poniedziałek, 1 czerwca 2026

Muzyczne Poniedziałki: szczytne intencje!

Czy to pierwszy Muzyczny Poniedziałek będący zarazem Dniem Dziecka? Całkiem możliwe! Zacząłem więc myśleć o utworach z Children w tytule, i cóż, daleko szukać w pamięci nie musiałem. Przypomnijmy dziś sobie... Children, jeden z największych hitów muzyki dream trance lat '90 - i to w pełnej, siedmiominutowej wersji! 

O anegdotce związanej z Children sam dowiedziałem się relatywnie niedawno: refleksyjny, wyciszający styl był celowym zabiegiem kompozytora, który chciał stworzyć coś tonującego oraz uspokajającego na koniec włoskich rave'ów. Imprezy taneczne lat '90 były tak intensywne, że uczestnicy masowo doprowadzali do wypadków podczas powrotów do domów; zjawisko to kosztowało życie około 2000 osób i doczekało się potocznej nazwy strage del sabato sera, czyli - jak podaje wikipedia - Saturday night slaughter. Dream trance miał stanowić próbę odpowiedzi na ten problem; dać moment na aklimatyzację, na przejście od używek i szybkich klubowych rytmów z powrotem do rzeczywistości.

Grało świetnie w 1995, gra świetnie trzydzieści lat później!

poniedziałek, 25 maja 2026

Muzyczne Poniedziałki: tajemniczo!

The guys are damn ghosts, głosi komentarz w jednym z wątków poświęconych zespołowi, i na to faktycznie wygląda: jedynym źródłem informacji o tym zespole, które udało mi się odnaleźć, jest krótka notka na Spotify. W skład duetu wchodzi dwójka Szwedów, Johan Svensson oraz Sebastian Forslund, którzy muzycznie współpracują ponoć już od lat szkolnych. W tym projekcie realizują a softer timbre and hopeful scores that build progressively; moim zdaniem tak właśnie jest, a za dowód niech posłuży utwór Distant Dream:

Powerful doesn’t have to mean loud, kończy się notka o zespole. Wiem, że powiedzieć o czyimś artystycznym dorobku "doskonała muzyka tła" to wątpliwej klasy komplement, ale podkreślę: jednak przede wszystkim komplement; tego właśnie potrzebuję po zaskakująco trudnej w tym roku sesji maturalnej. Oby już teraz wszystko szło tylko ku lepszemu!

poniedziałek, 18 maja 2026

Muzyczne Poniedziałki: ...but those were yesterday's mistakes and today's mistakes have changed!

Kolejną ciekawostką wyciągniętą z wiadra cedeków jest brytyjska grupa Terrorvision, pięknie określona przez magazyn Smash Hits jako Clown Princes of Britrock. Ten zaczerpnięty od komiksowego Jokera tytuł nie dziwi mnie nic a nic; ich trzeci krążek, Regular Urban Survivors, stanowi przykładowo ścieżkę dźwiękową do nieistniejącego filmu akcji klasy B.

Clown Princes musieli bawić się nieźle, bo chociaż poziom albumu jest nierówny (a wielu kawałkom przydałoby się jeszcze trochę inżynierii dźwięku), to jedno powiedzmy sobie szczerze: po to właśnie kupuje się gitarę i zakłada zespół, by odpalić takie intro jak w kawałku Junior:     

I want to live my life, not survive my existence and feel like I got the lot! Poprzedni kawałek - ponieważ były to lata '90 - opowiada zaś o kosmitach ("The aliens are coming, wait for me, I'm coming along"), trudno więc, bym nie poczuł do Terrorvision sympatii. Co ja tu zresztą będę opowiadał, każdy możliwy kawałeczek albumu - od samego krążka, przez książeczkę, aż po detale opakowania - napchany jest żartami aż pod korek: od fotosów z fikcyjnego filmu aż po takie cuda: 

"Suitable only for persons with a CD player. Not to be supplied to any person of a nervous disposition".

Distribution or exhibition of this soundtrack may result in civil liability, criminal prosecution or a fat lip. Tak jest, w żadne pozwy nie będziemy się bawić!

poniedziałek, 11 maja 2026

Muzyczne Poniedziałki: without him Caesar would have stood alone!

Co to, Anglisto, zapytacie, palisz blogowe pojawienie się wielkiego zespołu Depeche Mode na piosenkę aktualnie graną w radiu, a do tego cover? A i owszem! Lepiej tak, niż wcale - okoliczność jest świetna, a Depeche Mode ma w końcu tak onieśmielająco bogatą historię, że spędziłbym pewnie lata na decydowaniu, czy zamieścić utwór X czy Y (oraz dlaczego). Skoro więc okazja nasuwa się sama - oto Universal Soldier

Lubię kopać w historii coverów, a ten był dla mnie sporym zaskoczeniem - ta antywojenna piosenka (to nie pierwszy raz, kiedy w trakcie matur mam antywojenne sentymenty, analizujcie to jak chcecie) została nagrana w 1963 przez zespół The Highwaymen (...ale nie tych od country), zaś do szerszej publiczności przebiła się w 1965 za sprawą szkockiego artysty folkowego Donovana. Mamy więc do czynienia z naprawdę dostojnym klasykiem z antywojennych, barwnych lat '60 - który, współcześnie zaaranżowany przez Depeche Mode w elektroniczno-rytmicznej wersji, budzi u mnie dziwne wrażenie obcowania naraz z futurystyczną science-fiction oraz syntezatorami w starym stylu.

Cóż powiedzieć? Retrofuturyzm w pigułce, x-menowskie Days of Future Past. Brzmieniowe skojarzenia mogą też splatać się z filmem Van Damme'a z 1992, który też nie jest wcale pierwszą produkcją firmującą się jako Universal Soldier - jeszcze bliższy pod kątem inspiracji był brytyjski film z 1971.

A do tego - czy, kiedy zawsze łatwo mówić o odpowiedzialności "polityków" oraz "rządów", nie jest to wartościowe przesłanie? Jak pisał sam autor, it’s about individual responsibility for war and how the old feudal thinking kills us all.

Dobre przesłanie, bogata historia, ciekawa aranżacja; tak, wszyscy i wszystkie mamy własny ulubiony kawałek Depeche Mode, ale Universal Soldier pasuje doskonale do naszych poniedziałkowych spotkań!

poniedziałek, 4 maja 2026

Muzyczne Poniedziałki: estranha rosa!

Ostatnio było o twórcy z ufologiczną reputacją, dziś więc... może nie to samo, ale kontynuujmy osobliwe wątki! Przed nami amerykański artysta Devendra Banhart - a właściwie Devendra Obi Banhart, za którego drugim imieniem stoi rzecz jasna sam Obi-Wan Kenobi (a dziś dzień Gwiezdnych Wojen; nie ma przypadków, są tylko znaki). Freak folk, psychedelic folk, New Weird Americana, rodzima wikipedia używająca słowa "bard"; gitara jak z aszramu, hippisowska poezja - a do tego UFO na okładce, więc zarezerwujcie sobie pięć minut... i odlatujemy.   

Recenzja z Pitchfork była odrobinę krytyczna, przyznając tym razem nieco racji osobom sceptycznym wobec bardzo długich albumów artysty: 

"...a bloated, lethargic feel permeates the record. Banhart has too much skill and creativity not to hit on something good when given 16 chances to do so. But in the context of the album, even the best pieces sag, bathed in a blurry haze that bleeds over from other songs."

Może. Możliwe. Ale tego właśnie blurry haze potrzebuję jako medytacyjnego masażu na początek okresu maturalnego, a Rosa to wspaniały kawałek do wieczornego zapętlenia.

piątek, 1 maja 2026

Hush

W wielokrotnie wspominanej na blogu mobilnej karciance Marvel Snap jedną z głównych atrakcji jest kolekcjonowanie wariantów kart różnych artystów i artystek. Jednym z pierwszych zestawów możliwych do zebrania (tak, za zebranie konkretnego albumu dostaje się nagrody) były grafiki z X-Menami z lat '90 autorstwa Jima Lee.

Jim Lee to wielkie nazwisko w amerykańskim komiksie - na dobre zaczął karierę w Marvelu pod koniec lat '80, w latach '90 był jednym z głównych założycieli wydawnictwa Image, w nowym millennium przeszedł zaś pod barwy DC (gdzie, notabene, przeszedł drogę od rysownika do kierownika wydawnictwa). Lee to instytucja, nie jest więc łatwo powiedzieć - co z nieśmiałością zrobił kolega R. - wiesz co, chyba mi ten Lee nie podchodzi. Ale, o czym z miejsca poinformowałem, i mnie wcale aż tak nie podchodzi, szczególnie z perspektywy lat - sentyment sentymentem, lecz x-menowska kreska z epoki wydaje się dziś zbyt rozbuchana, zbyt chaotyczna. Co zrobić; zeitgeist poszedł naprzód, ostatnie dwie dekady przyzwyczaiły nas już do odmiennych, bardziej wizualnie eleganckich oraz kontrolowanych technik.

Postanowiłem więc wrócić do starszych prac Jima Lee i dać mu uczciwą szansę; wejść nieco w buty osoby cieszącej się jego pracami na przełomie millenniów. A ponieważ najnowszy mały crossover systemu DC Deck Building przenosi na stół właśnie ten komiks, czy mógłbym przeczytać coś innego niż...     

...Hush!

Hush - odgłos uciszania, a więc w moim profesjonalnym filologicznym tłumaczeniu Japa albo Morda - to fabuła pierwotnie ukazująca się na łamach miesięcznika Batman w zeszytach od #608 do #619, październik 2002 - wrzesień 2003. Było to wówczas spore wydarzenie: a superstar artist, a superstar writer, cały rok wydawniczego cyklu poświęcony na opowiedzenie spójnej historii, która właściwie mogłaby być wydana jako osobno funkcjonująca twardookładkowa graphic novel. Hush to projekt, którym Jim Lee na dobre wchodził z przytupem do DC; pokaz artystycznej sprawności, komiks dosłownie kodujący wygląd oraz projekty wielu postaci na dekadę lub dwie. Plakaty, kalendarze, koszulki, kubki; wszędzie tam bardzo łatwo odnajdziecie Jima Lee. Zanim nawet przejdziemy do samego komiksu; oto splash page otwierająca dwunasty rozdział historii...

2003!

...a oto karta Kick, jedna z podstawowych kart systemu DC Deck Building:

2012!

Grafika odrobinkę przerobiona dla wizualnej klarowności, ale to nadal Jim Lee! Oto zaś specjalna, poszerzona wersja okładki finałowego numeru...

2003!

...oraz zeszłoroczna mata do gry: 
 

2025!

Piszę tu oczywiście o wąskim wycinku DC, ale nawet z perspektywy mojej ulubionej karcianki widać, jak ikoniczne oraz rozpoznawalne na przestrzeni lat stały się prace Jima Lee. Grafika na kalendarz, kubek, do gry? Why, let's slap some Jim Lee on it.   

"...Alone...?"

...a jednak, pomimo miejsc na wielu listach "najlepszych komiksów z Batmanem" oraz "historii DC, które warto znać" Hush budził w momencie premiery (oraz nadal!) bardzo mieszane uczucia. Grafiki Jima Lee - choć pod pewnymi względami nagryzł je ząb czasu - są uniwersalnie chwalone; jak tu nie cieszyć się na przykład retrospekcjami zrealizowanymi w odrobinę odmiennej, ale nadal szalenie efektownej konwencji...

Tak zwany ink wash!

Ale przecież nie samymi grafikami komiks stoi, i wypadałoby mieć również porządny scenariusz. I tu właśnie docieramy do centralnej kontrowersji: jedna osoba powie ej no, fajne i zgrabne przedstawienie wielu postaci z mitologii Batmana, bardzo przystępne to wszystko; druga - no dobra, ale odgrzewane kotlety, plus kryminał mógłby jednak mieć trochę gatunkowej sprawności.  

Autorem scenariusza jest Jeph Loeb, który wcześniej wcześniej zbierał zasłużone laury za The Long Halloween: elegancko skonstruowaną historię, w której pojawia się nowy tajemniczy łotr - uderzający w kalendarzowe święta Holiday Killer - zaś śledztwo stanowi pretekst do przyjrzenia się całej galerii postaci z historii Batmana.

W Hush pojawia się nowy tajemniczy łotr - Hush - zaś śledztwo stanowi pretekst do przyjrzenia się całej galerii postaci z historii Batmana.

Gdy Loeb wziął się u Marvela za pisanie Hulka, w jego serii pojawił się nowy tajemniczy łotr - Red Hulk - zaś śledztwo stanowiło pretekst do przyjrzenia się całej galerii postaci z historii Hulka. 

Yeah, you see the issue.

Mamy też obowiązkową konfrontację Batmana i Supermana, z tym drugim pod zaskakująco potężnym wpływem Poison Ivy. W porównaniu z wieloma innymi jest nawet całkiem intrygująco zrealizowana: Batman wyraźnie czuje, że uniknięcie czapy z kryptoniańskich rąk to desperacki i wymagający kreatywności wyścig z czasem.

A więc tak: w Hush zostaje wprowadzona kompletnie nowa postać doktora Thomasa Elliota, najbliższego przyjaciela z dzieciństwa Bruce'a Wayne'a. Gdy Batman zalicza ciężki oklep podczas nocnego patrolu, to właśnie Elliot - wzięty chirurg - zostaje sprowadzony, by postawić przyjaciela na nogi.

"Must be nice to have friends in high places", komentują "celebrycki wypadek" prezenterzy w telewizyjnej śniadaniówce; "and when we're dealing with Bruce Wayne, few come higher."

I chociaż Bruce jako-tako odzyskuje sprawność, jego galeria łotrów atakuje go z nową zawziętością; zupełnie, jakby ktoś - szepcząc z cieni - koordynował wszelkie ataki. Ktoś, kto - działając na różnych poziomach - potrafi uderzyć zarówno Batmana, jak i Bruce'a Wayne'a.

...tak, oczywiście, że Hush to doktor Tommy Elliot, a cała fabuła ledwie się sensownie klei. Zupełnie w odmiennym kontekście, ale w socialmediowych dyskusjach przewijało się jakiś czas temu określenie our story is built on hype moments and aura - i jest to dokładnie to; im więcej myśleć o tej "kryminalnej zagadce", tym mniej ma ona sensu, tym bardziej widoczne staje się, że jedziemy wagonikiem kolejki od jednego rysowanego przez Jima Lee setpiece do kolejnego. Dlaczego doktor Elliot kombinuje jak koń pod górę, skoro mógł zaszkodzić Bruce'owi dużo bardziej i dużo szybciej? A tam, bzdety i głupoty, wydaje się mówić Jeph Loeb; lepiej patrzcie, jaką mamy scenę akcji w operze! 

Selina nosi tu już ikoniczny kostium autorstwa Darwyna Cooke'a - to ta era!

Chociaż twórcy są w tym temacie raczej dyskretni (hush!), na przestrzeni lat pojawiło się sporo podejrzeń, że wiele felerów oraz niekonsekwencji historii wynika z odgórnych redaktorskich ingerencji ("nie, tak może lepiej nie róbcie, potrzebujemy akurat postaci X do projektu Y") oraz wprowadzanych w locie reakcji na czytelnicze opinie. Stąd niezgrabne tłumaczenie wszystkiego w ostatnim numerze, by w ostatniej chwili skleić wszystko w całość; stąd - jak zgaduje spora część fandomu - odejście od potencjalnie dużo bardziej emocjonalnie ciekawej koncepcji Jasona Todda kryjącego się pod bandażami. Hush poszedł nawet fabularnie dokładnie w tym kierunku, ale ostatecznie wątek ten okazał się wyłącznie zmyłką:   

"The world's greatest detective and you still haven't figured it out?"

Jason Todd - tragicznie zmarły drugi Robin - drwi tu z mentora, ale jego słowa dźwięczą podejrzanie prawdziwie: to właśnie on miałby doskonałą motywację do ukarania człowieka, który (w jego oczach) zawiódł go w najgorszy możliwy sposób; to on był na tyle blisko Bruce'a, by nie trzeba było powoływać do istnienia świeżego "przyjaciela z dzieciństwa"; to jego powrót zza grobu, ten wyrzut sumienia zmuszający Bruce'a do stałego eksponowania kostiumu zmarłego pomocnika w gablocie w jaskini, mógłby uderzyć w Batmana bardziej niż jakiekolwiek kryminalne machlojki. Czy tak właśnie miało być? Taka wersja fabuły przekonuje mnie dużo bardziej, autorzy są jednak solidarni: hush

Finałowy dialog lepiący wszystko w całość; mocno sztywny i niezręczny, zarówno od strony narracji tekstowej, jak i wizualnej. Przypomina wręcz stale obśmiewane przeładowanie dymkami kadrów Briana Michaela Bendisa!

W ostatnim zeszycie Loeb sięgnął ponownie do worka znanych sztuczek i - jak w The Long Halloween - rozłożył winę pomiędzy więcej postaci. Doktor Elliot robił swoje, ale prawdziwym mózgiem operacji był Riddler - który, w błysku nagłego olśnienia wywołanego bliskością śmierci, połączył w końcu wszystkie kropki i rozgryzł tożsamość Batmana. Nie mam absolutnie nic przeciwko; Riddler to jeden z moich ulubionych łotrów Batmana, zawsze więc miło widzieć, że załapuje się na nieco miłości oraz miejsca na scenie. Wywracałem jedynie oczami z racji na brak solidniejszej zapowiedzi rozwiązania zagadki oraz bardzo, ale to bardzo koślawe dialogi. 

"What are we, some kind of Suicide Squad?"

Nawet tytuł komiksu musi doczekać się wytłumaczenia; nawet to wytłumaczenie zaserwowane jest z finezją ciężarówki zrzucającej złom.

Chociaż naprawdę wiem, że Jeph Loeb potrafi pisać dobre rzeczy - inaczej zresztą nie dochrapałby się branżowego uznania - to właśnie dialogi stanowią największy problem tego komiksu. Świetnie obrazuje to sekwencja poniżej: 

"Mrrrow..."

Nie chodzi mi nawet wcale o to głupkowate mrrrow; a, niech będzie, trudna emocjonalnie rozmowa, może Selina chce ją właśnie głupkowato zakończyć, by wyrwać się z melancholii. Faktyczny problem dotyczy zbyt obszernego tłumaczenia; gdybym siedział nad Hush z redaktorskimi nożycami, zostawiłbym z powyżej sekwencji wyłącznie pierwszy oraz piąty panel. Implikacja Alfreda jest oczywista; nikomu nie potrzeba chyba jej wyjaśnienia. Czwarty panel mógłby też wówczas spokojnie zastąpić szósty; wnosząc odrobinkę dodatkowej informacji, zostawiając nas z odrobiną napięcia.

Inny moment, który dobrze ukazuje problem z dialogami, to sekwencja w redakcji Daily Planet, gdzie Bruce spotyka się z Lois Lane: 

Zostawiam już dyskusję na temat kadru zorganizowanego tak, by zrobić z niego pinup z krótką spódniczką i długimi nogami w szpilkach; Jim Lee nigdy nie stronił od odrobiny tzw. cheesecake art., a jak mówi branżowe porzekadło - jakoś trzeba te komiksy sprzedać.

Nie, wywracałem tu oczami na wybitnie błyskotliwą i inteligentną reporterkę najpierw dopytującą się o banalną ortografię, a następnie odkrywającą żart słowny, który był już ograny do nieprzytomności w latach '80. Staram się być uczciwy: ja (oczywiście!) również jestem przecież wybitnie błyskotliwy i inteligentny, a często przy czterdziestej sprawdzanej pracy zaczynam już mieć w głowie tyle poprawionych błędów, że wolę sięgnąć do słownika w kwestii podwójnych liter. It's fine. It's human. But my problem is, does it sell Lois Lane as a brilliant journalist? Gdy postać występuje w komiksie dosłownie przez kilka scen, każda linijka dialogu jest na wagę złota - a Loeb rozporządza nimi bardzo hojnie.

Lecz, by nie kończyć krytyką, bardzo podoba mi się jedna z finałowych niespodzianek. Dlaczego Riddler, skoro rozgryzł już tożsamość Batmana, nie wyjawi jej po prostu światu? To proste: bo przestałaby być zagadką.     

And that's actually pretty brilliant!


Na co jest pora, kiedy słoń siada na płocie?, pyta Batman, na co Riddler odpowiada z marszu: na nowy płot; garnij mnie z tym, wszyscy to znają, bezwartościowe. Tym razem dialog nie jest przesadnie rozpisany; porównanie obu "zagadek" zostawia nas - i Riddlera - dokładnie z sekwencją myśli, mimiki i gestów, którą widzimy w tej scenie. It's so much stronger without any extra words.  

Czy zatem mogę wciąż polecić Hush w roku 2026? Powiem to z pewnym bólem serca, ale tak; dialogi są często bardzo słabe, centralna fabuła trzyma się na trytytki i gumę do żucia, ale efektowne momenty nadal efektowne, rysunki Jima Lee zwyczajnie warto znać (przynajmniej jako historyczną reprezentację tej konkretnej epoki), zaś całość stanowi ładnie spakowany rzut okiem na uniwersum Batmana z wczesnych lat '00, muchę w bursztynie pokazującą, co działo się wówczas w komiksowym światku. Relacje z Supermanem, Catwoman i Huntress; komisarz Gordon, Oracle, trójka Robinów - nawet, jeśli byłby to dla kogoś pierwszy komiks z Batmanem w ogóle, osoba taka odłoży Hush na półkę z dobrym wyczuciem tego, kto jest kim i jaką rolę odgrywa w szerszej mitologii.     

Co więc powstrzymuje mnie przed przybiciem na okładce Hush pieczęci dobrego punktu wejścia? Ano właśnie ten status muchy w bursztynie; to, jak bardzo na przestrzeni ponad dwudziestu lat zmieniło się portretowanie wielu postaci. W komiksie Jima Lee oraz Jepha Loeba nadal widzimy pre-feministyczną Harley Quinn, wciąż zauroczoną Jokerem love interest; nadal widzimy Poison Ivy wybitnie w roli seksownej uwodzicielki o kryminalnych ambicjach. Rzecz jasna, te oraz inne interpretacje też są realną, znaczącą częścią bogatych historii postaci, ale ze współczesnej perspektyw czyta się je z zaskakującym dystansem. Nie czyta się ich źle, chcę podkreślić; to jednak właśnie ten syndrom muchy w bursztynie, zaś laur punktu wejścia wolałby zarezerwować dla rzeczy bardziej uniwersalnych.

Wracając zaś do początkowego problemu: czy udało mi się na nowo docenić grafiki Jima Lee? Zdecydowanie, ale najwięcej zrobiły w tym kierunku... materiały dodatkowe w wydaniu zbiorczym. Kolorom Alexa Sinclaria trudno cokolwiek zarzucić - to branżowy standard z epoki, a niewykluczone, że i wręcz lepiej - ale rysunki Jima Lee błyszczą najbardziej w surowej formie, jeszcze przed nałożeniem dodatkowego koloru.  

Właśnie patrząc na takie grafiki rozumiem doskonale, dlaczego to właśnie Lee na długie lata stał się artystycznym punktem odniesienia w DC.

I jeszcze jeden zabawny detal, którym trudno się nie podzielić - oto szkic projektowy do figurki Catwoman opartej na wersji z Hush:  

YES I'M A CAT

Czy figurka sprzedałaby się lepiej, gdyby w finalnej wersji kotu towarzyszył taki właśnie dymek? Mam swoje podejrzenia, ale... hush

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Muzyczne Poniedziałki: płyta z magazynu!

...ale nie w znaczeniu "wykopana z rupieciarni", a dołączona niegdyś do autentycznego magazynu! Do ostatniego wiadra cedeków zaplątał się krążek z październikowego wydania Uncut z roku 2002 ("the month's best music"). Uncut to periodyk muzyczny wydawany w Londynie, trochę więc zaskoczyło mnie mocno amerykańskie brzmienie poniższego kawałka:   

A nie powinno; jak doczytałem, Uncut ma tradycję zajmowania się gatunkami takimi, jak americana oraz alternatywne country. Frank Black - wcześniej wokalista Pixies, później zaś znany jako Black Francis - to też ciekawa postać; jak głosi wikipedia, his cryptic lyrics mostly explore unconventional subjects, such as surrealism, UFOs, and biblical violence, along with science fiction and surf culture.

Powiem szczerze - jest to biogram, którego zazdroszczę. Muszę wziąć się do roboty i zasłużyć na podobny!