środa, 14 lipca 2021

Green Lantern/Green Arrow: Hard-Traveling Heroes

Niedawno umarł komiksowy scenarzysta Denny O'Neil. Jak to wielu autorów komiksów, pracował on przy wielu tytułach - u DC zajmował się Batmanem, gdzie stworzył postacie takie, jak Ra's al-Ghul oraz jego córka Talia oraz popchnął nastrój człowieka-nietoperza w mroczniejszą stronę, odchodząc od charakterystycznych dla Silver Age pojedynków na pięści z gorylami czy komicznych perypetii z wesołym Robinem; dla Marvela pisał zaś serie takie, jak Daredevil i Iron Man. Jego tytułem, który zapewne nabrał największego znaczenia, była seria Green Lantern/Green Arrow, którą uznaje się czasem za symboliczny koniec Silver Age.

Okładka współczesnego wydania zbiorczego, co na pierwszy rzut oka możecie stwierdzić po logo DC w formie "odrywanego plastra" - taką postać miało w latach 2012-2016

Symboliczny, gdyż - jak wiele zmian historycznych - trudno uczciwie postawić konkretną datę i powiedzieć zobacz, tu kończy się Silver, a zaczyna Bronze Age. Był to długofalowy proces, związany ze zmianą gustów, zainteresowań i wrażliwości; jeśli Silver Age można podsumować jako age of silliness, high concept and high adventure, komiksowa Bronze Age to zwrot w stronę większego realizmu - fabularnego, psychologicznego i społecznego. Rzadziej będziemy w niej widzieć psotne impy z piątego wymiaru, częściej niepokoje w miejskim getcie; mniej roześmianych łotrów w barwnych kostiumach, którzy chcą zdobyć władzę nad światem, więcej antagonistów w roli polityków i biznesmenów. Seria Denny'ego (przez "e", gdyż skracał w ten sposób imię Dennis) była emblematyczna dla tych zmian; wróciłem do niej ostatnio, gdyż w naszych niedzielnych dyskusjach zacząłem już wspominać o powoli nadchodzącym końcu Silver Age. Plus - jak lepiej uhonorować twórcę, który już nic więcej nie stworzy? Jesteśmy więc w kwietniu roku 1970, gdy na prasowych stojakach pojawia się Green Lantern #76.

Była to bowiem seria Green Lantern, Hala Jordana; Green Arrow - Oliver Queen - z tym numerem został do niej wprowadzony jako druga gwiazda, i odtąd dzielili oni miejsce w tytule. Łączyła ich przyjaźń i sympatia do koloru zielonego; ciekawych do rozgrywania różnic było jednak więcej. Green Lantern to bohater sci-fi, podróżujący po kosmosie stróż prawa, który otrzymał swoje moce i uprawnienia od antycznych, nieśmiertelnych istot z planety Oa; Green Arrow to bohater ulicznego poziomu, który łukiem i strzałą - niczym uwspółcześniony Robin Hood - stara się pomagać biednym i skrzywdzonym tego świata. Ich poglądy polityczne są adekwatnie odmienne; Hal reprezentuje podejście bardziej konserwatywne, dbałość o zasady, literę prawa i bycie wzorowym obywatelem; Oliver skupia się na wartościach liberalnych: wrażliwości społecznej i chęci zmiany systemu, który w jego oczach pozostawia wiele osób bez wsparcia i sprawiedliwego traktowania. Dyskutują więc, spierają się i czasem kłócą, ale oboje wciąż jednak są bohaterami i przyjaciółmi; obu im zależy na polepszeniu świata.

Już pierwszy zeszyt ich wspólnej serii zawiera wprost zadane w druku pytanie, które towarzyszyło komiksowi superbohaterskiemu przez lata '60. Gdy nasi bohaterowie odwiedzają biedniejszą dzielnicę, zaczepia ich czarny mężczyzna:


Scena ta z dzisiejszej perspektywy może nie wydawać się szczególnie subtelna, ale to nie o subtelność chodziło tu Denny'emu; celem było postawienie pytania tak, by nie można było go zignorować; celem było zwrócenie uwagi na problem. Na więcej subtelności i niuansów przyjdzie jeszcze pora; wczesne lata siedemdziesiąte to okres, w którym twórcy woleli zadawać mocne ciosy obyczajowemu Comic Code, który upupiał medium w roli ugładzonej rozrywki dla dzieci i młodzieży. Jak już wspominaliśmy, Comic Code był na różne podgryzany już w latach '60 - lata siedemdziesiąte dostarczają jednak pełnego nokautu. Nie, wydaje się tu mówić Denny O'Neil; a właśnie, że będziemy pisać o problemach, o społeczeństwie, o rzeczywistości. Nie patrzcie więc na panel powyżej jako wyłącznie na przesłanie grubymi nićmi szyte; patrzcie na niego jak na *deklarację*. 

Społeczność dzielnicy, jak widać, myśli inaczej

Fabuła tego pierwszego numeru wygląda następująco: Green Lantern widzi uliczne zamieszki, więc interweniuje, co zaskarbia mu wdzięczność właściciela okolicznych nieruchomości. Szybko jednak pojawia się Green Arrow, który krytykuje przyjaciela za bycie narzędziem biznesu i wyzyskiwaczy; mówi, że czynsze w okolicy zostały absurdalnie podniesione, by pozbyć się uboższych ludzi z mieszkań. Wszystko niby rozgrywa się zgodnie z literą prawa i białych rękawiczkach, ale czy złość i cierpienie tych ludzi nie są zrozumiałe? Green Lantern próbuje więc zachować się zgodnie z kodeksem i porozmawiać z właścicielem gruntów, kończy się to jednak kiepsko - on sam zostaje wyśmiany, a wynikająca w zamieszaniu konfrontacja kończy się wezwaniem Hala na dywanik przez jego kosmicznych mocodawców (dlaczego nie przestrzegasz prawa swojej planety? masz tu karny wpis do akt i ciesz się, że pierścienia ci nie zabierzemy). Krótko mówiąc, Hal dostrzega, że coś jest nie tak z Ameryką, że stracił chyba kontakt z ludźmi - i wraz z Green Arrow wyruszają na podróż, w której chce przyjrzeć się krajowi, ludziom i ich problemom.

Powtórzę, bo warto: jeśli ktoś narzeka "ale po co ta polityka w komiksach/filmach/serialach, kiedyś tego nie było" - to wymyśla sobie jakąś przeszłość, która nigdy nie istniała; była zawsze.

Towarzyszy im, przyjmując formę starszego mężczyzny, jeden ze Strażników Wszechświata z planety Oa, który również zastanawia się, czy Strażnicy - jako kosmiczny trybunał - podobnie nie stracili kontaktu z rasami, które zobowiązali się chronić.

Na szlaku, jak to w komiksie superbohaterskim, spotykają się z serią problemów i przygód. W jednym miasteczku pomagają pracownikom zorganizować się przeciw kapitalistycznemu krwiopijcy trzęsącemu okolicą...

...w innym widzą, że pod fasadą hipisowskiej estetyki i modnych słówek może kryć się manipulacyjny kult...

...a jeszcze gdzie indziej mają do powiedzenia kilka słów o konsumpcjonizmie:

Ciekawy jest też kontrast pomiędzy okładkami a tym, co faktycznie znajduje się na kartach komiksu. Spróbujcie zachować powagę patrząc na coś takiego:

Ważne: sceny takiej po prostu nie ma wewnątrz zeszytu, gdzie znajduje się historia o sytuacji rdzennych Amerykanów. Inaczej mówiąc, środek numeru jest już w Bronze Age, ale okładka tworzona jest jeszcze według wytycznych z Silver: jakaś absurdalna, intrygująca scena, która ma przyciągać uwagę na prasowym stojaku. Faktyczna fabuła to nie stereotypowe totemy, łuki i pióropusze, a bardziej debata społeczno-polityczna:

Prawdopodobnie najbardziej przełomowym numerem tej serii jest poniższy:

Ponownie: okładki nie dogoniły jeszcze zawartości

Jasne, kreska z lat '70 i stylistyka przyciągającej uwagę komiksowej okładki mogą budzić dziś wesołość - historia Snowbirds Don't Fly była jednak kamieniem milowym w odrzucaniu restrykcyjnego Comic Code. Zgodnie z jego zapisami, nie można bowiem było przedstawiać w komiksach narkotyków; w ogóle, w żadnym kontekście (z przestrzeganiem tego w swinging sixties oczywiście różnie bywało - nasz dobry znajomy Brainiac 5 nawciągał się w jednej przygodzie psychogazu i miał mocne tripy, na przykład). Denny O'Neil postawił jednak sprawę twardo - jeśli reguła ta oznacza, że nie można napisać historii ostrzegającej przed narkotykami, to może czas wywalić kodeks z 1954 do kosza? Może litera i duch prawa rozjechały się tak, jak zauważyłby pisany przez niego Green Arrow? Problematyka narkotyków nie była Denny'emu obca; aktywnie działał w centrum odwykowym. Dla rysownika - Neala Adamsa - również był to znajomy problem; mieszkał w sąsiedztwie, w którym uzależnionych od heroiny spotykał co dzień na ulicy; sam zajmował się znajomymi, którzy w środku nocy dostawali drgawek od odstawienia.

Not silly at all

Nie była to jednak pierwsza opublikowana historia zajmująca się tematem narkotyków - to wyróżnienie należy się marvelowskiemu The Amazing Spider-Man #96. W fabule rozpoczętej w tym numerze Harry Osborn - przyjaciel i rywal Petera Parkera, syn niegodziwego Green Goblina - wpada w szpony nałogu. Zważywszy na to, że historia przedstawiała narkotyki, Marvel nie dostał dla tego numeru aprobaty Comic Code Authority - ale wydawnictwo zdecydowało się puścić go do druku mimo wszystko. CCA, przypomnę, nie była jakąś potężną oficjalną rządową agencją cenzorską - było to wewnętrzne ciało regulujące rynek komiksowy po okresie moralnej paniki z lat '50, którego istnienie miało uspokoić "zaniepokojonych rodziców", że komiksy nie przekazują jakichś straszliwych treści. Największą konsekwencją mogło być to, że zaniepokojony sprzedawca odmówiłby handlu danym zeszytem lub nawet zerwał współpracę z wydawnictwem, które nie stosuje się do zaleceń Code. Złamanie Comic Code nie było może kompletną partyzantką ze strony Marvela - wydawnictwo zostało poproszone o przyłączenie się do walki z narkotykami przez administrację Nixona - ale rezygnacja ze znaczka CCA (nawet na jeden numer!) to i tak historyczne wydarzenie, i często również ono jest traktowane jako symboliczny koniec Silver Age.

Snowbirds Don't Fly różni się od historii Marvela bardziej poważnym potraktowaniem tematu. Wątek narkotykowy jest tu centralny: Speedy - Roy Harper, nastoletni pomocnik Green Arrow i jeden z oryginalnych Teen Titans - pracuje w nim z młodzieżą uzależnioną od narkotyków i sam przechodzi przez cykl uzależnienia i odstawienia. I chociaż częste w internecie jest nabijanie się, że Speedy to niefortunny pseudonim dla osoby uzależnionej od narkotyków, w samej historii nie ma nic zabawnego - omawiane są powody wejścia w nałóg, cynizm ludzi stojących za dilerką i ból związany z odstawieniem. Jeśli Denny był niezadowolony z jakiegoś elementu tej historii, to tylko z zakończenia; pierwszą wersję scenariusza, w której Roy radził sobie z uzależnieniem sam, uznano za mało efektowną pod kątem akcji - musiał więc dorzucić trochę superhero punching. Denny pisał później, że przez tę zmianę wydawać się może, że w procesie leczenia uzależnienia przydaje się dobry cios w szczękę, co było dalekie od jego punktu widzenia.  


Co do tłuczenia się po szczękach - pamiętajmy, że jesteśmy w latach '70; być może i Hal oraz Oliver odkrywają problemy społeczne, ale nadal reprezentują najczęściej wzorzec męskości macho z tego okresu: najchętniej rozwiązywaliby konflikty wrzaskiem i pięściami. Nawet sami zresztą się tłuką; gdy w sprzeczce Oliver wali Hala w dziąsło, ma co prawda potem wyrzuty sumienia (ech, jestem idiotą, zachowałem się jak obrażony dzieciak), ale jest to traktowane jako zrozumiały element "szorstkiej męskiej przyjaźni".

Rolę stawiania chłopaków do pionu otrzymuje Black Canary, partnerka Olivera. Gdy w rzeczywistości rozpędu nabiera ruch emancypacji kobiet, women's liberation - lub woman's lib, jak w skrócie często czytamy w komiksach tego okresu - Dinah staje się właściwie trzecią główną bohaterką serii. Nie zostaje już może dodana do tytułu, ale trudno; kto wie, może gdyby była Green Canary? 

Tak czy inaczej, Black Canary pisana jest jako niezależna kobieta, nie widząca u ramienia Olivera eye candy; przeżywa własne przygody, podkreślana jest jej sprawność w judo, a gdy Green Arrow po raz kolejny pakuje się w kłopoty przez swój macho style, mówi mu bez ogródek - słuchaj, Oliver, jestem cierpliwa, ale zacznij zachowywać się jak dojrzały człowiek

Dla zdezorientowanych - Black Canary jest naturalną brunetką i zakłada blond perukę jako element kostiumu (a później na tyle przywiązuje się do koloru, ze farbuje się na blond)

Dinah jest zdecydowanie pełnoprawną członkinią obsady - nauczycielką Olivera jeśli chodzi o walkę wręcz, równorzędnym głosem w dyskusjach, samodzielnie działającą bohaterką. Jasne, Black Canary zdarza się też czasem odgrywać rolę potrzebującej ratunku damsel in distress, ale - dla uczciwości - obu chłopaków też trzeba w tym tytule nieraz wyciągać z tarapatów. Istotne jest, że nawet gdy Oliver oswobodzi uwięzioną partnerkę nie towarzyszą temu docinki w rodzaju ha, here comes your big strong man, where's your women's lib now; prędzej to Dinah skomentuje dzięki, przystojniaku, rozetrze pięści i weźmie się sama do udziału w kulminacyjnej scenie akcji.

Nie znaczy to, że seria ta nie wpada w popularne problemy przedstawienia kobiet z tego okresu - Denny pakuje do niej mdlejące w kuszących pozach kosmitki, egzotyczne piękności w haremowym bikini czy wiecznie wymagające superbohaterskiego ratunku dziewczyny z amerykańskiego sąsiedztwa - są one jednak bardziej pojawiającymi się na jeden numer plot devices, podczas gdy Black Canary - pisana jako powracająca postać - jest zarysowana zdecydowanie lepiej.

Obowiązkowy strój na Bliskim Wschodzie! Sama historia to morality tale w baśniowym tonie: na jednej szali uwięziony jest Green Arrow, na drugiej spoczywa zaś srebro, które zły władca pozwala brać ubogim poddanym. Jeśli wezmą za dużo, szala pójdzie w dół i Oliver zostanie usmażony jak kurczak!

Z dzisiejszej perspektywy pierwsze numery tej serii wydawać się mogą mieć subtelność cepa, ale jak pisałem - w okresie tym it was all about making a statement. Z kolejnymi zeszytami dałem się jednak wciągnąć temu klasykowi i szczerością, z którą podchodzi do do problematyki społecznej; nawet jeśli Hal i Oliver zachowują się czasem jak para buców, to już coś zaczyna im świtać, że można zmienić się na lepsze. Green Lantern/Green Arrow: Hard-Traveling Heroes (bo taki podtytuł, lata później, nadano tej serii) to więc kawałek historii komiksu, którego lektura w wakacyjne upały (ze szklanką cydru z lodem w dłoni!) była dla mnie czymś więcej, niż tylko pracą domową!

Na koniec, żeby pokazać, że nawet przy całym przejściu do poważniejszej tematyki i w Bronze Age można być pretty silly - oto moja chyba ulubiona głupkowata okładka z tej serii. I tak, ta scena dla odmiany jest wewnątrz komiksu!

♫ My finger / is on the button ♫

Wszystko jest tu doskonałe! Palec łotra wyciągnięty nad DOOM BUTTON, Green Lantern najwyraźniej martwy na monitorze, Black Canary przykuta do jakiejś supervillain bondage device... ale kluczowe, kluczowe jest jednak szokujące pytanie - Green Arrow without a beard? WHY?

 
 
 

(A, i byłbym zapomniał: Hard-Traveling Heroes, ten retroaktywnie nadany tytuł, to odniesienie to poniższego klasycznego kawałka:

Woody Guthrie - muzyk folkowy o sympatiach socjalistycznych i antyfaszystowskich - śpiewał między innymi o okresie Wielkiego Kryzysu, i był inspiracją dla późniejszych Boba Dylana czy Bruce'a Springsteena. Na swojej gitarze umieścił zaś slogan, który wielokrotnie był później powtarzany, imitowany i remiksowany: 

Neat, huh? Kolejny drobny element edukacyjny na dziś!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz