Swego czasu pisałem o zabawnej kolekcji crossoverów pomiędzy postaciami wydawnictwa DC oraz... Looney Tunes, kreskówkowymi ikonami również spod szyldu WB! It was clever fun, dużo było było tam świetnych zabaw konwencją, a całość - z perspektywy czasy - podoba mi się wręcz bardziej niż w 2022.
Minęło kilka lat, a Marvel - swoim zwyczajem - skopiował koncept DC. Mówię to z najweselszą tylko złośliwością; młodsze wydawnictwo historycznie znane jest w końcu z remiksowania pomysłów konkurencji (i nierzadko udane remiksy były ogromnymi sukcesami!), ale tagline wydawnictwa - House of Ideas zwykle doczekuje się w mojej głowie autouzupełnienia: ...Ideas aped from DC Comics. Ale, jak mówiłem, to raczej czuła złośliwość; wiadomo, że w branży tej wzajemne inspiracje to chleb powszedni.
A więc do rzeczy: w roku 2024 oba wydawnictwa obchodziły rocznice: w przypadku Disneya było to 90 lat Kaczora Donalda (1934), Marvel celebrował zaś półwiecze Wolverine'a (1974). A co, gdyby... urządzić łączoną imprezę? Tak też właśnie się stało - i ten właśnie celebracyjny zeszyt stał się punktem wyjścia do całej serii What If...?, pod koniec 2025 zebranej w formie wydania zbiorczego!
 |
| Koncept szalonych zeszytów What If...? to cała marvelowska tradycja - osoby zainteresowane dosyłam do szerszego wpisu! |
Otwierający serię oryginalny zeszyt - What If Donald Duck Became Wolverine - to, bez zaskoczeń, najmocniejszy punkt całej antologii! Nie dość, że zestawienie postaci Donalda oraz Wolverine'a jest autentycznie urocze (obaj to kurduple-furiaci), to do tego komiks stanowi bezpośrednia parodię serii Old Man Logan - jednego z najpopularniejszych komiksów z Wolverinem ostatnich dekad. Czy jednego z najlepszych? Cóż, pisał go Mark Millar, którego fanem nie jestem, ale rozumiem urok: była to szalona, szerokoekranowa akcja, nawet jeśli głupia jak pęk słomy. Jest to więc bardzo bezpieczny cel dla parodii: osoby lubiące Old Man Logan ucieszą się, że komiks doczekał się kolejnego kulturowego śladu; pozostałą grupę ubawi pewnie nabijanie się z dzieła Millara.
 |
| Pete-Skull! Pete, w polskich tłumaczeniach Czarny Piotruś, gra tu rolę nazisty Red Skulla, i już samo to zestawienie wywołuje przynajmniej parsknięcie. |
Podobnie jak w oryginale, Donald/Wolverine (spójrzcie na tę rosomaczą fryzurę!) jest już wiekowym, zmęczonym herosem, starym rewolwerowcem na ranczu; być może złoczyńcy przejęli władzę nad Kaczogrodem, ale to już nie jego interes - teraz woli chillować za miastem, jeść ciasta Babci Kaczki i spędzać dnie w hamaku.
 |
| Do akcji wzywa go Miki-Hawkeye! |
To trochę zaprzepaszczona komediowa szansa: mashupowe postacie dostają po prostu imiona z dywizem, Mickey-Hawkeye i tak dalej, podczas gdy sytuacja prosiłaby się aż o jakiś głupi żart słowny. Już oczywisty Mouseye byłby zabawniejszy!
 |
| Bohater wracający z emerytury! |
Zeszyt trafia w idealny balans pomiędzy humorem a emocjami; tak, to parodystyczna zabawa z Donaldem, ale jednak serce grzeje się trochę, gdy nasz kaczor wspomina dawne przygody:
 |
| Donald-Wolverine na przestrzeni dekad! Są tygrysie pasy, w których po raz pierwszy walczył z Hulkiem, oraz klasyczny żółty strój; jest millennialna skórzana kurtka z ery Morrisona oraz mroczny kostium X-Force, sformowanej przez mutantów jednostki od mokrej roboty. |
To nie tylko sympatyczne nostalgiczne mrugnięcie, ale też kolejna warstwa humoru: oh no they didn't!, chichrałem się widząc strój z krwawego X-Force przemycony w komiksie dla wszystkich grup wiekowych. Ot, humor płynący z kontrastu, transgresywna radocha; działa!
 |
| Do drużyny dołącza też Goofy-Hulk! |
But we were... don't you remember? Kolejne nostalgiczne aaaaw, gdyż ostatni panel to przecież zgrywa z ikonicznej okładki:
 |
| Wolverine #8, czerwiec 1988! |
To czule wspominana era, gdyż - trafiwszy na azjatycką wyspę hazardu i przestępczości, Madripoor - obaj panowie wypracowali tam sobie inne tożsamości! Zmęczony superbohaterstwem Wolverine założył garniak, muchę i był znany jako Patch, od opaski na rzekomo zranione oko; Hulk wrócił zaś do swoich korzeni (tak, z początku był szary!) i - również w garniaku - działał w przestępczych strukturach jako Mr. Fixit, zbir do wynajęcia o najcięższych z ciężkich łap. Choć nie działo się tam nic wyjątkowego poza superbohaterską normą, okres ten jest jednym z fanowskich ulubionych (ja osobiście nadal wspominam scenę, gdy Wolverine z czystej złośliwości pociął Hulkowi eleganckie, krojone na wielką miarę garniaki i zostawił go tylko z klasycznymi fioletowymi portkami... co dla pana Fixita było ujmą) - nie dziwię się więc, że parodystyczne don't you remember? odsyła nas właśnie tam.
What If Donald Duck Became Wolverine to perła tej kolekcji: donaldowy humor pięknie współgra tu z wolverinową historią, a i samo zmiksowanie obu postaci jest nad wyraz sensowne. Nie dziwię się, że był to sukces taki, że zapoczątkował kilka kolejnych tytułów!
Kolejnym w antologii jest...
 |
| What If? No właśnie nie za dużo. |
Sama okładka to czytelny pastisz Journey Into Mystery #83, pierwszego pojawienia się marvelowskiego Thora:
 |
| Sierpień 1962! |
Historia znana i remiksowana już wielokrotnie: doktor Donald Blake odnajduje magiczną laskę, która tak naprawę jest ukrytym przez czary Mjolnirem; jest godny, więc zmienia się w mitycznego Thora; odpiera inwazję, uh, kamiennych ludzi z Saturna. Finałowy żart: kosmici odlatują przekonani, że wszyscy na Ziemi są potężni jak Thor, szkoda więc im wysiłku na tak straszliwą planetę.
 |
| Stone Ducks from Saturn! |
W wersji parodystycznej otrzymujemy dokładnie tę samą historię, beat-for-beat - tyle tylko, że z Donaldem w miejsce Donalda (Blake'a).
 |
| "...if they be worthy..." - inkluzywna sentencja już okresu, gdy to Jane Foster przejęła moc Thora to już, jak widać, nowy standard. |
Donald pokonuje Kaczory z Saturna i ich niszczycielskiego robota, etc, etc.
 |
| Puenta ta sama, co w 1962! |
To właśnie trudność związaną z pisaniem humorystycznego Marvela: wydawnictwo samo remiksowało, parodiowało i opowiadało na nowo własne historie z lat '60 tyle razy, że są już wyeksploatowane do cna. Old Man Logan to fabuła z 2008, jej parodia była więc dużo świeższa; tutaj, przewracając kartki, myślałem tylko: no tak, kolejny retelling Journey Into Mystery #83, czytałem ich już całe kopy. Donald-Thor musiałby więc wejść mocniej w humorystyczny idiom Kaczora Donalda, lecz żarty z tego zeszytu też są średnio świeże: ot, trochę slapsticku, gdy Donald uczy się używać Mjolnira.
What If Donald Became The Mighty Thor to - dla wieloletniego czytelnika Marvela - absolutna sztampa; być może osoby, dla których ta parodia będzie właśnie pierwszą będą rozbawione... ale sam Marvel wydał już tyle bliźniaczo podobnych remiksów, że osobiście chyba ani razu się tu nie zaśmiałem. A po co czytamy Kaczora Donalda?
W kolejnym zeszycie główną bohaterką zostaje Minnie... zmiksowana z Ms. Marvel!
 |
| Odrobinę achronologicznie: w okresie parodiowanym przez komiks nie była to jeszcze "Captain". No ale jest przynajmniej bardziej ubrana niż Carol Danvers w oryginalnym występie! |
Ponownie, porównajmy parodię z klasyczną okładką ze stycznia 1977:
 |
| THIS FEMALE STRIKES BACK (😬) |
Komiksowy feminizm to jedno z moich stałych badawczych zainteresowań, poczułem więc zgrzyt w kościach gdy zobaczyłem, kto został wybrany do crossovera! Zarysuję nieco tło kulturowe: w 1976 DC przedstawia światu nową superbohaterkę, Power Girl - emanację założeń drugofalowego feminizmu, tzw. women's lib, kuzynkę Supermana, która wcale nie chce być postrzegana jako jego kopia i aktywnie działa w tym kierunku. Jest supersilną, niezniszczalną, latającą blondynką, która z czasem doczeka się pomarańczowego kota.
W roku 1977 wydawnictwo Marvel ogłasza światu swoją nową superbohaterkę: supersilną, niezniszczalną, latającą blondynkę, która z czasem doczeka się pomarańczowego kota. Ale spisują pracę domową niedokładnie: podczas gdy Power Girl jest centralnie skupiona na zagadnieniu tożsamości oraz nie bycia postrzeganą jako czyjakolwiek kopia, wczesna Carol Danvers nie dość, że jest reklamowana z okładki jako "w tradycji Spider-Mana", to do tego "tradycja" ta jest niemalże kserówką: Carol też zatrudnia się w prasie... i to nawet również u J. Jonaha Jamesona.
 |
| Jonah daje wyraz swojej niechęci do ruchu feministycznego, tłumacząc zaraz potem, że jego zdaniem prasa dla kobiet powinna składać się z przepisów, mody i plotek - po co mącić. |
Jasne, jest klarownie obsadzony jako antagonista, ale cały ten konflikt jest łokciami pisany nawet jak na 1977. Feministyczną wymowę podkopuje dodatkowo brak świadomości Carol swojego drugiego życia jako Ms. Marvel; póki co, reporterka oraz superbohaterka są osobnymi postaciami (co odbiera jej znaczną porcję, jak ujmuje się to po angielsku, agency we własnej fabule). Wisienką na szczycie tortu jest wspomniany strój, czyli gołe nogi, goły brzuch i majtki: kiedy tylko do postaci dorwał się Chris Claremont - najważniejszy chyba scenarzysta dla marvelowskiego feminizmu XX wieku - natychmiast go przeprojektował, wojując z wydawnictwem, które naciskało na sexy, sexy and maybe even some sexy. Claremont nie był do końca zadowolony z wypracowanego kompromisu - był to słynny czarny kostium kąpielowy z czerwoną szarfą na biodrach - ale, jak wspominał po latach, it's a damn sight better than what was there before.
Początki Ms. Marvel to więc bardzo nieudana, naskórkowa kopia feministycznej estetyki Power Girl bez kompetentnej tematycznej podbudowy (choć trzeba oddać sprawiedliwość: Ms. zamiast Miss było wówczas dość progresywnym manewrem). Jak to u Marvela, słabo zmałpowany koncept z czasem był autentycznie cyzelowany i ciekawie ewoluował - ale początki były zdecydowanie średnie.
Trzeba jednak uczciwie nadmienić, że wydawnictwo szukając postaci do sparodiowania miało dość wąski wybór; musieli sięgnąć aż do 1977, gdyż wśród założycielskich tytułów Marvela zwyczajnie nie było komiksów frontowanych przez kobiety, zaś wcześniejsze kobiece tytuły z lat '70 wyglądały tak:
 |
| Niczego nie ujmuję tym bohaterkom, ale gdybym zapytał licealną młodzież o The Cat czy Shannę, odpowiedziałaby mi pewnie głucha cisza. Carol Danvers miała przynajmniej dwa filmy kinowe plus trochę pobocznych występów! |
The Cat już okładki firmuje się twardo przede wszystkim jako bombshell i beautiful girl, Shanna to zaś dosłowna jungle queen jak z lat '50, panterkowa bielizna i w ogóle. Marvelowskie superbohaterki lat '60 pełniły zwykle zespołową rolę the girl: mdlały, dawały się pojmać, koledzy z drużyny mogli do nich wzdychać - albo one wzdychały do kolegów, i był to generalnie szczyt ich uczestnictwa w przygodach. Wiele pisano również analitycznie o pasywnej naturze mocy tych wczesnych marvelowskich bohaterek: niewidzialność (Sue Storm), telepatia (Jean Grey), magia (Scarlet Witch) dosłowne stawanie się małą (Wasp) - wszystko skrojone pod archetyp omdlenia i bycia ratowaną w kulminacyjnym momencie.
Sytuację rozruszał dopiero Chris Claremont w swojej dwudziestoletniej sadze z X-Menami (powtórzę jakże prawdziwy żarcik: the best X-Men are women): gromowładna Storm, Jean Grey awansowana z roli omdlewającej studentki do płomiennej kosmicznej bogini, Kitty Pryde: pierwsza nastoletnia pyskata gówniara w długiej linii x-menowskich nastoletnich pyskatych gówniar (na tym blogu szanujemy Jubilee). Niestety, przez długi czas wszystkie te panie nie miały solowych tytułów, występując po prostu na łamach wielkiej sagi Claremonta w rozmaitych team books - nie dziwię się więc za bardzo, że ostatecznie Disney sięgnął na potrzeby crossovera po Ms. Marvel. Niech będzie to po prostu przypomnienie o tym, jak ubogo wyglądał kobiecy pre-claremontowski krajobraz w tym wydawnictwie!
So anyways, Minnie jako Ms. Marvel nie tylko powtarza banalną strukturę Donalda jako Thora, ale robi to z dużo mniej rozpoznawalną origin story. Ms. Marvel w swoim pierwszym zeszycie walczyła ze Scorpionem; nie dość, że dostała w spadku fabułę po Spider-Manie (z pracą dla J. Jonaha Jamesona), to z drugiej ręki dostała też jego łotrów. Nie był to moment chwały dla kobiecej komiksowej reprezentacji, i powrót do niego współcześnie wyłącznie dodatkowo to podkreśla.
 |
Superbohaterce zawsze pod górkę! Przynajmniej Pete-Scorpion Peg Leg Scorpion jest wizualnie dość zabawny, a Sknerus w roli J. Jonaha Jamesona to angaż (w dobrym znaczeniu) oczywisty. |
Pochodzenie mocy Ms. Marvel - całe mambo-dżambo z obcą rasą Kree i dziwnymi maszynami - zastąpiono dosłowną magią; Minnie była świadkinią regularnego boju Sknerusa z Magiką, wyłapała medżik bolta w ucho, et voilà:
 |
| Rysunki Giady Perssinotto, włoskiej rysowniczki pracującej między innymi przy W.I.T.C.H., to jasny punkt tej historii! |
What If Minnie Became Captain Marvel - podobnie jak Donald-Thor - wnosi niewiele poza stale zabawną warstwą wizualną; ciąży też na niej dodatkowy problem: pierwszy zeszyt Ms. Marvel z 1977 zdecydowanie nie zalicza się do historii tak ikonicznych, jak te z wczesnych lat '60 wydawnictwa, więc parodia robiona jest wyraźnie pod górkę. Wypadałoby zrobić jakąś bohaterkę - ale Marvel nie miał wtedy porządnych bohaterek - no trudno, coś tam ulepimy.
W kolejnym zeszycie otrzymujemy zgrywę z Fantastycznej Czwórki:
 |
| Donald jako The Thing? Żydowski twardziel z klasy robotniczej, który humorem zakrywa ciężar samotności oraz fizycznej transformacji? I dlaczego Mickey Singnal nazywa się Mickey Signal, skoro *nawet parodystyczna* drużyna nazywa się dalej Fantastic Four? No nie klei się to nic a nic. |
Donald/Wolverine was kinda inspired; Donald jako The Thing nie ma właściwie żadnego zabawnego tematycznego połączenia i dźwięczy dość niekomfortową prawdą: od disneyowskiej strony mamy de facto kilka czołowych postaci - Donald, Miki, Goofy, Minnie - które trzeba co zeszyt oblepić nową crossoverową licencją, nawet jeśli mają precious little wspólnego z marvelowskimi ikonami, które parodiują. No cóż!
 |
| Goofy - mózg zespołu. |
Parsknąłem tu śmiechem - ale to dlatego, że oryginalna scena z 1961 jest praktycznie równie zabawna:
 |
| "Susan ma rację, nie jestem już nawet człowiekiem; moje życie dobiegło końca, stałem się jakimś odrażającym kamiennym Stworem." "Japa tam Ben, a ja się nazwę PAN FANTASTYCZNY!!" |
Reed Richards nie błyszczał wtedy empatią! Niewiele poza tym mam do powiedzenia o tym zeszycie, ponieważ po raz kolejny powiela on felery poprzednich: to po prostu kolejny remiks kolejnej origin story, coś, co Marvel praktykował na własnym podwórku od dekad i nie potrzebował do tego Disneya. Jak mówiłem: w tej sytuacji całości pomogłoby mocniejsze zdryfowanie w kaczkowo-mysi humor, ale wymóg zmieszczenia w jednym zeszycie imitatorskiej fabuły zostawia niewiele miejsca na jakiekolwiek fun hijinks.
 |
| Najśmieszniejszy jest tradycyjnie Pete, który obskakuje kolejną łotrowską fuchę, tym razem jako Mole Man! |
What If Mickey And Friends Became The Fantastic Four? to niestety również raczej korporacyjne odhaczanie listy: OK, robimy te parodie, no to musi być Fantastyczna Czwórka - pierwsza marvelowska drużyna superbohaterska. Zrobione, zaliczone, przeczytane; wspominać nie ma czego, gdyż za dużo tu prostej imitacji, za mało konstruktywnej parodii.
W kolejnym zeszycie powracamy do - jak mówiła słynna komiksowa narracja - a day unlike any other, kiedy wielkie zagrożenie zebrało razem drużynę Avengers! Z miejsca dostajemy fajną niespodziankę: Pete ma tym razem wolne, w rolę antagonisty wcieli się...
 |
| Goguś-Loki! |
W poprzednim zeszycie narzekałem, a tu pochwalę: zawsze stylowy cwaniaczek to doskonała propozycja na Lokiego! Reszta idzie po staremu: Loki podpuszcza Hulka do siania zamętu, ale - w kid-friendly narracji - zamętem tym jest zeżarcie ciasta upieczonego na miejską imprezę.
 |
| "I repeat! Goofy-Hulk spoiled the party for everybody!" Come on, this *is* funny. |
Zbierają się więc Avengersi, z Donaldem-Thorem oraz...
 |
| ...resztą ekipy! |
Po raz kolejny widać, jak biedny był kobiecy krajobraz wczesnego Marvela: kogo dostała do zagrania Daisy? Lady Sif of all people; nie jest to zdecydowanie postać, którą mamy w głowie myśląc "Avengers". Implikacji tego, że para Ant-Man/Wasp (mentor-naukowiec i kochająca się w nim młoda studentka) to Minnie oraz Pluto wolę nie dotykać nawet kijem. Donald jako The Thing nic może nie wnosi, ale i nic nie ujmuje; ta dynamika postaci jest, w najlepszym razie, distracting.
 |
| Po prostu "Avengers Assemble?" Nawet bez jakiejś śmiesznej pun? Meh. |
What If Mickey And Friends Became The Avengers ma nieco lepszych dowcipów niż zeszyt z Fantastyczną Czwórką, a rysunki są stale urocze - lecz ponownie, nie ma tu czego wspominać. Poza Ant-Manem i Wasp, czego z kolei - niczym skryba Bartleby - wolałbym nie.
Wolałbym za to, żeby reszta historii trzymała poziom następnej - tej, w której Donald staje się Kaczorem z Żelaza! To druga najlepsza historia całego zbioru i uczciwie się przy niej chichrałem; poprzeczka humorystyczna zaliczona bez problemu! Otóż Donald ma przy sobie plany Diodaka na cały zestaw urządzeń (głównie ogrodniczych), Bracia Be biorą go więc do niewoli i zmuszają do roboty:
Dlaczego, czy Donald jest jakimś technologicznym geniuszem? Nie, tłumaczą mu Bracia Be; nie chce nam się po prostu, za leniwi jesteśmy - no, hop hop! Podobne detale to ogromna zaleta historii, która jest przede wszystkim kaczą komedią od początku do końca (gadżety Żelaznego Kaczora to różne wariacje na temat sprzętu ogrodniczego!), nie kolejnym odbębnionym retellingiem marvelowskiego klasyka. No i spójrzcie tylko na tego kapitalistycznego krwiopijcę Sknerusa:
 |
| ZACK |
Tak właśnie powinny wyglądać wszystkie te crossovery: komedia przede wszystkim, budowanie bardziej na silnych stronach kaczkowo-mysich komiksów niż superbohaterów. Jak wspomniałem, What If Donald Duck Became Iron Man to druga najlepsza historia zbioru; uczciwie świetne żarty, komiczne rysunki Donalda Soffrittiego, niezłe tempo historii. Polecam!
A na koniec - kasztanik, w którym Goofy wciela się w Spider-Mana; kolejny odtwórczy retelling origin story z lat '60.
Głównym felerem jest to, że centralnym elementem stojącym za heroiczną transformacją Petera Parkera jest śmierć wujka Bena, temat dość ciężki jak na all-ages comedy. Wiecie, kim jest więc wuj Ben w tym komiksie?
 |
| ...motorem, a właściwie przyczepką do motoru - jak mówi ciocia Tessie, "the most gorgeous sidecar to ever road the roads of Calisota!" |
Wielka moc, wielka odpowiedzialność i tak dalej; gdy Goofy zachwycony własnymi sukcesami w konkursie talentów przejmuje się bardziej strzelaniem selfiaczków niż powstrzymywaniem łotrów, Bracia Be podczas ucieczki złomują wuja.
 |
| Oh no! |
W finale bogaty kolekcjoner sztuki kupuje wrak wuja Bena za milion dolarów, wystawia go jako dzieło rzeźby współczesnej i załatwia w ten sposób finansowe problemy Goofy'ego oraz cioci. It's so absolutely bizarre, ale przynajmniej jest to rzecz pamiętna - szczególnie, gdy wyobrazić sobie handel zwłokami autentycznego wuja Bena. Widać, że historia jest tak straszliwie uginana i rozciągana, by dopasować ją do ram pochodzenia Spider-Mana, że całość nabiera szalonego uroku "tak złe, że aż dobre"; wiem, nie jest to najwyższy komplement, ale o What If Goofy Became Spider-Man powiem jedno: it really is a goofy story.
To co, warto sięgnąć po Marvel & Disney: What If...? Ech, Donald jako Wolverine oraz Iron Man to świetne zeszyty, ale reszta siedzi twardo w kategorii wypełniaczy; może spojrzałbym na nie łaskawiej, gdyby każdy z nich był moim jedynym przeczytanym komiksem z tej inicjatywy - lecz zebranie ich w jednym tomie, wszystkie obok siebie, wyłącznie podkreśla ich główną wadę: formulaiczność oraz przesadnie hołdowanie historii Marvela. Te historie powinny być przede wszystkim po disneyowsku zabawne, i dwie najlepsze takie właśnie są - pozostałe są jednak pisane jak od sztancy. Brakowało mi prawdziwie szalonego humoru, jak (by wspomnieć DC Meets Looney Tunes) osadzenie koguta Foghorna Leghorna w krwawym westernie z Johahem Hexem czy wtłoczenie kosmicznego żula Lobo w doprowadzające go do furii ramy slapstickowej kreskówki podczas polowania na Strusia Pędziwiatra. Fantastycznym urozmaiceniem były też towarzyszące tamtym historiom małe backupy - główna rzecz opowiadana była w stylu wizualnym DC, krótki backup jako kreskówka.
Marvel & Disney: What If...? nie porywa się niestety na podobną kreatywność. Zostanę więc przy poleceniu DC Meets Looney Tunes... a jeśli lubicie kaczory i myszy, wystarczą spokojnie te dwa najlepsze zeszyty z siedmiu. To w końcu zamknięte historie, więc - poza odrobiną szkiców koncepcyjnych - niewiele tracicie!