piątek, 13 lutego 2026

Knédżi: słowo roku, plaga, natura i wibratory!

Pierwsze Knédżi w tym roku nadchodzą dosyć późno, ale trudno się dziwić: święta oraz ferie były gorącym okresem i niewiele czasu przeznaczyłem na lektury, a do tego był to ciąg pozycji nonfiction - zaś takie często idą powolutku. Dla przełamania smaku będzie jednak ramotka science-fiction na koniec!

Jeśli tylko dotrę przez te śniegi!

Okresowo ta czy inna instytucja rozpisuje plebiscyt na słowo roku (lub po prostu samodzielnie takie wybiera!); według American Dialect Society, słowem roku 2023 była...

Dlaczego to sobie robisz, zapytał kolega R. na wieść o moim sięgnięciu po Doctorowa, i nie da się zaprzeczyć: nie jest to pisarz słynący z optymizmu, szczególnie w publicystyce. Jego uroczy neologizm enshittification - gównowacenie, jak przetłumaczyła go rodzima prasa - opisuje jednak problem, z którym stykamy się każdego dnia: postępujące pogorszenie jakości usług, które niegdyś tak nas cieszyły w internetowym krajobrazie.

Nie, mówi Doctorow, to nie nasze nostalgiczne różowe okulary; popularne usługi oraz serwisy (od Amazona po Facebooka) faktycznie robią się coraz gorsze, a co gorsza - to bynajmniej nie przypadek. Mówimy o rozmyślnym procesie: w początkowej fazie serwisy są prężne i energiczne, oferujące nową jakość lub niedostępną wcześniej wygodę; to proces początkowego poszerzania bazy klientów. Kiedy serwis osiąga masę krytyczną - zarówno wśród szeregowych użytkowników, jak i klientów biznesowych (jak sklepy oferujące swoje towary na Amazonie) - zaczyna się proces wyciskania cytryny: klienci biznesowi zmuszani są do płatnej rywalizacji o promocję, reklamę oraz pozycjonowanie, tracąc lwią część obrotów na rzecz platformy; szeregowi użytkownicy nie dość zaś, że otrzymują coraz bardziej nieprzejrzyste środowisko rządzone przez reklamy i płatną promocję, to do tego cierpią z racji na niemożność prostego odejścia. Nie chcesz już korzystać z Amazona? Szkoda, bo niektóre produkty można już kupić tylko tam, a twoja ("twoja") kolekcja e-booków czy audiobooków jest sztywno związana z kontem na platformie.

Doctorow stawia sobie za cel nie być wyłącznie krytykiem; podtytuł to w końcu ...and what to do about it. Kierunki działania są dwa: pierwszy to zasada end-to-end, czyli respektowania wyborów klientów; jeśli życzą sobie oglądać feed polajkowanych stron, platforma powinna dostarczać im właśnie to, nie wcinać się z algorytmiczną papką z płatnych reklam zmiksowaną zgodnie z własnym marketingowym zamysłem. Drugi to prawo do rezygnacji z usług - bezproblemowego przeniesienia danych do konkurencji oraz zachowania dostępu do rzeczy już kupionych.

Powiedzieć o tych rozwiązaniach, że są nie na rękę wielkim korporacjom - to nie powiedzieć nic. Próżno liczyć na to, że firmy same opamiętają się i przemyślą swoje zachowanie; trzeba je zwyczajnie wziąć za pysk przy pomocy krajowych oraz międzynarodowych regulacji. Wiele z praktyk korporacyjnych gigantów jest w końcu w najlepszym razie w szarej strefie, a nierzadko stoi wręcz w jaskrawej sprzeczności z prawami konsumenta (dla przykładu: u nas rozpoczął się niedawno proces dawania firmie Meta finansowego klapsa za utrudnianie realnej dostępności obsługi klienta). By przepchnąć takie regulacje, potrzebna jest silna inicjatywa: korporacje mają wszak to do siebie, że inwestują hojnie w lobbying na rzecz własnych interesów, a czego im prawnie nie zakażemy - to uznają za dopuszczalne. Doctorow opiniuje, że potrzebujemy oddolnej społecznej organizacji, presji konsumenckiej oraz silnych związków zawodowych (szczególnie wewnątrz tych właśnie korporacji, by presja szła zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz).

Wszystko to wartościowe założenia i choć walka z korporacyjnym kapitalizmem brzmi przytłaczająco - to nie wymówka, by tego nie robić; kawałek po kawałku, cegiełka po cegiełce. Czego nie będziemy bronić - to, nie miejmy iluzji, zostanie nam w majestacie prawa odebrane; warto więc poszukać kierunków, w których osobiście możemy coś zrobić. Nie każdy musi z miejsca zapisywać się do związków i inicjatyw pracowniczych, wiadomo, ale już samo preferowanie otwartych form danych czy przesiadanie się na oprogramowanie open source stanowi krok w dobrym kierunku (sam przez dekady korzystałem z windowsowskiego Office'a, ale przejście na model subskrypcyjny chyba ostatecznie oderwie mnie od tego środowiska).

Można wspomnieć na lekcji o zabawnym, memetycznym słówku roku - enshittification - i omówić przy okazji proces, który licealna młodzież zaczyna już dostrzegać samodzielnie.           

The Ten-Cent Plague nie jest nowinką - ta analiza moralnej paniki towarzyszącej komiksom w latach '40 i '50 autorstwa Davida Hajdu (wykładowcy elitarnej Columbia University Graduate School of Journalism) ukazała się w 2008. Z racji na zakres tematyczny książka nie zestarzała się jednak ani trochę - a współczesna lektura pozwala wręcz wzbogacić jej tezy o dodatkowe konteksty!

Jeśli śledzicie tego bloga od jakiegoś czasu, wszystko to już pewnie wiecie, ale dla przypomnienia: pierwszy boom na superbohaterów rozpoczął się w 1938, wraz z premierą Action Comics o przygodach Supermana. Supermanowi szybko zaczął towarzyszyć wianuszek naśladowców w barwnych kostiumach, którzy pełnili cały zestaw ról - od prostej przygodowej rozrywki po propagandowy marketing. Mniej więcej z końcem drugiej wojny światowej boom na superbohaterów osłabł, a publiczność - jak to zwykle, dorastająca wraz z medium - zaczęła pragnąć mocniejszych wrażeń: kryminału, sensacji, horroru, erotyki. Branża poszła więc w tym kierunku, co przyprawiło stróżów moralności o palpitacje serca: medium kojarzone przez nich z niewinnymi historyjkami skierowanymi do dzieci - o zabawnych zwierzątkach oraz dziarskich herosach - zaczęło pokazywać krew, flaki, biusty i koronki, a co gorsza: zaczęło kwestionować konserwatywną linię partyjną w kwestii, przykładowo, wojny w Korei (komiks - jako dynamiczne medium o niskim prestiżu - w naturalny sposób przyciągał autorów o antyestablishmentowym zacięciu).

Jak każde nowe medium, komiks zaczął być obwiniany o wszystkie aktualne problemy, realne lub nie: przestępczość wśród młodocianych, seksualizację czytelników, promocję faszyzmu (to za sprawą naskórkowego skojarzenia z Nietzschem i jego supermanem) czy rasizmu. Co ciekawe: jako dowód na to ostatnie przed senacka komisją zaprezentowano komiks zawierający rasistowskie epitety... padające z ust antagonisty w historii o wprost antyrasistowskiej wymowie. Taka była właśnie klasa tych zarzutów; kulminacją moralnej paniki były dosłowne szkolne wiece palenia komiksów oraz publikacja słynnej książki Seduction of the Innocent psychologa Fredericka Werthama w 1954 (o jej warsztacie oraz prestiżu może świadczyć, że promowana była nie w akademii, a... w lifestyle'owych magazynach dla pań domu). Popularność Seduction... doprowadziła zaś do zawiązania Comics Code Authority, branżowego ciała autocenzorskiego czerpiącego wzorce z filmowego kodeksu Haysa z lat '40.

Wydarzenia te na ponad dekadę upupiły medium w roli "historyjek dla dzieci" oraz doprowadziły do serii osobistych tragedii: wiele z zapisów Code było wprost wymierzonych w konkretnych wydawców ("zbieg okoliczności" sprawił, że zakazane zostały praktycznie wszystkie tytułowe słowa z magazynów publikowanych przez Williama Gainesa pod szyldem EC Comics).

Ale to wszystko już wiemy. David Hajdu odmalowuje tę historię przez bardzo ludzki pryzmat: śledzi losy konkretnych artystów, często outsiderów oraz samouków, od ich wybicia się w branży ciężką pracą - aż po łamiącą im życiorys apokalipsę medium w latach '50. Hajdu zarysowuje też obszernie ówczesne tło kulturowe oraz polityczne; nagonka na komiksy nie byłaby przecież udana, gdyby nie można było ugrać na niej politycznego oraz marketingowego kapitału. Granie lękiem oraz oburzeniem wyborców to taktyka stara jak świat - ale, jak widzimy współcześnie, nadal efektywna.

I think myself a well-versed comic historian, ale The Ten-Cent Plague uczciwie wzbogaciła i moje postrzeganie medium - szczególnie za sprawą aspektu biograficznego. Moja bliska znajomość z wieloma artystami czy scenarzystami zaczyna się zwykle w Silver Age, drugim boomie na superbohaterów na przełomie lat '50 oraz '60 - ale przecież taki Nick Cardy (mój ulubiony rysownik wczesnych Teen Titans) czy Arnold Drake (twórca Doom Patrol) nie wzięli się znikąd. Gdy czytałem historie o ich wcześniejszych projektach czułem się, jakbym odkrywał nowe twarze starych znajomych: Cardy komplementowany jako młodzieniec za rysowanie best girls; Drake wydający w 1950 It Rhymes With Lust, przełamującą granice mediów "picture novel" prekursorską wobec graphic novels podbijających branży na dobre jakieś trzydzieści lat później (i zapomnianą na długie lata, aż do ponownego odkrycia w 2006). 

Nie będę trzymać was w niepewności: ze słówkiem "lust" rymuje się "Rust", imię rudowłosej femme fatale z okładki. 

Myślę jednak, że The Ten-Cent Plague nie popada w pułapkę hermetyczności: to wspaniały przewodnik po komiksowej Golden Age. Pomimo miłości do medium, Hajdu daleki jest od ślepego idealizowania: wiele z publikacji z z lat '40 i '50 faktycznie było pełnych krwi i seksu. Gdy przykręcono śrubę komiksom kryminalnym (których tytuły na prasowych stojakach były, swoją drogą, piękne w swoich logotypach: CRIME Does Not Pay, by wspomnieć jeden z emblematycznych przykładów), reakcją jednego z wydawców było zainwestowanie w romance comics, albo - jak ujął to dosadniej - tits, tits, tits! 

Ale, jak to często bywa, początkowy impuls sprzedawania tits art zaowocował autentycznym progresem artystycznym: w tym przypadku, kobiecymi bohaterkami o pogłębionej psychologii autentycznie atrakcyjnej dla czytelniczek oraz kwestionującymi konserwatywne normy społeczne. Zanim zapytacie: nie, kwestionowanie to nie miało formy prężenia się w bieliźnie, a raczej pursuing the boy zamiast bycia pursued czy posiadania innego zdania niż rodzice; jak na lata '50 - całkiem progresywnie.

Piszę czasem o blogu jako o moim punkcie wyjścia i motywatorze do dalszych badań oraz podróży; The Ten-Cent Plague to dla właśnie taki przyczynek zachęcający do pogłębienia wiedzy na temat komiksowych lat '40 oraz '50.    

Pod koniec roku robię sobie zwykle przyjemność przejścia przez rozmaite listy "najlepszych książek roku" - nieco pod kątem potencjalnych prezentów świątecznych, nieco na własne potrzeby. Na przynajmniej kilku wspomniana była Natalie Kyriacou, OAM (ten ostatni skrót oznacza uhonorowanie Orderem Australii) oraz jej Nature's Last Dance: Tales of Wonder in the Age of Extinction. Doskonale się składa, pomyślałem, bo książka ta czekała właśnie w moim stosiku lektur!

Natalie Kyriacou, australijska ekolożka oraz aktywistka, była rozpoznawalną postacią jeszcze przed premierą książki: nagradzaną organizatorką akcji ekologicznych oraz charytatywnych. Jak pisze w przedmowie, początkowo nie planowała wydawać swoich zapisków, esejów oraz artykułów w formie książki; forma nie jest zawsze najbardziej technicznie wygładzona, a okazjonalny dowcip nie zawsze utrafi, przeprasza z miejsca. Jest to jednak moim zdaniem klasyczna kokieteryjna skromność debiutantki: być może to dzięki dobrej redaktorskiej ręce, ale naprawdę nie uderzyły mnie tu problemy stylu lub tonu.

Nature's Last Dance rozpoczyna się jak kojący program przyrodniczy, od historii z życia zwierząt oraz zabawnych anegdot związanych z rozmnażaniem ptaków, ale szybko otrzymujemy content warning: od tego momentu zaczną pojawiać się również historie smutne oraz tragiczne (tę część otwiera okaleczenie nosorożców podczas pozyskiwania ich rogów). Krok po kroku, Kyriacou zarysowuje systemowe problemy związane z ochroną przyrody: od otwarcie wrogiego lobbyingu wielkiego przemysłu (szeroko promowany wizerunek ekologów jako oderwanych od rzeczywistości dziwaków to dosłownie rezultat udokumentowanych dyskredytujących kampanii z lat '80-'90), aż po społeczne zmęczenie (trudno utrzymać zapał do ochrony przyrody, kiedy kroki są tak powolne, a rezultatów nie widać).

Przykładem wyjątkowo udanej kampanii proekologicznej była walka z dziurą ozonową. Co z tą straszną dziurą ozonową, która miała nas wszystkich pozabijać, śmieją się czasem krytycy - zapominając, że pewnie moglibyśmy obserwować lawinowy wzrost przypadków choćby raka skóry, gdyby nie ostre, konkretne i bolesne podjęte wtedy działania. Co ciekawe, u sterów walki stały dwie postacie kojarzone zdecydowanie z prawicą: Ronald Reagan oraz Margaret Thatcher. Po pierwsze - nie idealizując, oczywiście - był to okres jeszcze przed tak skrajnie plemienną formą polityki, z opinią na temat danego problemu sztywno przypisaną do politycznego spektrum oraz linii partyjnej; po drugie, Reagan był osobiście nieco scared straight, gdyż na kilka miesięcy po dyskusji na temat dziury ozonowej oraz jej wpływu na raka skóry... usunięto mu właśnie narośl rakową. Przede wszystkim: protokoły montrealskie miały jednak autentyczne zęby, przewidując kary oraz konsekwencje; nie tak, jak współczesne umowy międzynarodowe o charakterze bardziej aspiracyjnym ("nie spełniliśmy norm" "no trudno, no szkoda, może następnym razem").

Kyriacou, ekolożka przecież, nie pozostawia suchej nitki na współczesnym obliczu ekologii: handlu emisjami węglowymi, który stanowi kolejną metodę rozmywania odpowiedzialności; hucznie celebrowanym recyklingu plastiku, który jest mało skuteczny, obejmuje drobny procent produkowanych śmieci, a jego główny wpływ na naszą rzeczywistość to zielony marketingowy znaczek, którym firmy mogą się promować, a my - uciszać sumienia. To co, nie warto bawić się w ten recykling? Warto o tyle, że każda drobna rzecz pomaga, ale w porównaniu ze szkodami wywoływanymi przez korporacyjne praktyki recykling to promil promila efektów (odsyłam tu do świetnej książki Garbology). Jak więc dziwić się przeciętnemu zjadaczowi chleba, pyta Kyriacou, który wkurza się słusznie na upierdliwe regulacje, podczas gdy ciała regulacji wymagające - koncerny paliwowe, transportowe, wydobywcze - zwyczajnie posmarują gdzie trzeba? Ostatecznie - nawet jeśli dojdzie do uchwalenia jakiejś umowy środowiskowej - będzie ona tak pozbawiona mocy sprawczej, że sprawia wrażenie miałkiej biurokracji.

Ostateczna wymowa książki Kyriacou jest bliźniaczo podobna do tej Doctorowa: pomóc mogą nam twarde regulacje oraz oddolny społeczny nacisk. Biznes jest tego w pełni świadomy, więc wiele z podobnych inicjatyw tłamszonych jest w zarodku: liczne kraje (przynajmniej pod kątem surowości kar) traktują protesty oraz strajki klimatyczne niemal na równi z brutalnymi przestępstwami kryminalnymi. Możemy to zobaczyć nawet na naszym lokalnym podwórku: jaka była reakcja władz oraz policji na protesty Ostatniego Pokolenia, a jaka na - korzystające z tych samych metod blokowania dróg - strajki rolnicze? Komu jest to na rękę, by kryminalizować aktywność proekolgiczną; pyta autorka; kto za tym lobbuje, kto to opłaca, kto wykłada środki na portretowanie ekologii jako sprzecznej z interesami przeciętnej osoby?

Nature's Last Dance zaczyna się od budującego obrazu natury, kończy - równie budującym wezwaniem do akcji.

Okładka w nieszczególnie pięknej rozdzielczości, ale i książka nienajmłodsza - The Voyage of the Space Beagle to wydany w 1950 tekst A. E. van Vogta, jednego z klasyków złotej ery science fiction, kompilujący w powieściowej formie cztery wcześniejsze opowiadania: najstarszym z nich jest Black Destroyer z 1939.

Van Vogt to jedna z dziur w mojej znajomości klasyki gatunku - do tej pory czytałem wyłącznie zbiór opowiadań Krypta bestii, który ukazał się w 1988 jako 17. tom Biblioteki Fantastyki Science Fiction nakładem wydawnictwa ALFA. The Voyage of the Space Beagle (również wydana po polsku - jako Misja międzyplanetarna) nawiązuje tytułem do HMS Beagle, okrętu wsławionego badawczą ekspedycją Darwina - i, w swojej naiwności, spodziewałem się właśnie takiej refleksyjnej, analitycznej podróży przez cuda obcych ekosystemów. 

Van Vogt serwuje jednak raczej ekscytujące historie z gatunku "potwora tygodnia" - a pierwszym z tych potworów jest przypominający czarną panterę z mackami coeurl, stworzenie o wysokiej inteligencji oraz morderczym głodzie. Historia okazała się tak efektowna, że trzy dekady później coeurl - jako "displacer beast" - został wciągnięty na listę potworów wczesnej wersji Dungeon & Dragons, i do tej pory jest jedną z ikonicznych bestii systemu!    

W innym z opowiadań (okładkowa ilustracja!) pojawia się Ixtl - unoszący się w międzygwiezdnej pustce kosmita będący reliktem poprzedniego wszechświata. Odkrycie go przez kosmiczną ekspedycję to otwarcie puszki pandory; potężny, zabójczy stwór składa jaja-pasożyty w ciałach astronautów, a raz rozpoczęta agresja tego doskonałego organizmu może łatwo rozszerzyć się na cały znany wszechświat. Brzmi jak filmowy Obcy? Zgadza się - do tego stopnia, że van Vogt pozwał i doczekał się od studia Fox dyskretnej ugody poza salą sądową.

Widać więc całe gałęzie inspiracji, które wyrastały z van Vogta - Dungeons & Dragons, Obcy, Star Trek. Trzeba jednak nadmienić, że nawet biorąc pod uwagę historyczny kontekst dziś nie sposób czytać tych historii bez chichotu: nie dość, że standardową bronią dzielnych astronautów-odkrywców są wibratory (przecież nielogiczne byłoby strzelanie pociskami na hermetycznym statku kosmicznym!), to straszliwy coeurl o kocich kształtach stale określany jest w dialogach jako pussy.

So, uh, better use your vibrators on that pussy, boys.

Ciekawostka - wibratory jako futurystyczna broń przewijały się w popularnej nomenklaturze science-fiction jeszcze w Silver Age; tutaj znajdziecie przykład z Legionu Superbohaterów! Całkowicie już jednak poważnie mówiąc, styl van Vogta zestarzał się dość mocno; chociaż przygody pełne są intrygujących, przenikliwych pomysłów (analiza obcych ras w kontekście cykliczności historii cywilizacji, interesujące przedstawienie telepatii jako konceptu dużo bardziej złożonego niż mentalnego walkie-talkie), budowanie napięcia oraz kulminacyjne rozwiązanie często nie wpasowują się już we współczesne rozumienie dramaturgii. Wait, that's it?, myślałem pod koniec każdej chyba fabuły.

Ostatecznie The Voyage of the Space Beagle spełniła jednak zadanie: dostarczyła mi odpowiedniego masażu mózgu po trzech złożonych pozycjach nonfiction, ubawiła niedzisiejszością, a do tego pozwoliła odrobić pracę domową z korzeni gatunku.

 

Nagrodę tego wydania magazynu literackiego Knédżi składam... ex aequo na ręce Cory'ego Doctorowa oraz Natalie Kyriacou! Enshittification oraz Nature's Last Dance to praktycznie companion pieces; pierwsza opisująca problemy w cyfrowej sferze naszego życia, druga - skupiona na relacjach pomiędzy naturą a korporacyjnym kapitalizmem. Obie proponują zaskakująco zbliżone rozwiązania; obie nie pudrują stojących przed nami wyzwań. The Ten-Cent Plague to również fantastyczne opracowanie, ale nie dotyka aż tak bezpośrednio naszej codzienności i przyszłości (choć opis moralnej paniki rozgrywanej jako narzędzia politycznego nie traci na aktualności).

Knédżi, jak zwykle, powrócą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz