poniedziałek, 27 lipca 2026

Muzyczne Poniedziałki: dla osób z nietolerancją laktozy!

No Milk Today to, jak zabawnie podsumowuje wikipedia, a moderate hit zespołu Herman's Hermits, popowej brytyjskiej kapeli z ery Beatlesów. Owszem, pod kątem rozpoznawalności kawałek ten nie ma startu do I'm Into Something Good, ale to chyba mleczna gorycz wydaje mi się bardziej intrygująca!

Gorycz, gdyż piosenka opowiada o przykrym rozstaniu oraz wynikającej z tego konieczności zweryfikowania liczby zamówień u mleczarza. Brzmi to dosyć ciężko, i tekst faktycznie jest ciężki ("...the end of my hopes, the end of all my dreams..."), ale muzycznie Herman's Hermits nie mogli chyba całkowicie oderwać się od leciutkiej, popowej estetyki epoki!  

Jestem stale pod wrażeniem, jak refren ze słowami ...but all that's left is a place dark and lonely muzycznie wzbija się aż tak radośnie oraz inspirująco, z pobrzękującymi jeszcze dzwoneczkami! Zaiste, barokowy pop, jak mówiło się o tym gatunku.

I jeszcze jedna ciekawostka: w wielu piosenkach z lat '60 dopatrywano się narkotykowej metaforyki, z tą nie było wcale inaczej. Ale, jak można przeczytać na zarchiwizowanej stronie zespołu...

Gouldman had written it for the Hollies, but it was the Hermits, who eventually recorded it and made it a big hit. Some people thought that "No Milk Today" was a drug song - the pusher doesn't deliver today - when in fact Gouldman had gotten the idea for that song when he and his father visited a friend and found a note outside the door saying "No milk today". His father remarked that there could be a number of reasons why they had put that note out. That started Graham thinking and he came up with a song about a guy and a girl splitting up - not a drug song. The Hermits' version of "No Milk Today" was cleverly arranged and produced - it sounded like a kind of Hebrew folk song rocked up a bit.

Czasem mleko to tylko mleko, ale hebrajskie skojarzenie niezaprzeczalnie ciekawe!

poniedziałek, 20 lipca 2026

Muzyczne Poniedziałki: najstarszy z winyli?

Connie Francis - pierwszą kobietę, której udało się wspiąć na pierwsze miejsce amerykańskiej listy Billboard Hot 100 (rok 1960) - trudno określić jako mało znaną postać... ale kto powiedział, że Muzyczne Poniedziałki są wyłącznie dla niszowych wykonawców i wykonawczyń! Connie została z zaskoczenia wspomniana podczas jednego z naszych planszówkowych wieczorów, i natychmiast przypomniałem sobie, że na półce stoi przecież jej album na winylu. Ale zanim powiem, co mnie w tymże albumie urzekło - niech energii doda nam Stupid Cupid, jeden z największych hitów artystki!

Nasza kolekcja winyli to zbiór wielopokoleniowy; jak już kiedyś pisałem, wszystkie czarne płyty kolekcjonowane przez rodzinę w dobie świetności nośnika znalazły teraz w niej drugie (a może i trzecie?) życie. Album Connie's Greates Hits to jak najbardziej taki właśnie dokument epoki; obwoluta to zaskakująco gruby karton, rok wydania - jak musiałem poszukać w internecie, gdyż umieszczanie tej informacji najwyraźniej nie było jeszcze tradycją - to 1963.

Żeby nie było, album oryginalnie wydano w Stanach w 1959; 1963 to już rynek w Jugosławii, nakładem legendarnej wytwórni Jugoton. Tak jest, to ten sam Jugoton, któremu dekady później składała hołd supergrupa Yugoton; a składała go za wnoszenie powiewu zachodniej kultury w realia bloku wschodniego. Wakacyjny wyjazd do Jugosławii byłby niekompletny bez wzbogacenia się o płyty Jugotonu!

I owszem, ryzykując brzmienie po dziadowsku - może i dzisiaj mamy internet i streaming, ale czy za 60 lat zostaną po nim takie fajne muzyczne pamiątki? Connie Francis uz orkestar; Strana A, Strana B! Karton nadal (w większości) trzyma, winyl gra jak złoto.  

poniedziałek, 13 lipca 2026

Muzyczne Poniedziałki: wciąż koncertowo!

Nie pamiętam takiego zagęszczenia koncertów jak ostatnio! Tym razem był to Turnau (w doskonałym towarzystwie instrumentalistów), i zarazem pierwsze dla mnie tego roku wydarzenie pod gołym niebem. Pogoda dopisała, głos artysty nie osłabł nic a nic, repertuar był dobrą mieszanką oczekiwanych przez publiczność przebojów oraz tych starszych, mniej znanych utworów.

Patrząc na domową półkę z płytami planowałem już w tym roku, by Turnau pojawił się w Muzycznych Poniedziałkach, a dziś zdecydowanie okazji takiej przegapić nie można! Pójdźmy więc w stronę jednego z przebojów, który ma sporo letniej atmosfery, a i świetnie wybrzmiał na koncercie: Znów wędrujemy, rok 1991, debiutancka płyta studyjna.  

Tekst został napisany w 1938 - po prostu jako Piosenka - przez Baczyńskiego, i opisywał czas spędzony na chorwackiej wyspie Šolta. Lecz zostawmy dziś historyczne konteksty; utwór jest kompletny i bez nich, z więcej niż odrobiną dźwiękowej melancholii.

Były piosenki, na które w trakcie koncertu czekałem bardziej, ale to właśnie ta - bez scenicznych fajerwerków, bez potężnego akompaniamentu - wybrzmiała chyba najmocniej! 

poniedziałek, 6 lipca 2026

Muzyczne Poniedziałki: znajomy tytuł!

Pejzaż - bo pod takim szyldem nagrywa warszawski muzyk Bartosz Kruczyński - to artysta, którego poznałem w jednym rzucie z zeszłotygodniową Etnobotaniką. Poza doskonałym koncertem, wspólnym mianownikiem jest też wytwórnia The Very Polish Cut Outs... pod której szyldem ukazała się również świetna płyta Julii Rover, o której już wspominałem wcześniej na blogu! Proszę, jak to wszystko ładnie się rymuje.

A co do rymowania - czy mógłbym wybrać coś innego, skoro Pejzaż ma utwór pod tytułem...    

Elektronika naprawdę światowej klasy (wcześniejszy krążek to w ogóle "najlepsza polska płyta 2018 według serwisu beehype"), i gdyby ktoś zaczął mi wmawiać, że nagranie to wyszło właśnie (albo, jeszcze lepiej, w późnych latach '90) u czołowej wytwórni zza oceanu, łyknąłbym to bez popity. Jedynym problemem jest tu niski nakład; winyl List II to dosłownie jedyny fizyczny album, który udało mi się jeszcze upolować. Doskonała lekcja, by śledzić na bieżąco, co tam dzieje się w The Very Polish Cut Outs!

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Muzyczne Poniedziałki: za pomocą magnetofonu!

To już kolejny koncert, na który poszedłem na ślepo, zachęcony wyłącznie koleżeńską rekomendacją - i po raz kolejny okazuje się, że koleżeńskich rekomendacji warto słuchać! Etnobotanika - skupiony na muzyce elektronicznej duet z Rudy Śląskiej - przypadła mi do gustu na tyle, że nie tylko gibałem się w klubie przez cały wieczór, ale i wyszedłem z niego z zakupioną na miejscu płytką CD... tylko po to, by po powrocie do domu zamówić inny album na winylu. 

Duet smaruje brzmieniową oraz tematyczną nostalgię bardzo, ale to bardzo grubo, od wykorzystanych sampli po koncertowe wizualizacje; jak głosi opis zamieszczony pod tym właśnie kawałkiem...

W kolekcji starych kaset domu działkowicza, pomiędzy archiwalnymi nagraniami wsadów Michała Jordana, audycjami Wojciecha Manna oraz czarno-białymi teledyskami De Mono, znajdowała się również pewna zielona kaseta z podpisem ETNOBOTANIKA.

Jakieś dziwne. Nikt z nas nie pamiętał, żeby była tam wcześniej. Nikt nawet nie wie, kiedy została nagrana. Zdecydowaliśmy się opublikować ten materiał jeszcze przed zachodem słońca.

...ale wiadomo, przestrzeń projektowa jest ograniczona, czas cenny, czasem więc warto posmarować grubo, by solidnie uwypuklić zamysł. Czuję, że Etnobotanika pozostanie w domowym systemie audio na dłużej!

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Muzyczne Poniedziałki: już za parę dni...!

Aż dziw, że do tej pory nie uczciłem nigdy końca roku szkolnego tą właśnie piosenką! Tekst autorstwa samego Ludwika Jerzego Kerna, zaś oryginalne wykonanie - Haliny Kunickiej. 


I chociaż pani Kunicka to niewątpliwie dama polskiej piosenki, to chyba równie duży szacunek należy oddać męskiemu chórkowi z filmu Szatan z siódmej klasy (1960), który - choćby w postaci kilku podłożonych pod muzykę scen - możemy przypomnieć sobie poniżej! 


Kusi mnie czasem, żeby odświeżyć sobie ten film - może w towarzystwie licealnej młodzieży? Pora w końcu idealna... jeśli ktokolwiek pojawi się jeszcze w tym tygodniu w szkolnych murach! 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Muzyczne Poniedziałki: leć, hipopotamie!

Dziwny to rok, i wiele rzeczy dziwnych dookoła... zaś jedną z nich jest bez dwóch zdań pogoda. Połowa czerwca, przesilenie za progiem, a ja już od tygodni - z palcem na spuście - czekam, czekam i czekam z doroczną Star of the County Down; moim ukochanym standardem, którym świętuję nadejście lata. Liczę na to, że aura oraz rzeczywistość zadadzą mi kłam, lecz obawiam się deszczowych wakacji; a jeśli będzie właśnie mokro i dziwnie, niech (w końcu!) wybrzmi dziś jedna z dziwniejszych interpretacji Star. Przed wami Béla Fleck & The Flecktones z albumem Flight of the Cosmic Hippo!

Kolejne UFO na okładce; znaki, znaki, znaki. 

Jazzowo, nietypowo, interesująco! I owszem, był to rok 1991, wątki ufologiczne są więc nieodzowne: poza samym kosmicznym hipopotamem w kosmosie znajdują się też Flying Saucer Dudes. A żeby było ciekawiej, tytułowy utwór albumu doczekał się bardzo szybko (ponownie 1991!) wykorzystania w serialu Northern Exposure, po kaszubsku Przystanek Alaska. Tak więc... ukłony dla hipopotama, i ukłony dla osób pamiętających Przystanek; skłamałbym mówiąc, że nic czuję się trochę jak Chris Stevens bredząc co poniedziałek o kolejnej wyciągniętej z archiwów piosence. 

...wiem. To nie wybuchowa, radosna Star of the County Down na którą pewnie liczyłyście i liczyliście. Nic nam jednak nie ucieknie, niech dzisiejsza będzie dziwna... a po porcję energii zapraszam do wcześniejszych. To w końcu jedyny utwór z własną kategorią na blogu!