środa, 29 czerwca 2022

Variety Show: zielona kobieta, człowiek-żaba, sekretarka z lat '60 oraz THE GRAND ORGY

Nareszcie! Ostatnia rada zakończona, badania medycyny pracy zaliczone (trzeba je czasem zrobić!) - mogę już z czystym sumieniem rozpocząć wakacje! Zanim jednak wezmę się do porządkowania gabinetu - własna niszczarka dokumentów to cudowna sprawa, w szkole pełno jest zawsze papierów z wrażliwymi danymi - czas na kawkę oraz Variety Show!


Po pierwsze: trailer She-Hulk! O postaci tej (w jej kluczowej interpretacji Johna Byrne'a) pisałem już dobrze ponad rok temu; zobaczmy więc, czego spodziewać się na ekranie!

Wygląda na to, że humorystyczna natura materiału źródłowego zostanie zachowana! Tak, Jen nie wygląda w swojej formie szczególnie dobrze (środowiskowa plotka głosi, że to przez dyrektorsko-focusowe nakazy w ostatniej chwili: slim her down, sex her up, ten deseń), ale jestem dobrej myśli; jak zwykle, wstrzymam się z ocenami do stanu ostatecznego. A zresztą - Jen może nawet wyglądać jak krasnal ogrodowy, byle zachowała charakter z komiksowych stron! Tatiana Maslany brzmi przynajmniej to dokładnie tak, jak wyobrażałbym sobie głos tej tej bohaterki.

Już po doborze bohaterów widać, że ekranowy Marvel wyciąga już bez żadnej żenady postacie trzecioligowe lub wprost komediowe, czemu - będąc miłośnikiem komiksowej silliness - mogę tylko przyklasnąć. Jak tu się nie cieszyć, gdy w serialu pojawi się najwyraźniej Frog-Man:

"Hey, my eyes are down here!"

Frog-Man (wówczas jeszcze Leap-Frog) zaczynał jako w miarę poważny łotr, ale ktoś poszedł po rozum do głowy i uznał, że skaczący na sprężynach koleś w stroju żaby na dłuższą metę nie stanowi chyba godnego przeciwnika dla Daredevila. Leap-Frog poszedł więc do paki, ale żabi kostium dostał się przypadkiem w ręce jego syna:

...który postanowił odkupić żabie występki ojca i przyjął w tym celu imię Frog-Man.

Frog-Man (czasem zapisywany Frogman - jak to w angielskim, nikt nie panuje nad tym dywizem) stał się komediowym superbohaterem, którego okazjonalne sukcesy są raczej dziełem slapstickowego przypadku. A że chłopak jest fanem superbohaterów, a jego umiejętności społeczne bywają dyskusyjne - nie jest on żabą najłatwiejszą w obyciu:

Połowa uroku Frog-Mana to dla mnie te oczy ukryte w żabiej gębie - ekranowa wersja robi co może, ale do tego poziomu muppetowatości jeszcze daleko

Czy Eugene będzie w She-Hulk postacią równie pamiętną, co zielona bohaterka serialu? Trzymajmy kciuki.

Ważne, by nawet brodząc w szambie umieć się odpowiednio mentalnie nakręcić!

Inną postacią, która przez chwilkę mignęła w trailerze, jest Titania - co nie jest szczególnie zaskakujące, gdyż od dekad pełni ona rolę powracającej nemesis She-Hulk. Mimo tego statusu, to antagonistka raczej mało pamiętna - powstała bowiem w 1984 na potrzeby marketingowego eventu Secret Wars; pisałem już o nim tutaj, przy okazji Venoma! Long story short, She-Hulk potrzebowała kobiecej przeciwniczki (by spełnić tę wymęczoną kliszę boys fight boys, girls fight girls)... więc właściwie bez żadnej podbudowy stworzono Titanię i wrzucono je razem na ring. That's basically all there is to it - później ich rywalizacja toczyła się już mocą tradycji oraz inercji, no bo skoro walczyły raz, to teraz rewanż, potem rewanż po rewanżu i tak dalej.

Titania jest ogólnie bardziej zaangażowana w ten konflikt i czasem wręcz pisana mniej jako poważne zagrożenie, a bardziej co namolna sparingpartnerka

Współcześnie - po niemal 40 latach nieśpiesznego rozwoju - Titania bywa całkiem fajną antybohaterką; odsiedziała trochę, odpracowała dług wobec społeczeństwa, ale nadal nie pogardzi paroma rundami z Jennifer... chociaż może już najpierw zapyta, czy pora na sparing jest odpowiednia:

No właśnie, Mary MacPherran!

Może Titania - przynajmniej początkowo - nie była szczególnie interesująca, lecz historia jej powstania - już bardziej! Nazwano ją po realnej osobie; prawdziwa Mary MacPherran  (znana jako "Mary Mac") była przez lata sekretarką w biurze Marvela. Oto ona!

Potężna fizycznie Titania została nazwana na cześć drobnej Mary!

Czym się zajmowała? Jak to solidna sekretarka - ogromem spraw! Eliot R. Brown pisze:

"Mary did a lot—a lotta lotta—things. She mailed out art board, I think returned art to the creators, scripts and who knows what. She made office copies of pencils and inks. There was this horrid Savin copying machine—one of the few office models that were 11×17—the standard art board size. What made it horrid was that it was a liquid based toner. Which got everywhere and stunk. Mary did have using it down to a science (...) All you comic enthusiasts out there have seen the “jump” point at the bottom of a page. Located just before an ad or group of ad pages. “CONTINUED AFTER NEXT PAGE.” It was Mary who Scotch Taped that strip of photostat paper down, over and over, for years on end!"

Eliot pisze tu o następującym pasku:

Dlaczego pojawia się on non stop w starych komiksach? Ówczesną praktyką wydawniczą było dzielenie historii na części rozdzielone reklamami; Marvel miał swój standardowy pasek - właśnie powyższe CONTINUED AFTER NEXT PAGE...!, zaś podział w komiksach DC widzieliśmy już przy okazji omawiania komiksów o Legionie czy Tytanach. No i właśnie - doklejanie tego paska było wśród licznych obowiązków Mary! Idealnym żartem byłoby więc pozwolić serialowej Titanii powiedzieć "continued after the break!", najlepiej jeszcze prosto w stronę widowni. Komiksowa She-Hulk w kółko łamała przecież czwartą ścianę!  

Na ekranie rolę Titanii odgrywa Jameela Jamil - i też tylko szybciutko przemyka w trailerze...

...ale ten strój!

I just love it; moje pierwsze skojarzenie - ten płaszcz, te złote frędzle, te buty! -  to sama legenda wrestlingu "Macho Man" Randy Savage. Słuchajcie, tylko kapelusza i okularów brakuje:

OH YEAH!

Jestem stuprocentowo za wersją Titanii jako wrestlingowej diwy, która przebija się przez ściany - czy to jako Macho Man, czy Kool-Aid Man - i próbuje spuścić She-Hulk łomot!

Czas teraz na zapowiedzianą w tytule wpisu THE GRAND ORGY, która z kolei przewija się w zapowiedzi nowego sezonu animowanej Harley Quinn:

Harley Quinn nie jest serialem szczególnie subtelnym czy wyrafinowanym... ale taka właśnie Harley Quinn być powinna! Pomiędzy kreskówkową przemocą oraz poop jokes jest tam na szczęście dość zabawnych gagów oraz interpretacji postaci, żebym wracał sezon po sezonie. Animacja to fajne medium do adaptowania komiksów; nie trzeba szczególnie martwić się, przykładowo, przenoszeniem kostiumów na prawdziwe osoby - taka Batgirl może wyglądać jak Batgirl żywcem wyjęta ze współczesnych kadrów. Lubię w tym serialu prztyczki w nos dawane stereotypowym komiksowym nerdom ("a kiedyś to byłoooo"), podoba mi się obecny czasem branżowy samokrytycyzm, a przy tym wszystkim - it's still a cool Harley & Ivy story, często z dobrą dawką wizualnej fantazji; do tej pory jestem ubawiony sekwencją akcji na łyżwach z poprzedniego sezonu. A, Harley wspomina też w trailerze o Eat. Bang! Kill. Tour - tak właśnie zatytułowana była całkiem sympatyczna seria komiksowa rozgrywająca się pomiędzy sezonami!

Zanim w końcu ruszę sprzątać te kilogramy papierów - jeszcze ostatnie słowo o akcji DC Round Robin, bo znów zapomnę na kolejny miesiąc! W tym roku wygrał...    

Super!

Czyż nie wygląda, jakby ruszał na wakacje? Idealna okładka na zakończenie dzisiejszego wpisu!

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Muzyczne Poniedziałki: Need a little time to wake up!

We wczorajszym wpisie celowo nie wspominałem o jednym z bardziej znanych współczesnych zastosowań frazy what's the story, morning glory? Klasyk zespołu Oasis zasługuje na wskoczenie do Muzycznych Poniedziałków!

Dwie refleksje:

a) łapiesz się na tym, że kawałek z 1995 nadal jest w twojej głowie "współczesnym";
b) ale chyba nie jest aż tak retro, skoro aktualna licealna młodzież nadal go ceni!

niedziela, 26 czerwca 2022

Panele na niedzielę: Beast Boy!

Fajnie byłoby być małpą, a jeszcze lepiej - małpą, której ludzie dają pieniądze. Niestety, większość z nas może jedynie patrzeć z zazdrością na Beast Boya, który w tej właśnie przygodzie po raz pierwszy spotyka się z Tytanami! Historia: The Fifth Titan; autor: Bob Haney; data: listopad-grudzień 1966! 

W basenie na dole są rekiny - because *of course* there are!

Chociaż współcześnie kojarzymy Beast Boya z Tytanami - głównie za sprawą ikonicznego składu grupy z ery New Teen Titans autorstwa Wolfmana/Péreza - to oryginalnie pojawił się on na łamach Doom Patrol: grupy dziwaków i wyrzutków pod opieką jeżdżącego na wózku naukowca. Powiedzmy dyplomatycznie: Stanowi Lee (szukającemu wówczas pomysłów dla Marvela) koncept chyba się całkiem spodobał! 

Robotman, ludzki mózg kierowcy rajdowego zamknięty w mechanicznym ciele! Negative Man, okaleczony pilot dzielący ciało z energetycznym bytem! Elasti-Girl, aktorka zmieniająca swoje rozmiary i kształt! Pod piórem Arnolda Drake'a była to jedna z najbardziej szalonych, dziwacznych i kreatywnych serii lat '60 - ale nie będę pisał o niej teraz zbyt dużo; całkiem możliwe, że stanie się ona tematem całego cyklu w Panelach na niedzielę

Co więc dziś słychać w latach sześćdziesiątych? Otóż nastoletni Beast Boy ma problemy z aklimatyzacją w dorosłym Doom Patrol - postanawia więc pozaczepiać towarzyszy i pokazać, na co go stać:         

Robotman podśpiewuje tu sobie tradycyjną piosenkę "Home, Home on the Range"

Walnięcie starszego kolegi z byka (tzw. bullying) nie pozostaje, jak widzimy, nieukarane. Stojąc nad Beast Boyem Robotman korzysta z ciekawej frazy:

"Go get a job on the back of the nickel!"

A cóż takiego znajduje się na rewersie nickel - amerykańskiej pięciocentówki? Otóż jest to należąca do Thomasa Jeffersona plantacja Monticello:

Projekt wykorzystywany - z drobnymi zmianami - od 1938

Robotman mówi więc nastolatkowi "idź się zatrudnij wiesz gdzie, młody"! Upamiętnienie Jeffersona to jedno, ale obecność niewolniczej plantacji na monetach budzi dziś, powiedzmy, pewne kontrowersje. Kto wie zresztą, jak długo pięciocentówki będą w obiegu? Od czasu do czasu wraca w Stanach pomysł usunięcia niskich nominałów monet; ciężkie są, mało użyteczne, a ich produkcja kosztuje więcej niż one same. Co ciekawe: w Stanach obowiązuje prawny zakaz przetapiania drobnych monet, gdyż... mogłyby być warte więcej jako zwykły złom.

Garfield - bo tak Beast Boy nazywa się w cywilu - zaczepia jeszcze Negative Mana oraz Elasti-Girl, ale nastoletnie popisy nie zjednują mu szacunku grupy. Smutno trochę chłopakowi, co szybko zauważa doktor Niles Caulder:

Podglądanie się na szpiegowskich monitorach - klasyczna rozrywka z lat '60!

No właśnie, Gar jest w końcu niepełnoletni - Chief ma więc zrozumiałe obiekcje wobec wysyłania go do ryzykownej akcji. Nasz chłopak wymyka się zatem z siedziby Doom Patrol i próbuje szczęścia z grupą bliższą sobie wiekowo:

Początkowo Gar nosił maskę; w późniejszych występach już ją sobie odpuścił.

"What's the story, morning glory?" - to kolejna popularna fraza z epoki! Skąd się wzięła? Morning glory to nazwa kwiatków z rodziny powojowatych, które rozwijają się o świcie...

...co sprawiło, że fraza "morning glory" była tradycyjnie wykorzystywana do opisu rzeczy na dłuższą metę rozczarowujących: ktoś zaczyna wcześnie i nieźle, ale później nie utrzymuje poziomu.

W latach '50 pojawiło się dodatkowe znaczenie związane z używkami - w znaczeniu "pierwsza dawka z rana", trochę jak nasze rodzime kielich wódki albo dwa - by robota lepiej szła! Wykorzystanie tej frazy w Bye, Bye Birdie - popularnym filmie z 1963 - było jednak raczej niewinne i stanowiło przykład rymującego się nastoletniego slangu:

What's the story, morning glory?
What's the tale, nightingale?
What's the word, hummingbird?

Tytani nie do końca kojarzą nowego kolegę, ten więc streszcza swoje dzieje oraz demonstruje umiejętności:

Potwierdzam; wszystko to można było zobaczyć na łamach Doom Patrol!

Chłopaka czeka jednak kolejne rozczarowanie - Tytani mówią mu dokładnie to samo, co Chief. Potrzebne jest pozwolenie od dorosłego opiekuna, które nasza grupa oczywiście posiada:

"You don't want me because I'm a freak... that's the real reason!"

Nim Tytanom uda się cokolwiek wytłumaczyć, urażony Gar zmienia się w ptaka i odlatuje. Is he ever a problem child -- the poor guy!, mówi Aqualad... a grupa przewiduje, że ich ścieżki pewnie niedługo przetną się znowu.

A za miastem - jak to za miastem - objazdowy cyrk ćwiczy swoje sztuczki...

Praca w cyrku, myśli Gar, brzmi jak coś w sam raz dla wyrzutka!

Kolejny akt historii rozpoczyna się w dużo weselszej atmosferze: zamaskowany Gar otoczony jest tłumem piszczących fanek, które - przed namiotem cyrkowym - domagają się autografów zdumiewającego Beast Boya. Wszystko wydaje się iść doskonale...

...ale Mr. Baltzer - właściciel cyrku - okazuje się być łysy i lekko szczerbaty! A dobrze przecież wiemy, że komiksy z tej epoki - niby starożytni Grecy - łączyli fizyczne piękno z moralną doskonałością...

Do jakich niecnych celów zostaną wykorzystane moce Beast Boya? Na scenie pojawia się niejaki Vorna, mocno sztampowy wschodni mistyk...

"Forma PAWIANA ALBINOSA!"

Vorna zahipnotyzował Beast Boya... by ten, jako biały pawian, zahipnotyzował publiczność. Hipnotyczne spojrzenie - jak wszyscy doskonale pamiętamy z lekcji biologii w podstawówce - to naturalna umiejętność tej rzadkiej małpy.

Plan Vorny jest bardzo zawiły, ale generalnie chodzi o jakieś hipnotyczne proxy servery

Krótko mówiąc: wyskakujcie z kasy - tako rzecze biały pawian!

"I must give it to the white baboon... because he wills it!"

Fabuły oparte na hipnozie były wówczas na tyle popularne, że odbiorcy znali już pewne popularne zasady - jak na przykład to, że zahipnotyzowana osoba nie zrobi niczego sprzecznego ze swoim charakterem. Lecimy już w tym momencie w pełny camp, bo dyrektor cyrku wyjeżdża na arenę cudowną maszyną:

Hej, to kolejny - trzeci już - występ ulubionego spychacza rysownika! Tym razem nasz mały czerwony pojazd zszedł na ścieżkę zła i został profesjonalnym odkurzaczem do kosztowności.

A co na to sam Beast Boy? Niczego nie pamięta, gdyż Vorna hipnotyczną sugestią zmusza go do wymazania ostatnich chwil z pamięci:

Ej, to w końcu można kogoś zahipnotyzować wbrew woli czy nie, skoro Vorna tak lekką ręką wymazuje wspomnienia?

Czas na powrót Tytanów! Zahipnotyzowany tłum szturmuje sklepy, ale nasz zespół szybko odkrywa, co się dzieje:

Gorzej niż poranna promocja w Lidlu

Całą sytuację ratuje oczywiście Wonder Girl (Teen Titans: Wonder Girl i jej trzech przydupasów), która kręci zamontowaną na dachu sklepu dekoracją, by odhipnotyzować tłum. Sure, I guess?

Nie patrzcie za długo na ten panel!

Szybki wywiad zdradza, że ostatnim, co pamiętają zahipnotyzowani była wizyta w cyrku. W cyrku, w którym występuje Beast Boy! Tytani łączą kropki...

Tytani znowu w przebraniu - kto im szyje te rozmaite stroje? Uznajmy, że z niezwykłą prędkością robi to Kid Flash!

Baltzer tymczasem dowiaduje się, że sława Beast Boya zatacza coraz szersze kręgi: otrzymuje już nawet oferty z telewizji! Nasz łotr nie kryje szczęścia; ile osób mógłby zahipnotyzować biały pawian w trakcie jednego programu!

Vorna to najlepszy kryminalny sidekick - zamiast tendencyjnie podpuszczać szefa cały czas próbuje przemówić mu do rozsądku.

Kolejny występ, kolejny zahipnotyzowany tłum! Tytani widzą jednak, co się święci, i - aby uniknąć mocy białego pawiana - zamykają się w wielkim sejfie przeznaczonym do występów lokalnego escape artist. Baltzer jest jednak czujny:

Nie był to jeden z najlepszych pomysłów Tytanów

Baltzer to jednak cyrkowiec pierwszej wody! Jasne, można zamknąć problematycznych nastolatków w sejfie i mieć spokój - ale można też wjechać na słoniu i utopić ten sejf w basenie.

A jeszcze przed chwilą Baltzer jeździł na słoniu, który trąbą zbierał widzom kosztowności. No jak tu nie lubić tego faceta?

Wydostanie się z sejfu to dla Tytanów igraszka - Kid Flash wibruje siebie oraz Aqualada przez ścianę, po czym od zewnątrz rozbrajają zamek. Czas zrzucić kostiumy Mazeppów i przystąpić do finałowej konfrontacji!

Vorna, po raz kolejny, jest rzadkim głosem rozsądku!

Dochodzi teraz do boju, który widzimy na okładce, nie będę go więc dublował - Beast Boy zmienia się w pół-goryla, pół-boa dusiciela i zaczyna się wielkie mordobicie na trapezie. Uwolniona spod hipnotycznego wpływu publiczność jest przekonana, że to część przedstawienia, a dzieje się sporo! By Aqualad miał coś do roboty, Baltzer wypuszcza rekiny do basenu (które zoo nie ma basenu z rekinami?); Kid Flash ratuje namiot przed upadkiem, zaś Robin i Wonder Girl trzymają boagoryla w szachu. Baltzer uznaje, że czas na osobiste wejście do akcji... więc chwyta flary i pakuje się do cyrkowej armaty:

VORNA TO NAJROZSĄDNIEJSZY KRYMINALNY SIDEKICK EVER

"Szefie, serio?" "Japa Vorna, odpalaj działo!" Ale Vorna oczywiście ma rację: błyskające w powietrzu flary magnezowe jakimś cudem uwalniają Beast Boya spod hipnozy.

Tym razem Gar wszystko pamięta, gdyż w pośpiechu Vorna zapomniał wpleść w hipnotyczny rozkaz klauzuli o czyszczeniu pamięci po fakcie!

A może nie zapomniał, tylko celowo wkopał mniej bystrego szefa? Tu już możemy tylko snuć spekulacje - grunt, że wszystko kończy się dobrze!

Chłopaki przełamują czwartą ścianę, a Wonder Girl - jedyna odpowiedzialna - powstrzymuje w tle słonia przed rozdeptaniem publiki. A może po prostu sama chce pojeździć na słoniu?

Czy powróci? No jasne, i to jako pierwszoplanowa gwiazda - trochę jednak na to poczekamy! Ogólnie jednak gościnny występ Speedy'ego był dużo ciekawszy, z prawdziwymi emocjami, sportową rywalizacją i w ogóle. Beast Boy funduje nam po prostu durnowatą przygodę z Silver Age: hipnoza, biały pawian, basen z rekinami, odkurzacz na gąsienicach do zbierania kosztowności! Nie ma tu może jakiegoś głębszego drugiego dna, ale porcja kolorowej rozrywki - z pewnością.

Brakowało mi trochę klasycznych dla Tytanów nastoletnich problemów; nawet wyobcowanie Beast Boya wśród dorosłego Doom Patrol było zaznaczone bardzo skrótowo - a mógł to być fajny, autentyczny emocjonalnie wątek. Zbyt szybko wjeżdżają jednak białe pawiany oraz rekiny w basenie.

Koniec końców - dostajemy jednak białe pawiany i rekiny w basenie, and that sure counts for something! Vorna nadal zachwyca mnie jako zaskakująco realistycznie myślący kryminalista; niech będzie dla nas wszystkich wzorem w nadchodzącym tygodniu.

A kto wie - może i nam uda się spotkać rzadkiego białego pawiana? Szykujcie dla niego kosztowności; the white baboon wills it!

Go APE MODE! The white baboon wills it!

piątek, 24 czerwca 2022

One-Star Squadron

Satyryczna seria superbohaterska pisana przez Marka Russella, a rysowana przez Steve'a Liebera - który odpowiadał również za stronę wizualną absolutnie fenomenalnej serii Superman's Pal Jimmy Olsen! Brzmiało mi to too good to be true... no i cóż, nie mogę uczciwie powiedzieć, by One-Star Squadron spełnił moje oczekiwania. Ale może spełni wasze?

Główne założenie tej sześciozeszytowej miniserii: nie każdy bohater może być Supermanem i ratować świat w Justice League; dla większości osób z mocami pozostaje korporobota oraz prekariacka gig economy:

NOT AN ESCORT SERVICE! Na przedostatnim panelu Hawk oraz Dove; już niedługo (+/-) zobaczymy ich podczas naszych niedzielnych spotkań z Tytanami!

Firma Heroz4U funkcjonuje jako mieszanka superbohaterskiego pośredniaka i Ubera; potrzebujesz ratunku? Zamów herosa pod drzwi! Gorzej oczywiście, jeśli heros ten ma akurat lepiej płatną robotę jako entertainment na imprezie halloweenowej... ale cóż, tak działa wolny rynek. Pogoń za pieniądzem sprawia, że linia pomiędzy bohaterami a łotrami staje się coraz mniej istotna; jedni korzystają z Heroes4U, drudzy z appki Hench, ale koniec końców odwalają często te same fuchy - tu jakaś ochrona spotkania biznesowego, tam couching youth sports:

Sportsmaster dostał niedawno swoje pięć minut minut na ekranie jako jeden z łotrów serialowej Stargirl - i doskonale tam pasuje jako zły wuefista!

Wielu bohaterom raczej to wszystko nie w smak - no bo czy da się zawiesić metkę z ceną na heroizmie? Nawet Supermanowi trudno jednak walczyć z patologicznymi formami kapitalizmu:

Śliscy boardroom executives z gębami pełnymi frazesów, korpomowy oraz buzzowordów są dużo gorsi niż poczciwy Sportsmaster

Lex Luthor - przedsiębiorca-celebryta - czuje się za to w tych realiach jak ryba w wodzie:

"Galley" z koszulki to oczywiście jego własna appka. I nie, goryl to nie żadna superpostać; he's just a working dude, like we all are.

One-Star Squadron to seria kapiąca cynizmem: eks-superherosi ledwie wiążą koniec z końcem, imają się najbardziej poniżających zajęć, a do tego zmuszani są do wzajemnego kopania pod sobą dołków. Jak w starym dowcipie o środowisku akademickim - rywalizacja jest tam zabójczo intensywna, bo stawki są tak żałośnie niskie. Kiepski pracownik jest smutny, bo pewnie wyleci z pracy przez słabe opinie klientów; jego szef jest smutny, bo nie chce przecież wywalać człowieka na bruk, ale jeśli tego nie zrobi - to sam może zapłacić głową za zaniedbanie; klienci są smutni, bo po najniższej cenie dostają często najsłabsze usługi. Czy ktokolwiek zatem jest wesoły? Dyrektorzy firm, oczywiście, którzy i tak zawsze wywiną się odpowiedzialności, zaś zarobione miliony mogą przebimbać na przykład na NFT-malowidło ze znudzoną małporybą:

"I am literally working under a three-million-dollar painting."

Choć wszyscy bywają dla siebie paskudni, to z czytelniczej perspektywy widzimy, że nie robią tego ze złośliwości czy sadyzmu: they're all just the same little guys trying to make a living, a dobro własne zawsze będzie dla nich ważniejsze niż cudze - i trudno ich za to winić, gdyż jakoś muszą przecież w tym systemie funkcjonować. Mało kto wystawi kolegę do wiatru z wrodzonego sadyzmu; ba, większość ludzi nie chce tego robić i ma później moralnego kaca - ale jakoś trzeba zarobić na jedzenie na rodzinnym stole. It's a very petty, everyday sort of evil; przekonywanie samego siebie, że inni ludzie są mniej ważni, mniej ludzcy...

...choć w głębi duszy wiemy, że to dokładnie tacy sami kolesie jak my, często postawieni w podobnie niemożliwych sytuacjach.

Niestety, jest to komiks z problemami. Atmosfera, moim zdaniem, jest aż jest nazbyt cyniczna i przytłaczająca korporacyjną deprechą; trudno zwyczajnie śmiać się z żartów i satyry, gdy bohaterowie nieustannie doświadczają tragedii, a całe ich życie wali się w gruzy. Żarty nie ułatwiają przełknięcia gorzkiej satyry, a przeciwnie - same zostają ściągnięte na dno przez ponury nastrój. Pojedyncze panele powyżej mogą wyglądać zabawnie, but trust me: it's a big downer. Są tam iskierki nadziei oraz ciepła na koniec... but it's too little, too late.

Wątek porzuconego bohatera-weterana cierpiącego na demencję zapowiada jakąś z początku jakąś głębszą zagadkę, but it just kinda goes on and on. Biurowe machlojki Power Girl są wprowadzone jak jakiś wielki plot twist, ale ponownie - nie ma tam tak naprawdę szczególnych zaskoczeń; wszystko mechanicznie brnie do dosyć oczywistego finału. Ale jest też inny feler...

Mam na myśli dobór postaci!

To właśnie główny problem całej serii - wszystko działałoby dużo lepiej, gdyby nie kompletnie nietrafiona obsada. Mark Russell naprawdę ładnie radzi sobie z komediowymi dialogami i satyrą na problemy współczesnego kapitalizmu, ale... z tymi konkretnymi postaciami często nie ma to sensu. Co robi w firmie dla bohaterów klasy D (lub niższej) Plastic Man, który - choć nie wygląda - jest niezniszczalnym zmiennokształtnym robiącym pełen użytek z komediowej cartoon physics i, w konsekwencji, stanowi jedną z potężniejszych postaci w DC? Co robi tu Power Girl, who is a literal freaking Kryptonian? Wygląda to trochę, jakby Russell wybrał do swojej fabuły postacie na chybił-trafił, kierując się kluczem "hm, kto akurat nie ma teraz własnej serii". 

Russell próbuje odpowiedzieć na pytanie, skąd przykładowo w tej serii Power Girl - tylko że nie da się tego załatwić w dwa panele. Poczuła rozczarowanie klasycznymi heroicznymi wyczynami, więc... zaczęła najmniej prestiżową robotę w korporacji? Kobieta, która przez lata była pisana jako dyrektorka własnej firmy technologicznej? No nie, nie kupuję tego w ogóle.

Moce to jednak małe miki, bo - co gorsza - kompletnie dziwaczny jest charakter postaci. Jedyna continuity, która tak naprawdę mnie obchodzi, to continuity of character - mniejsza o gadżety czy poboczne przygody; ważne, by dobrze ujęta była natura postaci: ich charakterologiczny portret, relacje z innymi, ewolucja. A nigdy w życiu nie czytałem Power Girl pisanej tak jak tutaj! Dojrzała i dowcipna kobieta jest w One-Star Squadron ukazana jako pozbawiona kręgosłupa egocentryczka płacząca w korporacyjnym kiblu. It sure is a character this particular story needs, but it just... isn't Power Girl. Mam mocne wrażenie, że Russell napisał zarys fabuły oraz postaci najpierw, zaś dopiero później oblekł je w detale związane z wydawnictwem DC, jakby nakładał kostium na już istniejący szkielet. Niestety, dobierając te kostiumy trafił jak kulą w płot.

Nie chodzi tu zresztą o samą jedną Power Girl, a dosłownie o wszystkie postacie. Rozmawiający wyżej z Luthorem koleś w żółtym garniaku? To Heckler, stworzony w latach '90 przez solidnego humorystycznego scenarzystę Keitha Giffena. Keith chciał pobawić się Królikiem Bugsem... ale miał świadomość, że jego pomysły mogą nie pasować do klasycznej wizji postaci. Powołał więc do życia Hecklera, który wykorzystuje podobnie slapstickowo-absurdalną konwencję:

W którym kuble na śmieci chowa się Heckler? Zwróćcie też uwagę, jak łatwo w tym dialogu podmienić "Mac" na markowe "doc".

Heckler wykorzystuje nawet wprost klasyczną obelgę Bugsa: whatta maroon! Keith Giffen wyraźnie mówi takimi smaczkami pozdro dla kumatych, to zawsze miał być Bugs, no ale wiecie:

Dla kontekstu:

 

Heckler to jednak nie tylko prosta zgrywa z Bugsa; bywał również kreatywny, a nawet - nie bójmy się tego słowa - eksperymentalny. Jednym z jego przeciwników był John Doe, The Generic Man: postać szablonowa tak bardzo, że jej mimikę czy rekwizyty Giffen zastępował słowami:

Generic Man stanowił kontrę wobec szalonego indywidualizmu Hecklera

I mean, come on - ten koleś mógłby śmiało być łotrem w surrealistycznym Doom Patrol ery Granta Morissona! 

DRIP DRIP DRIP - musiałem ostatnio zapoznać znajomych z młodzieżowym użyciem tego słowa!

Gdzie można znaleźć podobne zabawy formalne na łamach One-Star Squadron? Gdzie jakieś uznanie tego, że Heckler to na dobrą sprawę Królik Bugs w dekoracjach gritty '90s superheroes? Jak się pewnie domyślacie - absolutnie nigdzie. Nie chcę się przesadnie pastwić nad autorem, ale Mark Russell naprawdę sprawia wrażenie, jakby wyciągnął wykorzystywane przez siebie postacie z maszyny losującej i nie zadał sobie nawet trudu zapytania kogoś w wydawnictwie ej, a co to za żółty koleś, o co w nim właściwie chodzi? A trzeba było po prostu zrobić dokładnie to, co Giffen z Królikiem Bugsem - przerobić Plastic Mana na jakiegoś Gumball Guya, Power Girl na Muscle Mom i wszysktko byłoby tip-top.

Russell potrafi pisać naprawdę solidne komiksy - ba, jego nazwisko na okładce jest dla mnie zwykle zachętą! W 2016 fajnie napisał Flintstone'ów - również jako satyrę na kapitalizm w doroślejszym ujęciu niż klasyczna kreskówka, ale do Flintstone'ów świetnie to tematycznie pasuje: przecież połowa animowanego sitcomu kręciła się dookoła perypetii nienajbystrzejszego Freda oraz jego wybuchowego szefa-krwiopijcy! W rezultacie komiks tematycznie prostu śpiewał:

Popularnym środowiskowym żartem związanym z tą serią była "well, I didn't expect The Flintstones to be the best satire in 2016 - but here we are." To naprawdę niezły komiks!

Bardzo dobrze bawiłem się też również przy Wonder Twins - która to seria jest dowodem, że poza cyniczną satyrą Russell potrafi napisać coś w lekkim, ciepłym tonie i osadzić to bezproblemowo w uniwersum DC. 

Tutaj nie ma problemów z charakteryzacją! Spójrzcie na reakcje postaci: od razu widać, że Hawkman to angry, serious warrior, zaś Superman nawet napominając Zana robi to ukrywając uśmiech.

Nie chcę hecklować One-Star Squadron jak jakiś Heckler, ale mam taką nieweryfikowalną hipotezę: Russell potrafi napisać w miarę sensownego Supermana czy Wonder Woman because he actually knows these characters. Ale już Plastic Man, Power Girl, Heckler? He has absolutely no clue about these guys whatsoever.

Czy mogę zatem polecić One-Star Squadron? Niestety średnio, ale pisanie o nim to dobra okazja do zarekomendowania The Flintstones czy Wonder Twins tego samego autora! Każdy miewa po drodze kreatywne potknięcia, a są one tym bardziej widoczne, jeśli dany autor lub autorka tworzą zazwyczaj teksty dobrej klasy. One-Star Squadron nie jest zły; zapada nawet w pamięć, but it's just a bit too messy. Jest tu sporo dobrych żartów, ale toną one w morzu cynizmu; fajnie zobaczyć trochę drugo- lub trzecioligowych starych znajomych... ale pod piórem Russella postacie te są kompletnie nierozpoznawalne.

Tym niemniej: jeśli nie zdarzyło wam się do tej pory czytać żadnego komiksu Marka Russella, spróbujcie - ale może niech nie będzie to ten. The Flintsones? Wonder Twins? Jak najbardziej! Niech więc naszym pozytywnym akcentem na koniec będzie nasz dobry kolega Detective Chimp i jego friendly reminder: