piątek, 3 czerwca 2022

Recenzja planszówki: Wingspan / Na skrzydłach

W planszówkowym podsumowaniu zeszłego roku pisałem o sympatii, jaką cieszy się na naszym stole gra Wingspan - po polsku wydana jako Na skrzydłach. Ta pozycja z roku 2019 to jeden z klasyków nowoczesnych planszówek: wystarczająco przystępna dla amatorów, dość ciekawa dla hobbystów i, przede wszystkim, absolutnie przepięknie wydana. Po co więc pisać kolejne peany pod jej adresem? Ano po to, by porównać ją z wersją komputerową! Tak jest, in today's double feature porównamy Wingspan planszowy i elektroniczny. Spoilers: oba są super!

Ciekawie obserwować, że na pudełkach planszówek widzimy coraz częściej nazwiska nie tylko projektantek, ale również ilustratorek! 

Wingspan pozwala nam zasiedlić rezerwat przyrody (składający się z lasu, łąk i mokradeł) rozmaitymi gatunkami ptaków. Mechanicznie jest to gra z gatunku tableau building: konstruujemy karciany silniczek, który z każdą rundą produkuje coraz więcej zasobów oraz przynosi rosnące korzyści. I choć mechanicznie gra jest solidna i przyjemna, zatrzymajmy się na chwilę przy jakości wydania - gdyż to ona pomogła katapultować Wingspan do rangi jednej z najpopularniejszych gier dekady!

Różnej maści planszówkowe marudy smęcą czasem, że "gdyby nie było to tak ładnie wydane, to by nie było takie popularne" - na co mogę odpowiedzieć w dwójnasób: a) gdyby szafa miała sznurek, to by była windą; b) gra jest *doświadczeniem*, nie tylko mechaniką  - a walor estetyczny jest tego doświadczenia częścią!

It's all just awesome. Drewniane kości pożywienia spoczywają w karmniku z grubego kartonu, który pełni równocześnie rolę tak zwanej dice tower - kostki nie walają się dzięki temu po stole. Żetony jedzenia oraz plastikowe jaja fabrycznie zapakowane są w osobne przejrzyste pojemniczki, które w przypadku większości planszówek traktuje się jako ekstra płatny produkt premium. Karty spoczywają zaś w jeszcze solidniejszej plastikowej trumience...

...której wieczko - z tłoczoną dekoracją - stanowi zarazem wykorzystywany podczas gry podajnik/organizer!

Nie zapominajmy też o samych kartach: są świetnie, przejrzyście zaprojektowane (bardzo dobra ikonografia), a ilustracje autorstwa Beth Sobel, Natalii Rojas i Any Marii Martinez Jaramillo przywodzą na myśl klasyczny atlas ptaków. Ale jak wygląda sama rozgrywka?

W każdej turze umieszczamy drewnianą kosteczkę (początkowo mamy ich osiem) w jednym z siedlisk: w lesie zdobywamy pożywienie, na łące odpalamy składanie jaj, zaś na mokradłach - ciągniemy nowe karty. Mamy też czwartą akcję niepowiązaną z żadnym siedliskiem - zagranie (opłaconej pokarmem) karty ptaka na daną lokację.

Sikora karolińska! W podstawowej wersji Wingspan mamy ptaki Ameryki Północnej, ale rozszerzenia dodają gatunki z innych kontynentów. Anatomia karty jest bardzo czytelna: widzimy siedlisko danego ptaka (las), jego koszt w pożywieniu (robak lub zboże), wartość punktową na koniec gry (2), typ gniazda (dziupla), maksymalną liczbę jaj (3)... oraz tytułową rozpiętość skrzydeł, która jest istotna w relacjach drapieżnik/ofiara.

I tu kryje się mechaniczne serce Wingspan - każdy zagrany ptak pozostaje na planszy do końca gry, stale przynosząc korzyści. Po pierwsze: dzięki jego obecności kładziemy kosteczki siedliska dalej na prawo, gdzie znajdują się potężniejsze wersje efektów; zamiast brać z karmnika jedną sztukę pożywienia możemy, przykładowo, pozyskać dwie lub trzy. To bardzo intuicyjne, gdyż zasadnicza rola siedlisk nigdy nie ulega zmianie; stają się po prostu silniejsze!

Po drugie, ptaki posiadają własne zdolności. Kosteczka umieszczona po prawej stronie siedliska zacznie cofać się ku lewej, odpalając po drodze wszystkie kolejno wyłożone karty ptaków:

Zdolność sikory mówi: "gdy aktywujesz, weź 1 zboże z zasobów i przechowaj na tej karcie". Każdy żeton jedzenia na karcie - to punkt zwycięstwa na koniec gry. Każde jajo na karcie ptaka - to również punkt zwycięstwa. Generalnie wszystko, co kładziemy w naszym rezerwacie, przelicza się na koniec na dodatkowe punkty!

Balansujemy więc małą ptasią ekonomią: by zagrywać karty, potrzebujemy jedzenia oraz (później) jaj; aby mieć jaja, potrzebujemy wijących gniazda ptaków (a każde ma określoną pojemność!); żeby okiełznać losowość i zagrywać ptaki pasujące do naszych celów oraz strategii, musimy z kolei inwestować w ciągnięcie kart.

Pierwszy ptak w każdym siedlisku nie wymaga opłacenia jajami, ale kolejne - już tak! A że każde jajo to również punkt zwycięstwa, mamy czasem dylemat - czy warto zagrywać jeszcze więcej ptaków, czy może czas skupić się już na zapełnianiu gniazd?

Poza brązowymi zdolnościami (które odpalają się w momencie aktywacji danego siedliska) mamy też zdolności różowe - te są uruchamiane przez działania innych graczy. To takie małe pułapki, które dodają nieco interakcji - szczególnie w grze wieloosobowej!

No właśnie, cele! Te w grze są dwojakie: ogólne (wylosowane i widoczne od początku partii na planszetce) oraz indywidualne (w postaci zasłoniętych kart).

Wingspan ma osiem dwustronnych żetonów celów, co potrafi namieszać w rytmie rozgrywki! W tej partii ścieżka wygląda następująco: w pierwszej rundzie punktowana jest liczba ptaków w lesie; w drugiej: liczba jaj w gniazdach platformowych; w trzeciej: ogólna liczba ptaków, niezależnie od siedlisk; w czwartej: liczba ptaków z gniazdami w formie czary, które zniosły choć jedno jajo!

 Gdy skończy się pierwsza runda (czyli wydamy na rozmaite akcje wszystkich osiem swoich kosteczek) - następuje przyznanie punktów za realizację celów. W powyższym przykładzie: osoba posiadająca najwięcej ptaków w lesie zajmuje pierwszą pozycję, czyli dostaje 4 punkty; niebieski gracz na drugim miejscu może liczyć tylko na 1 punkt. Co ciekawe, kosteczki wykorzystane do oznaczania punktacji pozostają na planszetce - w drugiej rundzie będziemy więc mieć już tylko siedem akcji, w trzeciej - sześć, zaś w czwartej, finałowej - pięć. To niezły mechanizm, który nadaje grze tempa oraz balansuje obecność bardziej rozbudowanego ptasiego tableau, którym dysponujemy w późniejszych rundach.

Cele można zrealizować na dwóch poziomach - tylko trochę lub stuprocentowo, co przynosi różne nagrody. Świetnym pomysłem jest też procentowe określenie liczby pasujących kart ptaków - pozwala to na dokonywanie świadomych wyborów bez dogłębnej znajomości talii!
 
Cele indywidualne (z początku gry wybieramy jeden z dwóch, ale w trakcie partii można dociągnąć dodatkowe) dodają elementu niepewności - przez ukryte informacje sytuacja na stole nie jest nigdy oczywista! Gdy ktoś bierze zaskakującego ptaka - czy to błąd, nietypowa strategia czy może realizacja ukrytego celu?

Powyższe karty wymagały zmienionego balansowania w polskiej wersji - przeprowadzono je w konsultacji z wydawcą oryginału, więc wierzę w ich sens!

Jest to też jedna z tych gier, które wymagały dużej pracy przy lokalizacji. Kilka kart celów uwzględnia nazwy ptaków, które - surprise, surprise - są kompletnie odmienne po angielsku oraz po polsku. Wszelkie odniesienia do kolorów, części ciała oraz nazw geograficznych trzeba było przeliczyć i zbalansować od nowa! W przypadku tych konkretnych kart mamy więc delikatne różnice pomiędzy wydaniami - ale to bardziej ciekawostka niż coś, co chwiałoby balansem zabawy.

Spójrzcie na bok pudełka - poręczny diagram pokazuje, jak zorganizować wszystko w środku! To jeden z przemyślanych detali, które tak uprzyjemniają obcowanie z tym tytułem. 

Wingspan to gra, która była u nas hitem pandemii - w okresie pierwszego lockdownu niemal co popołudnie odprężaliśmy się przy ptasich rezerwatach. Wydawniczy opis określa grę jako competitive, medium weight, card driven game - ale jest ona competitive wyłącznie w rozumieniu "nie jest kooperacyjna". To nie jakieś perfectly balanced tournament experience; rola losowości, jak w większości gier wykorzystujących karty i kości, jest znaczna. Czasem po prostu nie dojdą nam te potrzebne do spełnienia celu drapieżniki, a innym razem karmnik będzie pełen myszy i robaków, gdy zależy nam na zbożu. No cóż, nawet pozornie bezbłędne strategiczne decyzje nie gwarantują więc wygranej - zwiększają pokaźnie jej szanse, pewnie, ale to nie pozbawione niespodzianek szachy.

Zwycięstwo, moim zdaniem, wcale nie jest jednak w Wingspan kluczowe. Sama gra jest na tyle przyjemna - wykładamy ptaki, patrzymy na ładne grafiki i ciekawostki, budujemy swój karciany silniczek - że zawsze bawię się dobrze niezależnie od wyniku. A że czasem mój rezerwat się nie klei? Może tak być; ale patrzcie, jakiego tłustego indora zagrałem! Tury są bardzo szybkie - jedna akcja i dalej! - gra nawet we czwórkę toczy się więc bez przesadnego downtime'u. Odprężoną atmosferę przy stole buduje też brak elementów szkodzących innym graczom; nie kradniemy nikomu jaj ani nie zmuszamy do odrzucenia kart z ręki. Wręcz przeciwnie - wiele efektów jest korzystnych dla całego otoczenia (ale dla nas najbardziej, zgodnie ze schematem "wszyscy składają po jaju, ale twój ptak - dwa"). Budujemy w końcu ekosystem!

Wingspan makes you feel nice and cozy, ale nie jest zabawą bierną - ma miejsce dla planowania oraz decyzyjności. Wśród najczęściej wspominanych problemów znajduje się tak zwany egg spam: jeśli mamy cele polegające na liczeniu jaj, ostatnie tury upłyną na składaniu ich na potęgę - przez co może się wydawać, że przelatują właściwie na autopilocie. Może... ale najpierw trzeba umieć ten jajeczny silniczek zbudować! Powyższą kwestię rozwiązują też dodatkowe żetony celów z rozszerzeń, ale skupmy się dziś na podstawowej wersji gry - a ta jest naprawdę bardzo, bardzo dobra. Jeśli odwiedzają nas goście i mają ochotę w coś zagrać - Wingspan jest jednym z pierwszych wyborów: ma fantastyczną table presence (ten karmnik, te jaja!), reguły można wytłumaczyć w minuty, a tematyka zawsze chwyta. Fajnie jest nawet oderwać się pomiędzy turami od kombinowania i zobaczyć po prostu, jakiego rodzaju gniazda wije dany ptak, ile składa jaj czy jakie ciekawostki się z nim wiążą. Jest to więc z mojej strony glowing recommendation - z tym tylko zastrzeżeniem, by potraktować marketingowe hasło competitive z odrobiną sceptycyzmu oraz zaakceptować porcję losowości.

No dobra, zapytacie, ale skoro posiadasz wersję fizyczną - co skłoniło cię do zakupu komputerowej?

Po pierwsze: promocja na Steamie i zniżka do okolic 40 zł; po drugie - KRYSTYNA CZUBÓWNA!

Tak jest - wszystkie ciekawostki z kart czyta w tej wersji właśnie ona! It may sound like a funny gimmick, ale w praktyce - szczególnie w połączeniu z odprężającą, przygrywającą w tle muzyką oraz ćwierkaniem ptaków - buduje to wyjątkowo relaksujący dźwiękowy krajobraz. Grać w komputerowy Wingspan z audiobookiem na uszach? O nie, to mijałoby się z celem!

Za adaptację odpowiada poznańskie studio developerskie Monster Couch - i jest to adaptacja wzorcowa!

Karty zostały - dla lepszej czytelności na ekranie - wizualnie zmodyfikowane, ale zrobiono to naprawdę z głową. Po co przykładowo wciskać tekst ciekawostek, jeśli po zagraniu ptaka słyszymy je z ust pani Czubówny? Litery są na tyle duże, że mogę bez problemu przeczytać wszystko z kanapy, na której siedzę z padem - którego bezproblemowa obsługa jest kolejną zaletą gry!

Każde siedlisko jest tu osobnym ekranem, ale - jeśli chcemy - możemy korzystać ze "strategicznego" widoku, który pokazuje wszystko naraz.
 
Dobrze zintegrowano akcje z siedliskami - na ekranie lasu widzimy karmnik, nad wodą - trzy dostępne akurat do dobrania karty. Małym minusem może być brak widoczności jedzenia w karmniku niezależnie od pola - przełączanie widoków jest szybkie, ale miło byłoby widzieć przy ciągnięciu kart, jakie akurat jedzenie jest równolegle do wzięcia. Mam jednak świadomość, że trudno byłoby estetycznie wszystko to połączyć.

Ptaki są delikatnie animowane - obracają łepek, kiwają się na gałęziach, rozkładają skrzydła. Spójrzcie, tutaj mewa wychyla się poza swoją kartę!

Mamy też nieco animacji tła: elementy siedlisk delikatnie falują na wietrze, od czasu do czasu przelatują owady - ten kaliber. Są one stonowane i subtelne - budują nastrój, ale nie zmieniają wirtualnego pola gry w chaotyczny festiwal gifów.  

Interfejs jest przejrzysty - gdy dokonujemy wyborów, są one jasno opisane.

Możemy grać w kilku trybach. Pierwszym z nich jest partia przeciwko żywym graczom siedzącym obok lub botom o różnych poziomach trudności - nie są one przesadnie wymagające; na najwyższym poziomie trudności wygrałem do tej pory większość partii (a przecież regularnie zbieram w Wingspan cięgi od żony!).

Zapełnione siedlisko! Widzicie sokoła z lewej? Gdy w trakcie gry poluje, słyszymy dźwięki łowów - kolejny uroczy detal!

Drugim trybem jest rywalizacja z tak zwaną automą, czyli specjalnym algorytmem do gry solo - trzyma się on odmiennych zasad niż prawdziwy gracz, ale stanowi całkiem interesujące wyzwanie. Automa jest (w wersji karcianej) obecna również w fizycznym pudełku, ale nie miałem motywacji do jej wypróbowania; zachęciła mnie do tego dopiero cyfrowa adaptacja. I, muszę przyznać, tryb ten jest ciekawy - oraz chyba bardziej wymagający niż boty! 

Fajnie też, że gra ekspresowo i przejrzyście przeprowadza finałowe zliczanie punktacji. Zdobyłem 86 punktów - jeden z botów tym razem mnie prześcignął!

Możemy też rywalizować z żywymi przeciwnikami online. Zaryzykowałem - i moje doświadczenia były zaskakująco przyjemne! Szybko znalazłem przeciwników, nie musiałem przesadnie długo czekać na ich ruchy (mamy limit pięciu minut na turę - ale mało kto potrzebował więcej niż 90 sekund!), a w trakcie czekania, jak podczas gry na żywo, i tak spędzałem czas zaangażowany: planując kolejne posunięcia i analizując sytuację na planszy.

Gdy zagramy choć raz jakiegoś ptaka, zostaje on dodany do dostępnego z poziomu menu atlasu. Tu możemy odsłuchać ciekawostki czytane przez Krystynę Czubównę... 

...oraz prawdziwe dźwięki konkretnych ptaków! Chwaliłem wersję planszową za przemyślane detale - a to właśnie taki sam świetny detal w wersji cyfrowej. Czy dźwięki te są stricte potrzebne? Nie. Czy robią wrażenie jako edukacyjny bonus? Jeszcze jak!

Widok "strategiczny" - może mniej ładny, ale dający ogólną orientację i możliwy do przywołania oraz schowania jednym klepnięciem gałki analogowej.

Kupiłem wersję komputerową Wingspan trochę dla hecy - Krystyna Czubówna and all -  ale uczciwie zrobiła na mnie wrażenie. Estetyczna, przejrzysta i przemyślana - to chyba najlepsza komputerowa adaptacja planszówki, z którą miałem do czynienia! Na szczególną pochwałę zasługuje dźwiękowy krajobraz, przy którym po prostu zrelaksowany rozpływam się wieczorami na kanapie. Standardowa cena - około 70 złotych - to dosyć sporo, ale jeśli traficie na promocję? Bierzcie śmiało i sprawdźcie, czy planszówka na komputerze wam odpowiada. Ja nie byłem pewny... ale przeżyłem wyjątkowo pozytywne zaskoczenie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz