których po raz pierwszy walczył z Hulkiem, oraz klasyczny żółty strój; jest millennialna skórzana kurtka z ery Morrisona oraz mroczny kostium X-Force, sformowanej przez mutantów jednostki od mokrej roboty.  

To nie tylko sympatyczne nostalgiczne mrugnięcie, ale też kolejna warstwa humoru: oh no they didn't!, chichrałem się widząc strój z krwawego X-Force przemycony w komiksie dla wszystkich grup wiekowych. Ot, humor płynący z kontrastu, transgresywna radocha; działa!

Do drużyny dołącza też Goofy-Hulk!

But we were... don't you remember? Kolejne nostalgiczne aaaaw, gdyż ostatni panel to przecież zgrywa z ikonicznej okładki:  

Wolverine #8, czerwiec 1988!

To czule wspominana era, gdyż - trafiwszy na azjatycką wyspę hazardu i przestępczości, Madripoor - obaj panowie wypracowali tam sobie inne tożsamości! Zmęczony superbohaterstwem Wolverine założył garniak, muchę i był znany jako Patch, od opaski na rzekomo zranione oko; Hulk wrócił zaś do swoich korzeni (tak, z początku był szary!) i - również w garniaku - działał w przestępczych strukturach jako Mr. Fixit, zbir do wynajęcia o najcięższych z ciężkich łap. Choć nie działo się tam nic wyjątkowego poza superbohaterską normą, okres ten jest jednym z fanowskich ulubionych (ja osobiście nadal wspominam scenę, gdy Wolverine z czystej złośliwości pociął Hulkowi eleganckie, krojone na wielką miarę garniaki i zostawił go tylko z klasycznymi fioletowymi portkami... co dla pana Fixita było ujmą) - nie dziwię się więc, że parodystyczne don't you remember? odsyła nas właśnie tam.

What If Donald Duck Became Wolverine to perła tej kolekcji: donaldowy humor pięknie współgra tu z wolverinową historią, a i samo zmiksowanie obu postaci jest nad wyraz sensowne. Nie dziwię się, że był to sukces taki, że zapoczątkował kilka kolejnych tytułów!

Kolejnym w antologii jest... 

What If? No właśnie nie za dużo.

Sama okładka to czytelny pastisz Journey Into Mystery #83, pierwszego pojawienia się marvelowskiego Thora:

Sierpień 1962!

Historia znana i remiksowana już wielokrotnie: doktor Donald Blake odnajduje magiczną laskę, która tak naprawę jest ukrytym przez czary Mjolnirem; jest godny, więc zmienia się w mitycznego Thora; odpiera inwazję, uh, kamiennych ludzi z Saturna. Finałowy żart: kosmici odlatują przekonani, że wszyscy na Ziemi są potężni jak Thor, szkoda więc im wysiłku na tak straszliwą planetę.   

Stone Ducks from Saturn!

W wersji parodystycznej otrzymujemy dokładnie tę samą historię, beat-for-beat - tyle tylko, że z Donaldem w miejsce Donalda (Blake'a).

"...if they be worthy..." - inkluzywna sentencja już okresu, gdy to Jane Foster przejęła moc Thora to już, jak widać, nowy standard.

Donald pokonuje Kaczory z Saturna i ich niszczycielskiego robota, etc, etc.

Puenta ta sama, co w 1962!

To właśnie trudność związaną z pisaniem humorystycznego Marvela: wydawnictwo samo remiksowało, parodiowało i opowiadało na nowo własne historie z lat '60 tyle razy, że są już wyeksploatowane do cna. Old Man Logan to fabuła z 2008, jej parodia była więc dużo świeższa; tutaj, przewracając kartki, myślałem tylko: no tak, kolejny retelling Journey Into Mystery #83, czytałem ich już całe kopy. Donald-Thor musiałby więc wejść mocniej w humorystyczny idiom Kaczora Donalda, lecz żarty z tego zeszytu też są średnio świeże: ot, trochę slapsticku, gdy Donald uczy się używać Mjolnira.

What If Donald Became The Mighty Thor to - dla wieloletniego czytelnika Marvela - absolutna sztampa; być może osoby, dla których ta parodia będzie właśnie pierwszą będą rozbawione... ale sam Marvel wydał już tyle bliźniaczo podobnych remiksów, że osobiście chyba ani razu się tu nie zaśmiałem. A po co czytamy Kaczora Donalda?

W kolejnym zeszycie główną bohaterką zostaje Minnie... zmiksowana z Ms. Marvel!

Odrobinę achronologicznie: w okresie parodiowanym przez komiks nie była to jeszcze "Captain". No ale jest przynajmniej bardziej ubrana niż Carol Danvers w oryginalnym występie!

Ponownie, porównajmy parodię z klasyczną okładką ze stycznia 1977: 

THIS FEMALE STRIKES BACK (😬)

Komiksowy feminizm to jedno z moich stałych badawczych zainteresowań, poczułem więc zgrzyt w kościach gdy zobaczyłem, kto został wybrany do crossovera! Zarysuję nieco tło kulturowe: w 1976 DC przedstawia światu nową superbohaterkę, Power Girl - emanację założeń drugofalowego feminizmu, tzw. women's lib, kuzynkę Supermana, która wcale nie chce być postrzegana jako jego kopia i aktywnie działa w tym kierunku. Jest supersilną, niezniszczalną, latającą blondynką, która z czasem doczeka się pomarańczowego kota.

W roku 1977 wydawnictwo Marvel ogłasza światu swoją nową superbohaterkę: supersilną, niezniszczalną, latającą blondynkę, która z czasem doczeka się pomarańczowego kota. Ale spisują pracę domową niedokładnie: podczas gdy Power Girl jest centralnie skupiona na zagadnieniu tożsamości oraz nie bycia postrzeganą jako czyjakolwiek kopia, wczesna Carol Danvers nie dość, że jest reklamowana z okładki jako "w tradycji Spider-Mana", to do tego "tradycja" ta jest niemalże kserówką: Carol też zatrudnia się w prasie... i to nawet również u J. Jonaha Jamesona.    

Jonah daje wyraz swojej niechęci do ruchu feministycznego, tłumacząc zaraz potem, że jego zdaniem prasa dla kobiet powinna składać się z przepisów, mody i plotek - po co mącić. 

Jasne, jest klarownie obsadzony jako antagonista, ale cały ten konflikt jest łokciami pisany nawet jak na 1977. Feministyczną wymowę podkopuje dodatkowo brak świadomości Carol swojego drugiego życia jako Ms. Marvel; póki co, reporterka oraz superbohaterka są osobnymi postaciami (co odbiera jej znaczną porcję, jak ujmuje się to po angielsku, agency we własnej fabule). Wisienką na szczycie tortu jest wspomniany strój, czyli gołe nogi, goły brzuch i majtki: kiedy tylko do postaci dorwał się Chris Claremont - najważniejszy chyba scenarzysta dla marvelowskiego feminizmu XX wieku - natychmiast go przeprojektował, wojując z wydawnictwem, które naciskało na sexy, sexy and maybe even some sexy. Claremont nie był do końca zadowolony z wypracowanego kompromisu - był to słynny czarny kostium kąpielowy z czerwoną szarfą na biodrach - ale, jak wspominał po latach, it's a damn sight better than what was there before.

Początki Ms. Marvel to więc bardzo nieudana, naskórkowa kopia feministycznej estetyki Power Girl bez kompetentnej tematycznej podbudowy (choć trzeba oddać sprawiedliwość: Ms. zamiast Miss było wówczas dość progresywnym manewrem). Jak to u Marvela, słabo zmałpowany koncept z czasem był autentycznie cyzelowany i ciekawie ewoluował - ale początki były zdecydowanie średnie. 

Trzeba jednak uczciwie nadmienić, że wydawnictwo szukając postaci do sparodiowania miało dość wąski wybór; musieli sięgnąć aż do 1977, gdyż wśród założycielskich tytułów Marvela zwyczajnie nie było komiksów frontowanych przez kobiety, zaś wcześniejsze kobiece tytuły z lat '70 wyglądały tak: 

Niczego nie ujmuję tym bohaterkom, ale gdybym zapytał licealną młodzież o The Cat czy Shannę, odpowiedziałaby mi pewnie głucha cisza. Carol Danvers miała przynajmniej dwa filmy kinowe plus trochę pobocznych występów!

The Cat już okładki firmuje się twardo przede wszystkim jako bombshell i beautiful girl, Shanna to zaś dosłowna jungle queen jak z lat '50, panterkowa bielizna i w ogóle. Marvelowskie superbohaterki lat '60 pełniły zwykle zespołową rolę the girl: mdlały, dawały się pojmać, koledzy z drużyny mogli do nich wzdychać - albo one wzdychały do kolegów, i był to generalnie szczyt ich uczestnictwa w przygodach. Wiele pisano również analitycznie o pasywnej naturze mocy tych wczesnych marvelowskich bohaterek: niewidzialność (Sue Storm), telepatia (Jean Grey), magia (Scarlet Witch) dosłowne stawanie się małą (Wasp) - wszystko skrojone pod archetyp omdlenia i bycia ratowaną w kulminacyjnym momencie. 

Sytuację rozruszał dopiero Chris Claremont w swojej dwudziestoletniej sadze z X-Menami (powtórzę jakże prawdziwy żarcik: the best X-Men are women): gromowładna Storm, Jean Grey awansowana z roli omdlewającej studentki do płomiennej kosmicznej bogini, Kitty Pryde:  pierwsza nastoletnia pyskata gówniara w długiej linii x-menowskich nastoletnich pyskatych gówniar (na tym blogu szanujemy Jubilee). Niestety, przez długi czas wszystkie te panie nie miały solowych tytułów, występując po prostu na łamach wielkiej sagi Claremonta w rozmaitych team books - nie dziwię się więc za bardzo, że ostatecznie Disney sięgnął na potrzeby crossovera po Ms. Marvel. Niech będzie to po prostu przypomnienie o tym, jak ubogo wyglądał kobiecy pre-claremontowski krajobraz w tym wydawnictwie!  

So anyways, Minnie jako Ms. Marvel nie tylko powtarza banalną strukturę Donalda jako Thora, ale robi to z dużo mniej rozpoznawalną origin story. Ms. Marvel w swoim pierwszym zeszycie walczyła ze Scorpionem; nie dość, że dostała w spadku fabułę po Spider-Manie (z pracą dla J. Jonaha Jamesona), to z drugiej ręki dostała też jego łotrów. Nie był to moment chwały dla kobiecej komiksowej reprezentacji, i powrót do niego współcześnie wyłącznie dodatkowo to podkreśla.

Superbohaterce zawsze pod górkę! Przynajmniej Pete-Scorpion Peg Leg Scorpion jest wizualnie dość zabawny, a Sknerus w roli J. Jonaha Jamesona to angaż (w dobrym znaczeniu) oczywisty.

Pochodzenie mocy Ms. Marvel - całe mambo-dżambo z obcą rasą Kree i dziwnymi maszynami - zastąpiono dosłowną magią; Minnie była świadkinią regularnego boju Sknerusa z Magiką, wyłapała medżik bolta w ucho, et voilà

Rysunki Giady Perssinotto, włoskiej rysowniczki pracującej między innymi przy W.I.T.C.H.,  to jasny punkt tej historii!

What If Minnie Became Captain Marvel - podobnie jak Donald-Thor - wnosi niewiele poza stale zabawną warstwą wizualną; ciąży też na niej dodatkowy problem: pierwszy zeszyt Ms. Marvel z 1977 zdecydowanie nie zalicza się do historii tak ikonicznych, jak te z wczesnych lat '60 wydawnictwa, więc parodia robiona jest wyraźnie pod górkę. Wypadałoby zrobić jakąś bohaterkę - ale Marvel nie miał wtedy porządnych bohaterek - no trudno, coś tam ulepimy.  

W kolejnym zeszycie otrzymujemy zgrywę z Fantastycznej Czwórki:

Donald jako The Thing? Żydowski twardziel z klasy robotniczej, który humorem zakrywa ciężar samotności oraz fizycznej transformacji? I dlaczego Mickey Singnal nazywa się Mickey Signal, skoro *nawet parodystyczna* drużyna nazywa się dalej Fantastic Four? No nie klei się to nic a nic.

Donald/Wolverine was kinda inspired; Donald jako The Thing nie ma właściwie żadnego zabawnego tematycznego połączenia i dźwięczy dość niekomfortową prawdą: od disneyowskiej strony mamy de facto kilka czołowych postaci - Donald, Miki, Goofy, Minnie - które trzeba co zeszyt oblepić nową crossoverową licencją, nawet jeśli mają precious little wspólnego z marvelowskimi ikonami, które parodiują. No cóż! 

Goofy - mózg zespołu.

Parsknąłem tu śmiechem - ale to dlatego, że oryginalna scena z 1961 jest praktycznie równie zabawna:

"Susan ma rację, nie jestem już nawet człowiekiem; moje życie dobiegło końca, stałem się jakimś odrażającym kamiennym Stworem." "Japa tam Ben, a ja się nazwę PAN FANTASTYCZNY!!

Reed Richards nie błyszczał wtedy empatią! Niewiele poza tym mam do powiedzenia o tym zeszycie, ponieważ po raz kolejny powiela on felery poprzednich: to po prostu kolejny remiks kolejnej origin story, coś, co Marvel praktykował na własnym podwórku od dekad i nie potrzebował do tego Disneya. Jak mówiłem: w tej sytuacji całości pomogłoby mocniejsze zdryfowanie w kaczkowo-mysi humor, ale wymóg zmieszczenia w jednym zeszycie imitatorskiej fabuły zostawia niewiele miejsca na jakiekolwiek fun hijinks.   

Najśmieszniejszy jest tradycyjnie Pete, który obskakuje kolejną łotrowską fuchę, tym razem jako Mole Man! 

What If Mickey And Friends Became The Fantastic Four? to niestety również raczej korporacyjne odhaczanie listy: OK, robimy te parodie, no to musi być Fantastyczna Czwórka - pierwsza marvelowska drużyna superbohaterska. Zrobione, zaliczone, przeczytane; wspominać nie ma czego, gdyż za dużo tu prostej imitacji, za mało konstruktywnej parodii.

W kolejnym zeszycie powracamy do - jak mówiła słynna komiksowa narracja -  a day unlike any other, kiedy wielkie zagrożenie zebrało razem drużynę Avengers! Z miejsca dostajemy fajną niespodziankę: Pete ma tym razem wolne, w rolę antagonisty wcieli się...   

Goguś-Loki!

W poprzednim zeszycie narzekałem, a tu pochwalę: zawsze stylowy cwaniaczek to doskonała propozycja na Lokiego! Reszta idzie po staremu: Loki podpuszcza Hulka do siania zamętu, ale - w kid-friendly narracji - zamętem tym jest zeżarcie ciasta upieczonego na miejską imprezę. 

"I repeat! Goofy-Hulk spoiled the party for everybody!" Come on, this *is* funny.

Zbierają się więc Avengersi, z Donaldem-Thorem oraz... 

...resztą ekipy!

Po raz kolejny widać, jak biedny był kobiecy krajobraz wczesnego Marvela: kogo dostała do zagrania Daisy? Lady Sif of all people; nie jest to zdecydowanie postać, którą mamy w głowie myśląc "Avengers". Implikacji tego, że para Ant-Man/Wasp (mentor-naukowiec i kochająca się w nim młoda studentka) to Minnie oraz Pluto wolę nie dotykać nawet kijem. Donald jako The Thing nic może nie wnosi, ale i nic nie ujmuje; ta dynamika postaci jest, w najlepszym razie, distracting.  

Po prostu "Avengers Assemble?" Nawet bez jakiejś śmiesznej pun? Meh.

What If Mickey And Friends Became The Avengers ma nieco lepszych dowcipów niż zeszyt z Fantastyczną Czwórką, a rysunki są stale urocze - lecz ponownie, nie ma tu czego wspominać. Poza Ant-Manem i Wasp, czego z kolei - niczym skryba Bartleby - wolałbym nie. 

Wolałbym za to, żeby reszta historii trzymała poziom następnej - tej, w której Donald staje się Kaczorem z Żelaza! To druga najlepsza historia całego zbioru i uczciwie się przy niej chichrałem; poprzeczka humorystyczna zaliczona bez problemu! Otóż Donald ma przy sobie plany Diodaka na cały zestaw urządzeń (głównie ogrodniczych), Bracia Be biorą go więc do niewoli i zmuszają do roboty:

Filmowe BOX OF SCRAPS!!1!! Mój stary kineskopowy monitor!

Dlaczego, czy Donald jest jakimś technologicznym geniuszem? Nie, tłumaczą mu Bracia Be; nie chce nam się po prostu, za leniwi jesteśmy - no, hop hop! Podobne detale to ogromna zaleta historii, która jest przede wszystkim kaczą komedią od początku do końca (gadżety Żelaznego Kaczora to różne wariacje na temat sprzętu ogrodniczego!), nie kolejnym odbębnionym retellingiem marvelowskiego klasyka. No i spójrzcie tylko na tego kapitalistycznego krwiopijcę Sknerusa:

ZACK

Tak właśnie powinny wyglądać wszystkie te crossovery: komedia przede wszystkim, budowanie bardziej na silnych stronach kaczkowo-mysich komiksów niż superbohaterów. Jak wspomniałem, What If Donald Duck Became Iron Man to druga najlepsza historia zbioru; uczciwie świetne żarty, komiczne rysunki Donalda Soffrittiego, niezłe tempo historii. Polecam!

A na koniec - kasztanik, w którym Goofy wciela się w Spider-Mana; kolejny odtwórczy retelling origin story z lat '60.

Głównym felerem jest to, że centralnym elementem stojącym za heroiczną transformacją Petera Parkera jest śmierć wujka Bena, temat dość ciężki jak na all-ages comedy. Wiecie, kim jest więc wuj Ben w tym komiksie? 

...motorem, a właściwie przyczepką do motoru - jak mówi ciocia Tessie, "the most gorgeous sidecar to ever road the roads of Calisota!"

Wielka moc, wielka odpowiedzialność i tak dalej; gdy Goofy zachwycony własnymi sukcesami w konkursie talentów przejmuje się bardziej strzelaniem selfiaczków niż powstrzymywaniem łotrów,  Bracia Be podczas ucieczki złomują wuja.

Oh no!

W finale bogaty kolekcjoner sztuki kupuje wrak wuja Bena za milion dolarów, wystawia go jako dzieło rzeźby współczesnej i załatwia w ten sposób finansowe problemy Goofy'ego oraz cioci. It's so absolutely bizarre, ale przynajmniej jest to rzecz pamiętna - szczególnie, gdy wyobrazić sobie handel zwłokami autentycznego wuja Bena. Widać, że historia jest tak straszliwie uginana i rozciągana, by dopasować ją do ram pochodzenia Spider-Mana, że całość nabiera szalonego uroku "tak złe, że aż dobre"; wiem, nie jest to najwyższy komplement, ale o What If Goofy Became Spider-Man powiem jedno: it really is a goofy story.      

To co, warto sięgnąć po Marvel & Disney: What If...? Ech, Donald jako Wolverine oraz Iron Man to świetne zeszyty, ale reszta siedzi twardo w kategorii wypełniaczy; może spojrzałbym na nie łaskawiej, gdyby każdy z nich był moim jedynym przeczytanym komiksem z tej inicjatywy - lecz zebranie ich w jednym tomie, wszystkie obok siebie, wyłącznie podkreśla ich główną wadę: formulaiczność oraz przesadnie hołdowanie historii Marvela. Te historie powinny być przede wszystkim po disneyowsku zabawne, i dwie najlepsze takie właśnie są - pozostałe są jednak pisane jak od sztancy. Brakowało mi prawdziwie szalonego humoru, jak (by wspomnieć DC Meets Looney Tunes) osadzenie koguta Foghorna Leghorna w krwawym westernie z Johahem Hexem czy wtłoczenie kosmicznego żula Lobo w doprowadzające go do furii ramy slapstickowej kreskówki podczas polowania na Strusia Pędziwiatra. Fantastycznym urozmaiceniem były też towarzyszące tamtym historiom małe backupy - główna rzecz opowiadana była w stylu wizualnym DC, krótki backup jako kreskówka.

Marvel & Disney: What If...? nie porywa się niestety na podobną kreatywność. Zostanę więc przy poleceniu DC Meets Looney Tunes... a jeśli lubicie kaczory i myszy, wystarczą spokojnie te dwa najlepsze zeszyty z siedmiu. To w końcu zamknięte historie, więc - poza odrobiną szkiców koncepcyjnych - niewiele tracicie!