piątek, 30 września 2022

The Irredeemable Ant-Man

Generalnie fajnie jest, jeśli lubimy naszego protagonistę. A co by było, gdyby obsadzić w tej roli kolesia, który jest absolutnym bucem i ćwokiem? Takiego właśnie manewru dokonuje seria The Irredeemable Ant-Man z roku 2006, która nawet w podtytule szczyci się posiadaniem the world's most unlikable super hero!

Jak wyglądały moje czytelnicze tropy? Otóż przypomniałem sobie o tej serii za sprawą Damage Control, do której dzisiejszy "bohater" przez jakiś czas należał!

Robert Kirkman to dziś jedna z branżowych sław, kojarzony przede wszystkim jako twórca komiksów The Walking Dead (2003) oraz Invincible (2003), obu z sukcesem zaadaptowanych na telewizyjny ekran. Ale Kirkman to nie tylko autorskie projekty; pracował również pod szyldem Marvela, gdzie w 2006 powołał do życia (heh) serię Marvel Zombies (jej echo widzieliśmy na ekranie w animowanym What If...?) oraz trzeciego z Ant-Manów.

Pierwszy Ant-Man, by przypomnieć, to Hank Pym - jeden z założycieli komiksowych Avengers. MCU zostawił go nieco na uboczu i w sumie nic dziwnego: Pym realizował popularny w latach '60 topos heroicznego naukowca... ale w sposób mniej oryginalny niż koledzy z zespołu, Tony Stark oraz Bruce Banner. Wśród najdonioślejszych momentów Hanka jest stworzenie morderczego robota Ultrona; znamienne, że na ekranie ten kluczowy wątek przeszczepiono bez większego trudu do historii Iron Mana.

Ant-Man powstał w 1962, rok później po zmieniającym rozmiar bohaterze DC znanym jako The Atom. Czyżby więc znowu przykład Marvela małpującego DC? Możliwe - ale bezpieczne jest moim zdaniem przypuszczenie, że obie te postacie zainspirował popularny film "The Incredible Shrinking Man" z 1957!

Drugim Ant-Manem był Scott Lang, i tu MCU dosyć wiernie trzyma się komiksów - Scott to zreformowany kryminalista o złotym sercu, który samotnie wychowuje nastoletnią córkę... i kradnie strój Ant-Mana, choć później dowiadujemy się, że Pym właściwie pozwolił mu go ukraść, widząc w Langu potencjalnego godnego następcę. So far, so good; kim jest więc trzeci Ant-Man?

Eric O'Grady to szeregowy agent S.H.I.E.L.D., ale nie dajcie się zwieść - nie wstąpił tam ze szczytnych pobudek; służba brzmiała mu zwyczajnie prościej niż studia. Nie pcha się z bronią w ręce na misje decydujące o losach świata; całymi dniami siedzi raczej przed monitorem i - wraz z innymi szeregowcami - prowadzi wywiadowczy nasłuch... co jest robotą nudną i żmudną, ale przynajmniej prostą oraz bezpieczną. Po godzinach spotyka się zaś z kolegami, by przy pokerze przekonywać ich, że Nick Fury nie istnieje:       

Autorem rysunków jest Phil Hester i są one stałym mocnym punktem serii; kreskówkowość i umowność dobrze pasują do komedii - ale mocne linie, kanciastość oraz ciężkie cienie sugerują zarazem przyziemny ton. To historia o szeregowych agentach, nie o bohaterskich supergwiazdach! 

Ukazanie szeregowych agentów oraz ich niezbyt glamorous codzienności to sprawdzony manewr; robił to Star Trek, robił to Babylon 5. Dla tych kolesi superbohaterowie są odlegli jak gwiazdy Hollywood; być może istnieją, ale zobaczyć któregoś z nich na żywo to już wydarzenie, o którym można z dumą opowiedzieć kumplom nad kartami. No i właśnie - poza podpuszczaniem kolegów przy pokerze Eric wydaje się całkiem OK... ale w bardziej osobistej rozmowie z przyjacielem wychodzi już szydło z worka:   

Już mamy tzw. "big oof", a nie jest to ostatnie słowo naszego protagonisty!

Chris, właściwie jedyny bliski przyjaciel Erica - go figure, the charming guy that he is - zaczął się właśnie umawiać z agentką, która obu im się podobała... i Eric momentalnie zaczyna kombinować, co z tym fantem zrobić. Ale cała ta office drama schodzi na dalszy plan, gdy przełożony wysyła ich nagle do pilnowania laboratorium doktora Pyma; there's some classified business going down in another part of the helicarrier, tłumaczy im w biegu szef - wiemy więc równie mało, co sami szeregowi.

Czy to może kolejny atak Wolverine'a? Redaktorska ramka wszystko tłumaczy - Wolverine z wypranym mózgiem działał przez chwilę jako agenty HYDRY! Porównajcie swoją drogą scenę gry w pokera z tą: szeregowi agenci otrzymują małe, ściśnięte panele; superbohater Wolverine dostaje efektowną splash page, co dodatkowo podkreśla różnicę perspektyw.

I tu zaczyna się kompletny chaos: Chris i Eric (niewykwalifikowani w końcu do strażniczej roboty) przez pomyłkę nokautują wychodzącego z laboratorium doktora Pyma; czekając na koniec zagrożenia - oraz wiedząc, że i tak są już w tarapatach - decydują się na szybką przejażdżkę w kostiumie, nad którym doktor właśnie pracował. Powiedzmy uczciwie, jak nie skorzystać z takiej okazji? Ale Chris - oczywiście - nie umie prawidłowo korzystać ze stroju; zmniejsza się, przepada gdzieś w przewodach wentylacyjnych... i nie potrafi wrócić do naturalnego rozmiaru.

Eric tymczasem panikuje, bo z jego perspektywy kolega zwyczajnie zniknął. A kiedy o wszystkim dowiaduje się ich bezpośredni przełożony, każe on naszemu chłopakowi trzymać dziób na kłódkę - by samemu przypadkiem nie beknąć za posłanie dwóch pajaców do przerastającej ich roboty. Uspokaja jednak Erica wytłumaczeniem, ze Chris raczej żyje... po czym postanawiają go odnaleźć, choć będzie to szukanie mrówki w stogu siana.

Poszukiwania poszukiwaniami, ale - póki co - Eric korzysta z sytuacji i momentalnie uderza do dziewczyny Chrisa:

My thoughts exactly!

Już robi się gęsto, a to dopiero dwa pierwsze numery! Nie zdradzę za dużo mówiąc (skonstruowany achronologicznie komiks nigdy nie robi zresztą z tego tajemnicy), że niedługo potem Chris ginie podczas ataku HYDRY, zaś strój Ant-Mana wpada w ręce Erica. Ten sądzi, że już dosyć sobie nagrabił i nie może po prostu oddać go prawowitemu właścicielowi; tak właśnie zaczyna się historia najgorszego z Ant-Manów!

Narrację z "previously on" prowadzą w każdym zeszycie... mrówki - i nawet one nie mają złudzeń co do naszego protagonisty!

Pierwotne instynkty momentalnie podpowiadają Ericowi kurs działania: zmniejszony do rozmiaru przysłowiowej fly on the wall rusza on podglądać kąpiące się agentki:

"I'm a highly decorated sniper with seventeen long-distance hits on my record -- I know I saw something!"

Eric zostanie szybko dogoniony przez konsekwencje swych różnorodnych występków i poczuje, że zabrnął już zbyt głęboko w całą sprawę - z kradzieżą kostiumu ze zwłok przyjaciela włącznie. A że w sumie w S.H.I.E.L.D. dużo go nie trzyma, podejmuje on przełomową decyzję: life on the run it is!

It's a fun read, ale - nim przejdziemy dalej - uprzątnijmy z drogi jeden problem: decyzję Roberta Kirkmana, by naczelnym hobby Erica uczynić podglądanie kobiet pod prysznicem. To nie jednorazowy incydent, a dosłownie część jego charakteryzacji; na przestrzeni dwunastu zeszytów Eric dopuszcza się takiego podglądactwa trzy razy! 

Są to za każdym razem sceny zagrane komediowo, ale wyraźnie widać zmianę wrażliwości oraz standardów na przestrzeni piętnastu lat. Kiedy czytałem The Irredeemable Ant-Mana w chwili premiery, mój odbiór tych prysznicowych scen był nieco inny; owszem, wyraźnie prezentowały one Erica jako kierowanego prymitywnymi popędami ćwoka, ale zarazem nie wydawały się odbiegać szczególnie od przeciętnej teen sex comedy z przełomu milleniów. Obecnie krajobraz kulturowy ewoluował na tyle, że sceny te wydały mi się już mniej komediowe, a bardziej... no cóż, straight-up criminal; nie tyle "heh, that Eric, such a rascal", a raczej "ugh, that Eric, such a creep"

Jeden z ulubionych wizualnych żartów Kirkmana - wielokrotne powtórzenie tego samego panelu - wraca i tutaj, jak na przykład... w scenie Erica podglądającego Carol Danvers pod prysznicem. O-czy-wiś-cie.

Wielokrotnie pisałem już o problemie dysonansu wartości na przestrzeni dekad, i chcę podkreślić - nie chcę tu absolutnie potępiać w czambuł Roberta Kirkmana. Po pierwsze, łatwo czuć moralną wyższość z perspektywy lat - to trochę przypadek tego przysłowiowego hindsight, który jest always 20-20; po drugie, sam Kirkman przyznaje współcześnie, że nie był wtedy (jako dwudziestokilkulatek) najbardziej wrażliwym kolesiem. Dobrym przykładem dojrzewania twórcy jest wypowiedź na temat zmian, które wprowadził w serialowej adaptacji Invincible:

“Invincible was a comic book series that was started in 2003 and it was created by two white guys. I was from Kentucky, Cory [Walker] is from New Mexico. Diversity was not something that was at the forefront of our minds back then. (...) I think that it’s something that we recognize we can do better when it came time to do the animated series now. So, we solidified Mark’s race as Korean. Shrinking Ray was a character that was changed from male to female because we recognized that we didn’t have enough female characters. Debbie’s role is significantly expanded. Amber’s role is significantly expanded. (...) We’re all just trying to do our part to make sure that when you consume a piece of entertainment, you’re seeing a representation of the world that exists around us, and sadly that’s something that wasn’t really done in comics for the better part of the last century. So it’s great to be a part of doing things a little bit differently"

Tak więc... cóż, don't be too hard on Kirkman; we all need time to grow up. A swoją drogą - jeśli chcecie zobaczyć Kirkmana w najbardziej chyba edgy fazie, możecie sięgnąć po jego starszy komediowy komiks Battle Pope... w którym muskularny papież pił, palił oraz walczył z demonami wraz ze swoim pomocnikiem, hippisowatym Jezusem. Albo może nie sięgajcie, bo nie jest to szczególnie wybitne dzieło - choć był to pierwszy komiks Kirkmana, który trafił w moje ręce!

Ale wracając już do The Irredeemable Ant-Mana: to jedna z serii, którą postawiłbym na półce lektur obowiązkowych marvelowskich lat '00. W tekście o Captain Marvel (wtedy jeszcze Ms. Marvel) wspominałem, że był to okres wydawnictwa szukającego tożsamości, próbującego reinvent itself for the new millenium; The Irreedemable Ant-Man to rezultat takich właśnie eksperymentów. Nietypowa perspektywa z lower decks krążownika S.H.I.E.L.D.; protagonista stawiający na głowie klasyczny wizerunek superbohatera; scenarzysta będący ówczesnym indie darling; rysownik wnoszący podobnie niezależną, odrębną od typowego house style kreskę.

Uwielbiam niektóre zabiegi formalne: tu na przykład Eric narysowany jest samymi konturami - by podkreślić jego "niewidzialność" pod sofą!

Przede wszystkim jednak jest to gęsta historia - niby tylko dwanaście numerów, ale napakowanych małymi panelami oraz seriami dymków dialogowych. It's not a widescreen superhero blockbuster, but a down-to-earth crime TV show! Nie jest to też jednak ciężki, mroczny noir w stylu Daredevila Brubakera czy Bendisa; ważną rolę nieustannie pełni tu humor. W momencie premiery było to coś innego, i nawet współcześnie The Irredeemable Ant-Man nie stracił dużo ze swojej oryginalności! 

Niezaprzeczalny jest również urok obsadzenia w roli protagonisty gościa, któremu - ujmijmy rzecz dyplomatycznie - daleko do bycia wzorem cnót. Nawet taki Loki jest w swoich seriach, koniec końców, eleganckim i łatwym do polubienia tricksterem; Eric O'Grady to po prostu wiedziony najniższymi instynktami ćwok i pajac. Czasem z rzadka zachowa się w porządku i już niemal jesteśmy gotowi dać mu ten benefit of doubt... i wtedy nasz rudy protagonista odwala jakąś kolejną manianę, jeszcze gorszą niż wszystkie poprzednie. 

Ale postać musi jednak ewoluować; im bliżej końca serii, tym bardziej nasz Ant-Man robi się - wbrew tytułowi - redeemable. Pierwszym poważnym krokiem jest tu zapewne wstąpienie w szeregi Damage Control...   

...a konkretnie - do nowej search & rescue division tejże firmy, gdzie jego moce mogą przydać się do pomagania uwięzionym pod gruzami!

To dobry wybór na crossover, gdyż Damage Control to inna wybitnie down-to-earth book uchylająca nieco kurtyny superbohaterskiego świata. Im bliżej finałowego zeszytu, tym bardziej The Irredeemable Ant-Man orbituje w stronę przepotężnej grawitacji standardowego marvelowskiego stylu - mniej będziemy widzieć zwykłych agentów, a więcej bohaterów i bohaterek w kolorowych kostiumach.

Żeby nie było - Eric nawet lepiej czuje się jednak w towarzystwie superłotrów i nawiązuje dziwną przyjaźń z Black Foxem, przestępczym mentorem samej Felicii Hardy!

Czy więc Eric O'Grady okaże się koniec końców redeemable? O tym najlepiej zdecydujcie już samodzielnie! Na koniec oddam zaś głos jednemu z czytelników; oto, co w numerze #3 miał o tej serii do powiedzenia niejaki Adrian J. Watts:

Kinda, yeah!

What's with the redhead hate, though? Oj tak, kolumny korespondencyjne z lat '00 bywały równie edgy co same komiksy! Taki był trochę ton tej dekady, co zresztą miejscami nadal odbija nam się czkawką. Ale Kirkman was in on the game; czytelnicy dogryzali jemu, on obrażał czytelników:

Stąd wzięło się właśnie "Stupid Ant-Man Team" w liście wyżej!

poniedziałek, 26 września 2022

Muzyczne Poniedziałki: long nights with the headphones on!

Ivy to amerykański zespół indiepopowy; skąd mam tę płytę? Tajemnicza sprawa, bo nie pamiętam ani trochę. Może chwyciłem z rozpędu na jakiejś wyprzedaży? Pamiętam za to, że miałem ją ze sobą podczas studenckiej przeprowadzki ze stancji na stancję i słuchałem jej pod koniec września przy rozpakowywaniu gratów w pustym pokoju! A że bagażu wcale nie miałem dużo - travel light and all that - poniższy kawałek chyba zawsze będzie mi się kojarzył z tym ascetycznym jesiennym okresem.

Później stancja zaczęła porastać gratami - tu kolejne książki, tam jakiś komiks, na ścianie nieco dekoracji, a na podłodze przytaszczony z domu dywanik - but there was some minimalist grace in not owning many things. Gołe ściany, gołe klepki podłogi oraz puste szafy - ale też poczucie luzu, potencjału i nowego początku; to właśnie pamiętam, gdy słyszę płytę In the Clear!

niedziela, 25 września 2022

Panele na niedzielę: Witless Barbarian and Bleeding Heart!

Czy znajdziemy bardziej ikoniczny oraz pełen przeciwieństw duet niż Hawk & Dove

Bolek i Lolek! Pinky and the Brain! No dobra, nie było to trudne, ale i tak zanurkujmy dziś w przygody dwóch skonfliktowanych licealistów. Historia: The Dove is a Very Gentle Bird; autor: Steve Skeates; data: sierpień-wrzesień 1968!

Pierwszy numer własnego magazynu chłopaków!

Jako autora podaję Steve'a Skeatesa, gdyż pełnił obowiązki głównego scenarzysty - ale wielokrotnie narzekał on na brak kreatywnej swobody powiązany z tym, że ostatnie słowo w praktycznie wszystkich kwestiach - od grafik po scenariusz - miał gwiazdor branży Steve Ditko (współtwórca Spider-Mana w końcu). Ditko był w bardzo wygodnej pozycji: wymyślił postacie Hawka oraz Dove, zarysował ogólny koncept magazynu... po czym przekazał robotę Skeatesowi - z zastrzeżeniem, że będzie miał prawo wprowadzać poprawki zgodne z własnym widzimisię. Ale zostawmy zakulisowe perypetie; co tam dziś słychać w latach sześćdziesiątych?

Otóż sędzia Hall - ojciec naszych bohaterów - ma nielichego pecha; ledwie wylizał się po rzuconym przez mafię granacie, gdy impreza w której uczestniczy zostaje najechana przez studencki gang:      

Drop-outs - niegodziwcy z tego numeru - mają całkiem fajny op-artowy styl; te plamy koloru, te hipnotyczne spirale!

Spójrzcie, co jest u góry strony! To coś, czego nie widzieliśmy przez większość Silver Age - nazwiska autorów. Nie partyzancki podpis gdzieś u dołu strony, jak w tym numerze Legionu, a wyraźna, centralnie umiejscowiona ramka! Taka publikacja author's credit zwiastuje nadchodzące lata '70 i pokazuje pewną ewolucję branży: w wyniku eksplozji popularności w latach '60 wiele nazwisk zdążyło już nabrać statusu oraz rozpoznawalności. Nie po to wydawnictwo DC zatrudniło Steve'a Ditko, by teraz się tym nie chwalić!

Drop-outs rozbójniczym zwyczajem żądają od gości kosztowności, ale ich przywódca łączy też pożyteczne z przyjemnym i wykopuje sędziemu laskę: 

Czy przywódca gangu nosi sandały, swoją drogą? A bold fashion choice!

Don - Dove - rysowany jest jak zwiędła mimoza, ale jego podejście jest przecież zalecane już od dekad. Portfel czy biżuteria to, koniec końców, tylko przedmioty; lepiej już je bezkonfliktowo oddać, niż ryzykować pobicie czy nóż między żebra. Rozsądne i realistyczne podejście... ale to przecież superhero comic! Na imprezę wjeżdża więc szybko przemieniony w swą bohaterską wersję brat Dona, Hank - czyli Hawk:

Twarze rysowane przez Steve'a Ditko całkiem mi się podobają - mamy sporą różnorodność ich typów oraz wyrazów!

Jak w poprzednim numerze - Hawk zaprezentowany jest jako skuteczny, ale niepotrzebnie brutalny. Kopniak wymierzony przywódcy gangu ma tymczasem niespodziewane konsekwencje:

Jedno zastrzeżenie do projektów postaci Steve'a Ditko: czasem wyglądają na starsze niż mają być. Rita powyżej jest studentką, ale bez problemu mogłaby uchodzić za dorosłą kobietę z kręgu towarzyskiego bardziej sędziego Halla niż chłopaków.

Hawkowi - jak to zwykle - idzie całkiem nieźle, dopóki nie zaczyna mu iść źle! Drop-outs biorą go z zaskoczenia na tzw. dwa baty i chłopak składa się jak origami; bohater pada nieprzytomny, bandyci uciekają, a policja nadjeżdża! 

Op-artowe kostiumy gangu są naprawdę spoko!

Don jest zaniepokojony - nie tyle losem brata-osiłka, co ojca i własnym. No bo przecież jeśli Hank zostanie zdemaskowany, będzie to rzutowało negatywnie również na nich; Don zwyczajnie egoistycznie boi się, że brat wciągnie ich we własne kłopoty. Ale obywa się bez komplikacji; Hawk odzyskuje zmysły, chowa się szybko za rogiem i błyskawicznie zmienia formę. Pamiętajmy, stroje oraz kostiumy braci są magicznej natury, nie musi więc nawet się przebierać! Policja przybywa na miejsce, zaś sędzia Hall wygłasza kolejny ze swoich markowych monologów:

Patrzcie, jaki Don zadowolony - jego brat dostał w ryja, a teraz (choć nieco okrężną drogą) zalicza opierdziel od ojca! Life is good for our boy.

Ale czas, by sędzia sprawiedliwy natarł uszu również Donowi!

"A society must be governed by objective laws -- and man by objective principles!" - bardzo dobrze widać tu, że sędzia Hall to self-insert Steve'a Ditko, który zafascynowany był filozofią obiektywizmu!

Fabuła toczy się naprzód, a spora jej część podana jest w formie sprawnego wizualnego montażu. Ditko bardzo ładnie pracuje tu z ograniczeniami krótkiego formatu i zwięźle prezentuje, co tam przez najbliższe dni słychać u różnych postaci:

Rudy kolega z petem w gębie to szef gangu Drop-outs - wcześniejsza czarna czupryna oraz przyklejona bródka to elementy przebrania!

Widać też interesujące wykorzystanie konceptu mocy Hawka i Dove: przypominam, mogą oni robić to, co potrafią jako Don i Hank, ale with greater ease and consummate skill. Jeśli Hank chce więc efektywnie walczyć jako Hawk... musi włożyć w to własną pracę, naukę i ćwiczenia jako Hank. Powiem, że nawet zaczynam to doceniać; nie są to może wyjątkowo pamiętne supermoce, ale koncept ten stanowi ciekawy stopień pośredni pomiędzy "realistycznym" przyziemnym zamaskowanym mścicielem, jak Batman, a w pełni fantastyczną superpostacią.  

Kategoryczne podejście Steve'a Ditko sędziego Halla do kwestii zamaskowanych vigilantes okazuje się mało popularne, ale ten ani myśli drgnąć, do diabła z popularnością. Kierują nim w końcu obiektywne prawdy:

Sędzia Hall jest o krok od "Not even in the face of Armageddon. Never compromise." Świetnie widać korzenie parodystycznego motta Rorschacha z Watchmen!

Całe miasteczko żyje problemem Hawka i nawet chłopaki są męczeni przez kolegów oraz koleżanki w liceum: Don musi na przerwach odpierać ataki przeciwników poglądów ojca, Hank z kolei osób, które zgadzają się z sędzią - i obaj szybko mają tego po dziurki w nosie. Drop-outs szykują się zaś do kolejnego skoku i dowiadujemy się, ze ich prowodyr pragnie... zemścić się na uczelni za wyrzucenie go? Stąd właśnie nazwa gangu i dlatego celowo dba, by wszyscy kojarzyli ich ze studentami - choć (eks)studentem jest tam tylko on sam: 

Chce w ten sposób narobić studentom i całej uczelni czarnego PR-u; dawno nie widziałem tak małostkowego łotra!

Tym razem areną konfliktu będzie uniwersytecka wystawa sztuki, która wypożyczyła akurat kilka wartościowych prac:

Trochę zabawne, że już w latach '60 widzimy perspektywę "nie rozumiem tej nowomodnej sztuki nowoczesnej"!

Scena powyżej dobrze naświetla odmienną filozofię Teen Titans oraz Hawk and Dove. Weźmy takiego Mad Moda; to łotr zbudowany na fali British Invasion oraz młodzieżowej popularności muzyki, ciuchów i mediów importowanych ze Zjednoczonego Królestwa. Tytuł ten jednak w żadnym miejscu nie portretuje nowej mody jako złej; wręcz przeciwnie - jest ona tak potężna, że nawet superłotr nie może się jej oprzeć! Czy to Mad Mod, czy Wonder Girl - British Invasion jest doceniana przez wszystkich. 

Na łamach Hawk and Dove ukazanie nowoczesnej sztuki lat '60 jest z kolei jednoznacznie negatywne: nie tylko złodziejski gang nosi op-artowe, psychodeliczne kostiumy, ale nawet Don (progresywny intelektualista duetu!) zbywa obraz na wystawie jako "a couple of microbes doing something or other". To drobiazg...ale sugeruje, dlaczego Hawk and Dove nie powtórzyli sukcesu Tytanów. Młodzieżowy komiks o konserwatywnym zabarwieniu is a hard sell; nobody likes being talked down to. 

Tak czy inaczej, Don jest podczas napadu na miejscu, ale ani myśli przeistaczać się w superbohatera; w poprzednim numerze poprzysiągł wszak tego nie robić oraz skrytykował cały pomysł jako głupi i nieefektywny. Teraz jednak wydaje się mieć wątpliwości: I could have prevented it, myśli, gdy Drop-outs uciekają z drogocennym płótnem. Don jest jednak bardziej spostrzegawczy niż brat; w całym zamieszaniu rozpoznaje studentkę, która była obecna również podczas skoku na przyjęcie:  

To już jakiś trop!

Czas na artystyczną nowość - tego jeszcze nie widzieliśmy ani na łamach Tytanów, ani Hawk and Dove! Steve Ditko funduje nam rozkładówkę na dwie strony; w formie skromnego zdjęcia poniżej robi ona oczywiście mniejsze wrażenie, ale gwarantuję - podczas lektury it just pops out from the pages. Zastanawiam się, który ze scenarzystów - Ditko czy Skeates - wpadł na pomysł tych montaży?

"Judge refuses to back down!"

Podczas kolejnego patrolu Hank znajduje w starej stodole kostiumy noszone przez Drop-outs; planuje więc kolejnej nocy zaczaić się na gang w ich własnej kryjówce. Gdy opuszcza pokój przez okno, Don zaczyna przeżywać moralne katusze; the fool!, myśli, he can't handle those four guys alone! HE'S GONNA GET HIMSELF KILLED!

Moment przemiany Dona!

Pierwszym przystankiem Dona jest jednak pokój Rity, studentki, która najwyraźniej wie coś o gangu; chłopak wypytuje ją intensywnie - i stara stodoła za miastem przewija się również w jej historii. Should I call the police?, pyta dziewczyna, na co biegnący już do akcji Don odpowiada w dosyć ciekawy sposób: that's up to you. Nasz bohater najwyraźniej nie ma już gotowej, stereotypowej odpowiedzi na absolutnie wszystko!

Hawk tymczasem zbiera cięgi:

Co magiczny kostium, to magiczny kostium!

Generalnie jest to przełomowy moment dla Dona w tożsamości Dove; wpada bowiem na pomysł, by unieszkodliwiać złoczyńców bez użycia brutalnej siły. Byłoby w końcu słabo, gdyby połowa tytułowego duetu była zupełnie wyłączona z akcji! Dove polega na unikach, kreatywnym wykorzystaniu otoczenia i technikach a'la judo posiłkujących się własnym impetem oraz siłą napastnika. 

Worki, chybotliwe deski podłogi, wiszący ze stropu sznur - Dove męczy przeciwników jak tylko może!

Bandyci są słabo skoordynowani, jeden pada więc ofiarą friendly fire - dosięga go cios przeznaczony dla Dove, który z kolei łapie innego niegodziwca i wiąże go jak na rodeo:

Czuć odrobinę wpływu Spider-Mana, którego Ditko tworzył wcześniej!

Całe zamieszanie daje Hawkowi dosyć czasu, by dojść do siebie i wyprowadzić finałowy cios w stronę przywódcy gangu. Nim jednak Hawk weźmie się za kopanie leżącego (które zresztą planował - "you deserve a good beating!"), pod stodołę zajeżdża policja wraz z prowadzącą ich na miejsce Ritą. Wygląda więc na to, że Dove uratował sytuację... ale Hawk nawet po takiej odsieczy rozumie tylko język przemocy i nie uznaje wyczynów brata. Helped me?? Are you kidding? You were no help at all! 

Aj, chłopaki, chłopaki!

Drop-outs to już dla nich zapomniana sprawa; bracia nie mogą się przestać kłócić nawet wracając do domu...

...myjąc zęby...
...i kładąc się spać!

Hej, to przynajmniej zakończenie w kompletnie innym stylu, niż Tytani śmiejący się do czytelnika i obowiązkowy suchar na koniec!

Bleeding heart! Witless barbarian! Nie będę krył, czytanie przygód wiecznie kłócących się o każdy detal braci gets old fast; tak, widać już miejscami pewne delikatne zniuansowanie - ale nie jestem pewien, czy sięgnąwszy po magazyn Hawk and Dove w roku 1968 wróciłbym do numeru drugiego. Chłopaki nie są zwyczajnie póki co szczególnie sympatyczni - Hawk w tym numerze to brutal i tępy baran, a Don - choć niby taki wyważony intelektualista - również nie może się powstrzymać przed złośliwymi docinkami w stronę brata. Ktoś może powiedzieć, że to po prostu sibling rivalry, ale nawet rodzeństwo nie musi ze sobą konkurować w absolutnie każdej interakcji! Ich bickering miało być pewnie w założeniu zabawne, ale - może za sprawą poważnej w końcu tematyki - nie jest. Co innego, gdyby idąc spać kłócili się o ulubionego muzycznego idola; stałe polityczno-ideologiczne spory są jednak wyczerpujące.

Podobały mi się za to op-artowe kostiumy gangu, a Ditko robi fajne rzeczy w narracji wizualnej - szczególnie warto odnotować te montażowe kompozycje. Czy Hawk i Dove przyniosą nam coś dobrego za dwa tygodnie? Zobaczymy, a tymczasem - szykujcie się za tydzień na powrót Tytanów! 

~.~

Missed an episode? Chronologiczną listę wszystkich naszych dotychczasowych spotkań z Tytanami możesz znaleźć klikając tutaj!

piątek, 23 września 2022

Knédżi: solarpunk, lata '90, pranksterzy i alergia!

Czas na Knédżi! Jak to często bywa, planowałem ten wpis jeszcze w sierpniu, ale wpadłem w dwie pułapki - z różnych względów okazały się nimi ostatnie książki z dzisiejszej porcji. Nie marnujmy więc czasu i nurkujmy prosto w stos lektur! 

Becky Chambers to jedna z moich ulubionych autorek współczesnej science-fiction; jej powieści (wcześniej pisałem tu o The Galaxy and the Ground Within) są pomysłowe, optymistyczne oraz  przepełnione humanizmem. Nie inaczej jest w przypadku A Psalm for the Wild-Built - historii o przypadkowym spotkaniu a tea monk (wędrownej osoby będącej nieco spowiednikiem, nieco psychologiem) oraz robota - mechanicznego reliktu industrialnej przeszłości, którą ludzkość zostawiła już za sobą.

To przyszłość stanowiąca odtrutkę na mroczne, dystopijne wizje - ludzkość przezwyciężyła nękające nas dzisiaj kryzysy i żyje w dużo większej zgodzie z naturą. Everything is sustainable, recycled or recyclable; tea monk podróżuje nie antygrawitacyjnym latającym talerzem, a wozem wyposażonym w system filtrowania wody. Ale prostota oraz ekologia nie oznaczają kompletnej utopii: w ludzkiej naturze jest nadać być nieszczęśliwym, i to właśnie uczucie popycha naszą postać ku wędrówce/pielgrzymce w poszukiwaniu odpowiedzi. No bo jak to możliwe, by mieć jedzenie, dach nad głową, kochających bliskich, interesujące pasje oraz satysfakcjonująca pracę... ale nadal czuć jakiś brak, jakieś niespełnienie, jakąś zadrę wewnątrz? Jak poradzić sobie z tym uczuciem - oraz płynącym z niego poczuciem winy? Być może w znalezieniu odpowiedzi pomoże zewnętrzna perspektywa, której dostarcza tytułowy Wild-Built - inteligentny robot drugiej generacji, powstały już bez ingerencji człowieka. 

Nowela ta (oraz jej druga część) powstały dosłownie na zamówienie: oficyna Tor Books zleciła Becky Chambers napisanie czegoś w gatunku solarpunk... i myślę, że A Psalm for the Wild-Built może stanowić właściwie manifest programowy nurtu: to właśnie klasyczna solarpunkowa wizja - postindustrialna, optymistyczna i humanistyczna. Zestawienie słowa "humanizm" z historiami o robotach może brzmieć paradoksalnie, ale czy nie jest jedną z najstarszych tradycji science-fiction używanie podobnych Others, by powiedzieć coś o nas samych? 

Ciepły rosołek na jesienne dni, chociaż bardzo szybko się kończy. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia kolejnej porcji!

Chuck Klosterman związany jest jako autor esejów oraz kolumnista z The New York Times Magazine oraz Esquire; zajmuje się przeważnie historią popkultury. The Nineties: A Book stanowi czasem sentymentalną, czasem krytyczną podróż przez schyłkową dekadę dwudziestego wieku: od Kurta Cobaina po Tupaca Shakura; od Reality Bites po Titanica oraz Matrixa; od Los Angeles riots, przez nadawany na żywo policyjny pościg za O.J. Simpsonem, aż po strzelaninę w Columbine. Jesteśmy już chyba wystarczająco oddaleni od lat '90, by spojrzeć na nie z zewnętrznej, historyczno-analitycznej perspektywy - i to właśnie próbuje zrobić Klosterman, próbując zidentyfikować dominujące trendy oraz nurty ówczesnej kultury. 

Czym była faktycznie Couplandowska generation X? Kiedy powstał ten termin, na ile było to poważne oraz ile zajęła mu przemiana we własną parodię? W jaki sposób topowe gwiazdy kontestacyjnego nurtu grunge radziły sobie z paradoksem własnej popularności oraz becoming what you hated? Czy termin "to sell out" - największa potwarz dla artystów tamtej ery - jest w ogóle możliwy do intuicyjnego zrozumienia z perspektywy roku 2022 oraz współczesnego krajobrazu medialnego? Lata '90 ukazane są jako coraz mocniejsze odejście od monokultury; nowe technologie oraz decentralizacja mediów, przykładowo, pozwalały wówczas na tworzenie coraz większej liczby "alternatywnych rzeczywistości". Doskonałym przykładem są tu nocne audycje radiowe Arta Bella, których sam z przyjemnością słuchałem - nagle okazało się, że weird and kooky stories o UFO i chupacabrach mają miliony słuchaczy; nisza ta została szybko zagospodarowana przez sukces The X-Files, który to serial rozgrywał jak chyba żaden inny zeistgeist epoki. No, może poza Seinfeldem, ale to dwa zupełnie różne zeitgeisty. Or are they? Klosterman próbuje jakoś rozgryźć i usystematyzować tę pełną paradoksów dekadę.   

Chciałem uniknąć frazesu o "paradoksalnej dekadzie" - która w końcu nie była paradoksalna? -  ale w tym przypadku to trochę losing battle. Wiele obserwacji Klostermana było dla mnie bardzo interesujących (jak chociażby wspominane skontrastowanie figur Cobaina i Tupaca), a wiele ciekawostek ubawiło mnie przednio - wiecie, że film z Bradem Pittem Meet Joe Black jest rekordzistą pod kątem liczby osób, które poszły na niego do kina... ale go nie obejrzały? Otóż był on zbundlowany z zapowiedzią The Phantom Menace, więc starwarsowcy tłumnie wykupywali bilety tylko po to, by po trailerze opuścić salę!

Urodzony w 1972 autor żywi ogromny sentyment do tej dekady; hej, nic zresztą dziwnego czy wstydliwego - jako dwudziestolatek ruszał wówczas na podbój świata! Wyczuwalne jest jednak, że momentami postrzega ją jako best times ever; nie tak konserwatywne i skupione na konsumpcjonizmie jak wcześniejsza era Reagana, a z drugiej strony - jeszcze nie tak beznadziejnie spolaryzowane oraz rozproszone w mnogości plemiennych narracji, jak dwudziesty pierwszy wiek (choć, oczywiście, Klosterman widzi w latach '90 początek tego procesu). Lata '90 kontestowały kapitalizm wielkich koncernów oraz manufactured identities; współcześnie, sugeruje autor, walka ta została przegrana - czy chcemy, czy nie, obecnie nasze tożsamości are ultimately a set of brands; zaakceptowaliśmy coś, co w latach '90 byłoby największą kompromitacją. Ale, pomimo to, świat się jakoś nie zawalił. Co więc myśleć o tym ironicznym, wiecznie zdystansowanym etosie lat '90? 

Dla osób, które pamiętają tę dekadę - książka ta będzie workiem wspomnień i interesującą próbą ich usystematyzowania; dla osób, które tego szczęścia nie miały - może to być pełen dziwów przewodnik po tych pre-9/11 years. Jak to zwykle bywa, nie we wszystkich interpretacjach zgodziłbym się z autorem... ale, jako całość, The Nineties: A Book jest jak najbardziej godna polecenia.


Największym prank okazało się wmówienie mi, że będzie to lekka książka. Well, not quite; chociaż podtytuł mówi o making mischief in the modern world, autor zaczyna od solidnej historycznej podbudowy, postawienia tezy oraz - chociaż w czapce błazna - i tak wygląda bardziej akademicko-profesjonalnie, niż Chuck Klosterman powyżej. 

Ale dziwnym nie jest; Pranksters: Making Mischief in the Modern World to książka wydana przez New York University Press, zaś Kembrew McLeod to nie tylko wykładowca uniwersytecki, ale i dumny prankster-praktyk: wbijał na przykład na konferencje Billa Clintona przebrany za robota czy zarejestrował prawnie frazę "freedom of expression", by ukazać problemy z amerykańskimi intellectual property laws. Dobry prank, instruuje McLeod, musi spełniać dwa warunki; po pierwsze, przyciągać uwagę w kreatywny sposób; po drugie: przyciągając uwagę, uczyć. To nie prank w wymiarze youtuberskich publicznych wygłupów; to prank, którego autorem jest nie żądny poklasku fool, a chcący edukować trickster.

McLeod śledzi historię żartów towarzyskich, prasowych, medialnych. Grono słynnych pranksterów tworzą, miedzy innymi Jonathan Swift, Ben Franklin oraz Mark Twain; zasiada w nim z dumą P.T. Barnum, który - szczerze lub nie (i czy to zresztą ważne?) obwieszczał, że jego przekręty mają służyć uczuleniu społeczeństwa na manipulacje szarlatanów dużo bardziej złowrogich niż on sam. McLeod podkreśla ciekawe związki pomiędzy wczesnym feminizmem a ruchem spirytystycznym; choć stukające stoliki i pokazy ektoplazmy były kompletną blagą, środowisko to było rzadką ówcześnie niszą, w której to kobiety zajmować mogły roles of power. A z innej strony - w całkowicie innej erze rozwój globalnej telekomunikacji oraz internetu został przynajmniej częściowo ukierunkowany przez hackers and phreaks, technicznie utalentowanych studentów robiących sobie zwyczajnie jaja. Historia, mówi McLeod, łaskawie patrzy na wynalazców, mężów stanu czy tytanów przemysłu - ale nie mniejszy wpływ na jej bieg mają ukryci gdzieś w cieniach i wbijający celnie wymierzone szpile pranksters.

Jednym z ciekawszych fenomenów opisywanych przez McLeoda jest, jak to określa, prank blowback. Przykładem może być działająca w latach '60 feministyczno-satyryczna organizacja W.I.T.C.H. (Women's International Terrorist Conspiracy from Hell), która - przyjmując absurdalną nazwę oraz imidż czarownic w spiczastych kapeluszach - chciała wyśmiać konserwatywne lęki... ale, paradoksalnie, dodatkowo je wzmocniła, gdyż pastor ten czy tamten nie załapał żartu i potraktował je jako dowód, że feminizm właśnie czarty w piekle wymyśliły. 

Ba, jeszcze mocniejszym przykładem może być założony przez LaVeya Kościoła Szatana! Anton LaVey to w końcu zawodowy showman z korzeniami w karnawałach i burlesce, który zwyczajnie odgrywał performance: ogolił się na łyso i zapuścił zarost a'la Fu Manchu czy inny karykaturalny superłotr; świadomie ubierał się wraz z otoczeniem jak czarne charaktery z jasełek, by potem zapraszać żądne sensacji, kochające go media na (równie karykaturalno-jasełkowe) "szatańskie ceremonie". Ale to, co zaczęło się jako kontrkulturowe show dołożyło cegiełkę (albo i wręcz położyło fundamenty) pod zjawisko Satanic Panic w latach '80 i '90 oraz dostarczyło amunicji ultrakonserwatywnym ruchom religijnym w Stanach. Nieważne, że wszystkie późniejsze "satanistyczne zbrodnie" badane przez organy ścigania koniec końców okazywały się stale zbitką bzdur, konfabulacji oraz paranoi; w wyniku moralnej paniki otaczającej satanizm, Dungeons & Dragons oraz muzykę metalową zdarzały się przypadki zrujnowanych żyć oraz wsadzania nastolatków za więzienne kraty. Czy doszłoby do tego bez wcześniejszych medialnych szopek LaVeya?

Koniec końców, to jednak oczywiście nie sam LaVey wsadził kogokolwiek do więzienia - ale McLeod przypomina, że czasem prank może zostać (celowo lub nie) opacznie odczytany i wykorzystany ze zwrotem dokładnie przeciwnym do zamierzonego, szczególnie jeśli jest trudny, dwuznaczny lub niejasny dla odbiorców. Ale blowback to tylko jeden z aspektów pranks analizowanych przez McLeoda; autor skupia się też na przykładach weselszych (Edelweiss!) i bardziej pozytywnych oraz śledzi, jak kontrkulturowe ruchy aktywistyczne z lat '60 ewoluowały aż do ery internetu. Discordianism, Church of the SubGenius; pamiętacie? Jeśli nie - to jest świetna okazja, by się z tym wszystkim zapoznać! Pranksters: Making Mischief in the Modern World to zaskakująco poważna i przekrojowa publikacja; wziąłem się za nią oczekując czegoś na odsapnięcie po poczytanym wcześniej opracowaniu o latach '90, a dostałem pozycję o klasę wagową cięższą. Ale zdecydowanie było warto!

Now wait a minute; spójrzcie na ten blurb na okładce - "it's the Thor: Ragnarok of superhero fiction." Hey, isn't Thor: Ragnarok already kinda the Thor: Ragnarok of superhero fiction? I mean, rozumiem, o co chodziło autorce cytatu - proza i tak dalej - lecz i tak brzmi to osobliwie. Ale do rzeczy!

W powieści We Could Be Heroes Mike Chen zarysowuje dwie kompletnie różne postacie: Jamie to superłotr-telepata o pseudonimie Mind Robber, zaś Zoe jest bohaterką znaną jako Throwing Star - która posiada plus-minus klasyczny pakiet kryptoniański: supersiła, latanie, heat vision, takie tam. Punkt wyjścia fabuły? Zoe nie pamięta większości swojego życia; obudziła się pewnego dnia w wynajętym mieszkaniu i od tego czasu stara się w miarę zwyczajnie żyć - pijąc, oglądając groszowe horrory oraz pracując w prestiżowej branży food delivery (bieganie po dachach się przydaje). Pewnego dnia Jamie i ona spotykają się przypadkiem na spotkaniu grupy terapeutycznej; sekretne tożsamości nie zdają się na wiele, gdyż rozpoznają się wzajemnie bardzo szybko. Ale możliwość pogadania bez kostiumów (oraz nie podczas napadu na bank) okazuje się przełomowa; Jamie jako telepata umie wymazywać wspomnienia... ale to nie on wymazał większość życia Zoe. Ba, okazuje się, że i jego wspomnienia zostały przez kogoś usunięte! Bohaterka i łotr łączą więc siły, by rozwikłać zagadkę - każde w swoim stylu.

Szczerze mówiąc, mój opis powyżej makes it sound more fun than it actually is. Uwielbiam historie superbohaterskie, uwielbiam motyw enemies working together, ale... jakoś mi ta powieść zwyczajnie nie zatrybiła. To po prostu bog-standard superhero fare; nie ma tu jakiejś dyskusji z gatunkiem i jego motywami, nie ma ciekawego punktu widzenia, nie ma atrakcyjnego języka - it's just...kinda functional. Jasne, bez żalu przeczytałbym tę historię w formie odcinkowego tasiemca z X-Menami; jest wystarczająco kompetentnie skonstruowana, żeby nie odpaść od niej w połowie z niesmakiem. To naprawdę cute, że superłotr Jamie najbardziej na świecie kocha swojego kota, a współpracująca z nim superbohaterka Zoe akurat ma alergię na kocią sierść; ale nie skłamię też mówiąc, że to najbardziej pamiętne cechy tych postaci.

Jak mówiłem, łyknąłbym to jako kolejny odcinek X-Menów. Jeśli jednak mam dokonać inwestycji uwagi oraz poznać nowy setting - chciałbym, by zostało to nagrodzone czymś więcej niż absolutna baseline gatunku. Punktem porównania niech będzie wcześniej omawiana na tych łamach powieść Hench - ona do superbohaterskich standardów dokłada coś: w tym przypadku, krytykę gig economy oraz podobnych patologii kapitalizmu. Ale będę hojny - We Could Be Heroes mogłaby naprawdę być o niczym, ale (tak jak komiks może nadrobić scenariuszowe niedostatki dobrą stroną wizualną) niechby chociaż była napisana ładnym czy efektownym językiem. Lecz nawet ten język jest po prostu OK; wszystko jest tu po prostu OK, i lepi się to w powieść, która może nie odrzuca... ale trudno mi ją sobie wyobrazić jako czyjąś ulubioną. Naprawdę kocham superbohaterskie fabułki oraz konwencje, but this one was too generic even for me. Oh, and it has literally nothing in common with Thor: Ragnarok, too.        


Tak oto kończymy kolejne Knédżi; kolejne spotkanie naszego nieregularnego blogowego book club! Dlaczego utknąłem nieco przy dwóch ostatnich pozycjach? Cóż, Pranksters zajęli mi więcej czasu niż podejrzewałem, gdyż książka okazała się dużo głębsza niż sądziłem; We Could Be Heroes okazała się zaś tak generic, że lektura szła mi jak po grudzie - serio, wolałem złapać zamiast tego pierwszy lepszy komiks superbohaterski. Zwykle podaję w tym cyklu najgorętszą rekomendację każdego spotkania, ale dziś nie potrafię tego zrobić - trzy pierwsze pozycje są, z różnych przyczyn, równie godne polecenia! Zastanówcie się po prostu, co wam w duszy gra - Becky Chambers to jak zwykle herbatka z cytrynką dla zziębniętego ducha; The Nineties: przekrojowa wycieczka w kulturową przeszłość, zaś Pranksters - publikacja New York University Press, która ma ponad dwadzieścia stron samej bibliografii... ale jest naprawdę interesująca, choć mniej w wymiarze fun trip, a bardziej cool lecture.

 Niezależnie od tego, co wyda wam się bardziej intrygujące - Knédżi powrócą!

poniedziałek, 19 września 2022

Muzyczne Poniedziałki: less is more!

Kontynuując trend "Biedronka jako mecenas kultury" - John Coltrane Quartet, Ballads, 1963. Czyż nie zasługuje na dorzucenie do koszyka razem z szynką, serem i mielonym?


Takich płyt wolę słuchać w samochodzie - kiedy noszę w domu słuchawki i nagle ktoś buchnie mi saksofonem do ucha, it can sometimes be a bit much. Ale za kierownicą, podczas powrotu do domu po długim (długim) dniu pracy? Mógłbym słuchać tego jednego utworu w zapętleniu.

I Wish I Knew, swoją drogą, to kompozycja Harry'ego Warrena, jednego z najbardziej płodnych amerykańskich twórców muzyki filmowej; to właśnie on stworzył - między innymi - męczony od dekad standard That's Amore. I Wish I Knew też ma własną warstwę tekstową, ale jej odjęcie to doskonały przykład zasady less is more; Coltrane z zespołem rezygnują z sentymentalnych wyznań i przekazują autentyczniejsze emocje samą warstwą muzyczną.

niedziela, 18 września 2022

Panele na niedzielę: The Dimensional Caper!

Osadzanie historii w szkole to piękna tradycja. A co by było, gdyby to znajome mury naszego własnego liceum stały się areną zmagań superbohaterów oraz najeźdźców z innego wymiaru? Co by było, gdyby pan dyrektor nie był po prostu square, a like really evil? Takie właśnie klasyczne koncepty czekają na nas w dzisiejszym zeszycie! Historia: The Dimensional Caper, autor: Bob Haney, data: lipiec-sierpień 1968!

Nareszcie jakaś autentycznie fajna okładka! Nick Cardy długo narzekał na krępujące go redaktorskie wymogi - aż w końcu dostał trochę luzu, co widać dobitnie w okładkach Tytanów oraz Aquamana z tej ery. To już nie chaotyczny i przeładowany kolaż kilku scen, a przemyślana grafika z konceptem!

Ano właśnie, do roli rysownika wraca Nick Cardy, oryginalny artysta Tytanów! Bardzo się z tego cieszę, gdyż Cardy nie tylko dobrze czuje postacie, ale też wyraźnie ewoluuje jako twórca - a może wydawnictwo spuściło go po prostu nieco ze smyczy i pozwoliło mu bardziej odejść od house style? Wiem, że w przypadku okładek Nick wiercił redakcji dziurę w brzuchu, aż w końcu się ugięła - to wie, może tu było podobnie! Nie jest to może jakaś szalona rewolucja, ale zwróćcie dziś uwagę na tak zwany crosshatching oraz wyraźne teksturowanie cieni. Widać to już wyraźnie na okładce: peleryna Robina, dół okładki wielkiej księgi; wyraźny crosshatching będzie dziś bohaterem równie istotnym, co czwórka Tytanów. No ale właśnie, co tam dziś słychać w latach sześćdziesiątych?

Otóż Titancopter pojawia się nad przysłowiowym przeciętnym liceum w małym amerykańskim miasteczku - i już czuję, że będzie dobrze; to przecież naturalny habitat Tytanów! Wszyscy opuszczają się na linie na dach; ej, kto zostaje za sterami? Uznajmy, że Tytankopter ma Tytanautopilota! W każdym razie nasza bohaterska młodzież została wezwana przez zaniepokojonego ucznia... który akurat jest na dywaniku u dyrektora. 

Po pierwsze: perspektywa z kanału wentylacyjnego to fajny pomysł; po drugie: crosshatching crosshatching crosshatching!

No nie mogę się dzisiaj nachwalić Nicka Cardy'ego; oczywiście, po jego stylu widać współcześnie wiek, ale spójrzcie chociaż na pierwszy panel! Mógł leniwie narysować Tytanów stojących sztywno jak kije w kółeczku, ale nie; Robin macha ręką i jest w dynamicznie obniżonej pozie, a Wonder Girl akurat obraca się zarzucając włosami.

Fantastic tale of this school existing in two dimensions też brzmi nieco zabawnie; tak, tak, rozumiemy o co chodzi, ale i tak przebiję historię Cheta: moja własna szkoła istnieje w trzech wymiarach! Przynajmniej

Ojciec młodego się niecierpliwi, zaś dyrektor zgrywa współczującego pedagoga; patrzy ze smutkiem na Cheta i sugeruje mu potrzebę medical attention... understanding of your problems... Chłopak nie chce o tym słyszeć i twardo nalega - szkoła jest in deadly danger from... them!!

Fajny przykład ciągłości: Robin nie śpieszy się z wyśmianiem absurdalnej historii Cheta, gdyż sam w końcu nie tak dawno trafił do innego wymiaru!

"Screamin' Meemie movies", o których wspomina Kid Flash, w tym kontekście dosyć jasno oznaczają oderwane od rzeczywistości horrory/filmy science fiction z obowiązkową scream queen dającą z siebie tyle, na ile płuca pozwolą. Samo pojęcie screaming Meemie (bądź screaming Mimi) pochodzi jeszcze z okresu drugiej wojny światowej; nickname ten amerykańscy żołnierze nadali wówczas tak zwanym Nebelwerferom, niemieckim wyrzutniom rakietowym, których pociski wywoływały w locie charakterystyczne wycie.

Amerykanie mówili "screaming Mimi", zaś Polacy - w trakcie na przykład uwiecznionego powyżej powstania warszawskiego - określali je za sprawą wycia jako... "krowy".

O, i może weselszy detal: Screaming Mimi to starszy pseudonim Songbird, bohaterki Marvela dysponującej - oczywiście - sonic powers (najpierw w wersji sonic scream a'la Black Canary, później tworzenia fizycznych konstruktów z dźwięku). Wspominam ją chyba najcieplej z serii Thunderbolts z roku 2006:

Thunderbolts w tej inkarnacji byli drużyną zebraną przez Normana Osborna: krótko mówiąc, bad guys posing as good guys. Songbird - co okładka sugeruje dość jasno - była kretem w zespole; a good guy posing as a bad guy posing as a good guy. It was pretty fun; muszę sobie odświeżyć tę serię!

Wracając do naszej dzisiejszej historii: ojciec - z pełnym wsparciem dyrektora - decyduje się wysłać Cheta do szpitala; ten jedna wyrywa się dorosłym i daje dyla wprost przez zamknięte okno:

No może nie pomaga to wizerunkowi Cheta jako zrównoważonego chłopaka, ale powiedzcie, że nie jest to super dynamiczny panel!

Chet i jego historie są już w liceum powszechnie znane; gdy biegnie przez boisko, staje się obiektem docinków drużyny sportowej:

Super są te groteskowe twarze, które podkreślają wyizolowanie chłopaka!

Chet próbuje jeszcze szukać zrozumienia u swojej dziewczyny, ale (klasyczna zresztą dla lat '60 blondyna w go-go boots i minispódniczce) również go spławia; jego szalone historie są terrible for a girl's reputation. Na koniec blondyna wyprowadza konwersacyjny coup de grace: you don't exist... you're in some other dimension! Goodbye!

Nadlatująca Wonder Girl myśli za to here's one chick who hasn't deserted you, Chet--! - po czym łapie chłopaka za chabety i niesie go na spotkanie z Tytanami. Robin wita go w imieniu your amiable local junior super-heroes; trudno nie widzieć analogii z popularnym wówczas your friendly neighborhood Spider-Man! Chet opowiada swoją historię; pewnego dnia w ramach zakładu wlazł na wieżę przy szkole, gdy nagle...

Design "they" z innego wymiaru mógłby pewnie być ciekawszy niż zieloni kosmici jak z kina samochodowego z lat '50, ale nie można mieć wszystkiego!

Chet umyka obcym i ich laserowym pistoletom chyba wyłącznie za sprawą bycia członkiem szkolnego track team; udaje mu się też podsłuchać, że zieloni planują inwazję. Do naszego wymiaru chłopak powraca równie niespodziewanie, jak przeniósł się do alternatywnego The Upside Down - i decyduje, że musi ostrzec znajomych oraz grono pedagogiczne. Resztę historii już znamy!

Robin nie takie Stranger Thingsy już widział! Fajnie, że poprzednia fabuła stanowi naturalnie wpleciony element motywacji chłopaka.

Okay, peerless leader, you've reminded us of our Titan oath -- now what's the drill?, pyta Kid Flash. Tytani postanawiają zacząć od zbadania wieży ciśnień; i to w samą porę, gdyż ktoś właśnie się na nią wspina! Gdy jednak Wonder Girl podlatuje do wieży, nie znajduje tam nikogo:

Cała ekipa stłoczona na wieży!

Robin dotyka tajemniczego zielonego nitui - wham, bam! - cała grupa przenosi się w surrealistyczną krainę pomiędzy wymiarami a'la Doktor Strange Steve'a Ditko, a zaraz później... trafiają do szkoły. Ale to tej Upside Down szkoły.

Spójrzcie tylko na te ciężkie cienie na twarzy Robina i Kid Flasha! I'm just loving it; Nick Cardy naprawdę zapowiada tu już wizualne konwencje lat '70!

Czas na porcję fun action - znajome szkolne miejsca i rekwizyty zostają reimagined w roli narzędzi pozwalających stawić czoła zielonym. Kid Flash się nie cacka i korzysta z jednej ze straszliwszych szkolnych broni:

POOOF POOOF! Śmiejcie się, śmiejcie, ale wywołana kredą pylica jest wpisana na listę chorób zawodowych nauczycieli. Dziś na szczęście coraz rzadziej korzystamy z klasycznych tablic, ale kiedy zaczynałem pracę - marynarkę miałem non stop w pyle, a mycie rąk ileś razy w trakcie dnia było koniecznością!

Tytani chwilowo uciekają, lecz w szkolnej bibliotece dochodzi do kolejnej konfrontacji:

"Toss the books" od "throw the book at somebody", czyli ukarać kogoś z pełną surowością prawa; idiom z pierwszej połowy dwudziestego wieku, wizualnie zainspirowany zapewne obrazem sędziego wkurzonego tak, że dosłownie rzuca kodeksem w oskarżonego!

Bronią Aqualada staje się zaś ściągnięty ze ściany wąż przeciwpożarowy:

Znowu - fajna, dynamiczna scena; Aqualad jest nieco przechylony próbując okiełznać strumień wody, którego kierunek ruchu jest pięknie widoczny!

Po nawalance na sali gimnastycznej z wykorzystaniem sprzętu sportowego - która też jest całkiem kreatywna, ale nie chcę tu wrzucać zbyt wielu paneli akcji - czas na nagrodę za te wszystkie boje i trudy; drużynie udaje się podsłuchać dowódcę zielonych. A tym okazuje się... dyrektor, który chciał wysłać Cheta do zakładu!

To znaczy, dla jasności - dyrektor również jest zielonym, po prostu przyjął tożsamość dyrektora, by przygotować grunt pod inwazję!

Do niezwykłego zbliżenia wymiarów doszło za sprawą maszyny zbudowanej przez zielonych; Kid Flash - jak to zwykle - nie myśli za dużo i wbiega wibrując prosto w mechanizm, żywiąc nadzieję na jego unieszkodliwienie. Ale nadzieja wiadomo, czyją jest matką; uszkodzenie maszyny prowadzi do jeszcze większego chaosu, i zwykła rzeczywistość oraz Upside Down zaczynają się przenikać. Banda zielonych pojawia się nagle w sali podczas lekcji fizyki - i tylko szybka interwencja Tytanów ratuje młodzież oraz nauczyciela:

"It's Robin, the Boy Wonder, "teach" -- he never kids!"

Ewakuacja szkoły prowadzona jest wzorcowo (właśnie, w tym roku nie mieliśmy jeszcze próbnej ewakuacji!, a nasza drużyna próbuje zatrzymać atak zielonych.Wonder Girl wpada do szkolnego drama club, gdzie koleś w scenicznym kostiumie jest gotowy pomóc jej w boju swoją szpadą; Aqualad ratuje zaś ćwiczącą akurat drużynę pływacką i broni licealnego basenu. He's actually a bit scary:

Aqualad błyskawicznie wynurzający się z wody tylko na chwilę, by sprzedać ci gonga lub wciągnąć w odmęty - I can respect that!

Ale to w szkolnej stołówce nadchodzi przełom; znikające hot-dogi pomagają Robinowi rozszyfrować mechanikę podróży pomiędzy wymiarami:

Hot dogi oraz zupy to podstawa oferty również w kafeterii w naszej szkole! Pewne rzeczy się nie zmieniają... but why mess with perfection?

Tytani ruszają więc w stronę uszkodzonej maszyny, ale Chet ich ubiega i realizuje kolejną nastoletnią fantazję; może się ponawalać z dyrektorem!

Dynamiczne pozy, rozwiana marynarka, pochwały rysunków Nicka Cardy'ego etc., etc.

Zbłąkany strzał z pistoletu dyrektora trafia prosto w maszynę - co na dobre wyrzuca Tytanów z Upside Down to rodzimej rzeczywistości. Czas na kolejną surrealistyczną podróż...

...oraz bardzo nietypowe SUDDENLY - narrację poza klasyczną ramką narracji!

Wymiary wydają się więc być rozdzielone na dobre! Hip, hip, hurra? Jeszcze nie do końca; inwazja nie dojdzie już do skutku, ale co z Chetem, który ugrzązł w Upside Down? Ocalić może go tylko jedna osoba: Kid Flash, który decyduje się spróbować biec tak szybko, by przełamać nie tylko barierę dźwięku, by wibrować nie tylko przez fizyczne przedmioty, ale... by przewibrować i przełamać barierę do innego wymiaru: 

"Now begins a race the like of which even the Scarlet Speedster has never run..."

Scarlet Speedster to oczywiście heroiczny przydomek samego Flasha, mentora Wally'ego - and it's such a Flash scene; ile razy widzieliśmy nawet na ekranie telewizora Flasha biegnącego w kulminacyjnej sekwencji odcinka tak szybko, by zagiąć prawa fizyki! Run, Barry, run!; albo, jak tutaj - go, Kid Flash -- go - go - go! Wally przełamuje barierę wymiarów i porywa Cheta do domu dosłownie na sekundy przed egzekucją. Rzadka sekwencja, gdzie zazwyczaj średnio bystry Kid Flash jest kompetentny i heroiczny! 

Chet jest już bezpieczny, ale ze szkołą zaczyna się dziać coś dziwnego:

Na szczęście budynkowi nic się nie dzieje - tajemnicza poświata, spekuluje Robin, to pewnie przekraczające wymiary echo zniszczenia budynku w Upside Down.

Następuje klasyczne zakończenie: ojciec Cheta uściskiem dłoni dziękuje Tytanom i przeprasza syna za brak wiary; dyrektor najwyraźniej odwalił kitę, więc w imieniu grona pedagogicznego wypowiada się wąsaty nauczyciel fizyki:

Nauczyciel, swoją drogą nosi nazwisko Farnum - podobnie jak dziadek z historii Scramble at Wildcat. Czy coś stoi za tą zbieżnością? Czy było to wówczas stereotypowe nazwisko pana starszego z wąsem? Czy Bob Haney znał jakiegoś Farnuma? Na razie nie mam pomysłu!

Great, great, great! Bardzo fajna historia Tytanów z epoki; zagrało mi tutaj praktycznie wszystko: od okładki i rysunków Nicka Cardy'ego aż po rozegranie klasycznego motywu a co, gdyby nasza szkoła była tak naprawdę... złym miejscem? Za sprawą znajomych z codziennego życia miejsc oraz rekwizytów sekwencje akcji były zabawne i pomysłowe jak rzadko kiedy. Wyjątkowo podobał mi się też Robin nadal wstrząśnięty po swojej solowej konfrontacji z Gargoylem! To jeszcze nie jakaś high drama, ale w zespół jest już wbity niewidzialny klin; Boy Wonder wyraźnie wie coś, o czym reszta drużyny nie ma pojęcia, i czuć między nimi pewien dystans.

Masa zabawy, krótko mówiąc - czy podobnych emocji dostarczą nam za tydzień Hawk oraz Dove? Zobaczymy, bo przez jakiś czas będziemy teraz robić przekładaniec z obu tych komiksów!

~.~

Missed an episode? Chronologiczną listę wszystkich naszych dotychczasowych spotkań z Tytanami możesz znaleźć klikając tutaj!