piątek, 30 stycznia 2026

Catwoman: Lonely City

Z przyjemnością donoszę: nie sparzyłem się jeszcze ani razu na komiksach z linii DC Black Label, imprintu szczycącego się "dojrzałymi" historiami niekoniecznie osadzonymi w mainstreamowej continuity. The Other History of the DC Universe - pół-prozatorski projekt Johna Ridleya, twórcy oscarowego 12 Years a Slave - to rzecz wybitna, absorbujący portret dekad portretowania mniejszości na łamach DC. Harleen Stjepana Šejića to historia bardziej konwencjonalna (retelling początków Harley Quinn), ale wyśmienicie zrealizowana dzięki ogromnej autorskiej kontroli: Šejić była zarówno scenarzystą, jak i rysownikiem. The Nice House on the Lake to świetny horror Jamesa Tyniona IV oraz Álvaro Martìneza Bueno, współpracowników dogranych już przy okazji doskonałej Justice League Dark... a to i tak tylko tytuły, którym poświeciłem całe teksty na blogu!

Dziś na warsztat weźmiemy kolejną historię z Black Label, nienajmłodszą już Catwoman: Lonely City (oryginalnie ukazującą się na przełomie 2021 oraz 2022). "Nienajmłodsza" to mój delightful little joke, ponieważ komiks opowiada o wybitnie dojrzałej już Selinie Kyle - nasza bohaterka opuszcza więzienie w wieku 55 lat. 

Cliff Chiang 💖 Okładka doskonale zapowiada, czego się spodziewać - to komiks będący listem miłosnym do postaci oraz całej jej wieloaspektowej historii.

Zakochałem się w pracach Cliffa Chianga niemal dwadzieścia lat temu, kiedy dostał angaż głównego rysownika w serii Green Arrow/Black Canary z 2007 (o której - również za jego sprawą - stale obiecuję, że w końcu napiszę). Chiangowi nie wystarczy etykietka "rysownika"; sam nakłada też tusz, w rezultacie osiągając uderzający styl wspaniale operujący mocnymi konturami:

Green Arrow/Black Canary #1, grudzień 2007

Nie była to pierwsza praca Chianga w komiksowym mainstreamie, ale cóż, I love Green Arrow, I love Black Canary, and I love them as a couple, zwyczajnie musiałem więc sięgnąć po tę serię! Z późniejszych prac Chianga warto wspomnieć o Wonder Woman z ery The New 52 (2011) oraz o nagrodzonych Eisnerem Paper Girls (te doczekały się już własnego wpisu!). W jakiej roli zobaczymy więc dziś tego artystę; scenarzysty, rysownika, inkera?

!

Tak jest, to kompletnie, stuprocentowo autorski projekt Chianga - nawet  Šejić w Harleen nie poszedł tak daleko, by samemu przygotować również liternictwo! Ale dość już kontekstów; co widzimy w samej historii?

Otóż Selina - po długich dziesięciu latach - opuszcza mury więzienia. Mogłaby tam zabawić dłużej, ale burmistrz Harvey Dent (otwarcie były Two-Face, zbijający zresztą kapitał polityczny na swoim odkupieniu) jest jasnego zdania: skoro on sam dostał drugą szansę, czas najwyższy, by i Catwoman takiej się doczekała.   

Selina nie siedziała zresztą za byle skok na jubilera: dziesięć lat wcześniej - podczas dramatycznych wydarzeń tzw. Fools' Night - zginął Batman, i winą została obarczona właśnie ona.

Nie zdradzę szczególnie dużo pisząc, że to bynajmniej nie Selina była odpowiedzialna za śmierć kochanka - ale wątpliwa sława kobiety, która zabiła Batmana ciągnęła się za nią w więzieniu i ciągnie się nadal.   

Nie tylko Bruce jest zresztą martwy; w grobach spoczywa już większość Bat-rodziny.

Na panelu powyżej Selina dziarsko przesadza mur, ale lata lecą, więzienie zrobiło swoje, a stawy już nie te, co kiedyś - nawet ten pozornie prosty manewr (na który kiedyś nie zwróciłaby nawet uwagi!) okazuje się dużo ją kosztować fizycznie. Pięćdziesiąt pięć lat to jeszcze nie emerytura - nadal jest mistrzynią w swoim fachu - ale wszystko jest trudniejsze, bolesne, bardziej kosztowne.

Nie wspominając nawet o tym, jak kosztowna przez dziesięć lat zrobiła się kawa na mieście:  

Od cen, przez modę, po realia codziennego życia - Gotham poszło naprzód, i wyobcowanie Seliny jest jednym z głównych wątków. Biorąc pod uwagę tytuł komiksu - nic dziwnego. 

Miasto stało się gorsze, chciałoby się instynktownie powiedzieć, ale czy na pewno? Cyfryzacja oraz brak prywatności wkroczyły z przytupem w codzienne życie - płaci się teraz raczej elektronicznymi G-money, a niedługo zamiast dokumentów obowiązkowe stanie się noszenie identyfikacyjnej opaski - ale czy to jakieś superłotrowskie machinacje, czy zwykły postęp technologii? Selinie trudno otrząsnąć się z wrażenia, że ma do czynienia z tym pierwszym, ale... no właśnie. 

I chociaż ulice przemierzają nieprzyjaźnie wyglądający bat-cops w maskach honorujących najsłynniejszego obrońcę Gotham, może nie są to tylko faszystowcy siepacze Denta: przestępczość autentycznie spadła, a burmistrz cieszy się społecznym mandatem.

Jedną z ostatnich ocalałych z bat-rodziny jest Barbara Gordon, była Batgirl oraz Oracle, obecnie - kontrkandydatka burmistrza Denta w kolejnych wyborach. To jej ustami Chiang wygłasza jedną z tych stałych krytyk superbohateszczyzny:  

"You're right, it's not perfect."

Ta debata to zawsze grząski grunt, i uczciwie mówiąc znużyła mnie już lata temu: od czasu do czasu po twitterze bądź podobnych mediach zaczyna krążyć tzw. hot take, że Batman zrobiłby dużo więcej porzucając rolę zamaskowanego mściciela i oddając się zwyczajnie działalności społecznej oraz filantropii. Jak już kiedyś wspominałem, jest to tak naprawdę żart, który niektórzy wzięli niefortunnie za uczciwą analizę postaci; it can blow your mind as an "adult thing" when you're 13, ale ostatecznie nie ma podstaw ani w tekście (Bruce Wayne dosłownie od dekad pisany jest jako społecznie świadomy i aktywny filantrop), ani w szerszej dyskusji nad medium (Bruce siedzący w gabinecie i wypisujący czeki byłby średnio ekscytujący w kontekście awanturniczej historii przygodowej).

Cieszy mnie więc wywołanie tego problemu na łamach Catwoman: Lonely City, szczególnie z racji na nadanie mu subtelniejszych odcieni: działalność czysto finansowa robi dobre rzeczy, ale it's not perfect, jak mówi sama Barbara. Poza projektami miejskiej rekonstrukcji fundusze Wayne'a idą też na inwigilację obywateli oraz prywatną policję wjeżdżającą z pałami na imigrancki stragan:

ICE DATABASE LOOKUP.  W kontekście ostatnich wydarzeń w Stanach związanych z zamaskowanymi funkcjonariuszami ICE scena ta - napisana pół dekady temu - jest dodatkowo sugestywna. 

W późniejszej sekwencji Chiang dostarcza własnej odpowiedzi na ten stary problem "Batmana nieracjonalnie dysponującego funduszami": gdy ma dojść do wyburzenia sąsiedzkiej ikony miasta, lokalna społeczność odpowiada następująco: 

To tylko wątek poboczny, ale też ciekawy punkt wyjścia do dyskusji!

Batman był istotny nie z racji na to, że co noc zatrzymał paru przestępców; był istotny z racji na bycie figurą aspiracyjną, wspólnym symbolem reprezentującym wspólną sprawę. And how do you put a price tag on a symbol? Ten właśnie element często jest pomijany, kiedy ktoś powtarza narzekania Alana Moore'a o superbohaterach jako figurach autorytarnych lub wręcz faszystowskich, might makes right and all; prawdziwa wartość superbohaterów leży właśnie w symbolice, w inspirowaniu, w budowaniu wspólnoty oraz wspólnego kodu kulturowego - i cieszy, że Chiang (jak wielu współczesnych scenarzystów i scenarzystek) otwarcie się do tego odnosi. Destylując tę myśl jeszcze bardziej: w prawdziwym życiu Batman nie może nikomu pomóc swoimi pieniędzmi, ponieważ nie istnieje; w tym samym prawdziwym życiu Batman może pomóc wielu osobom jako wspólna ikona oraz źródło inspiracji.

Oczywiście, grupa protestujących zakładających maski inspirowane super-postacią to dość ograny motyw, ale - jak wspomniałem - to tylko poboczny wątek, akceptuję więc pewną wizualną drogę na skróty... a do tego Chiang realizuje go sprawnie.

Skoro już mowa o symbolice!

Ciekawe jest też przedstawienie masek jako kompletnie odmiennych w wymowie w powiązaniu z określoną relacją siły: raz jako zdejmującego odpowiedzialność oraz celowo dehumanizującego rynsztunku aparatu władzy; w kontraście - jako narzędzia anonimizującego bezpieczeństwa oraz społecznej wspólnoty. To truzim, że maska często poza ukrywaniem ma również budować tożsamość, przyciągać uwagę - ale jest to motyw stale powracający na łamach Lonely City, jak choćby w scenie, w której nad tą właśnie kwestią dyskutują Catwoman oraz Riddler; również starszy, również spokojniejszy i mądrzejszy: 

"You don't dress up unless you want to be seen..."

Jak mówiłem: to truizm, ale nawet o truizmach warto okazjonalnie przypomnieć! Jak wpływa na dojrzalszą obsadę komiksu zrzucenie starych masek? Na poziomie intrygi było to wymuszone przez nowe porządki w Gotham; na poziomie interpretacji jest to punkt wyjścia do uroczej pracy charakterologicznej. Kim są Catwoman czy Riddler bez kostiumów, bez wypracowanych latami autokreacji barwnych łotrowskich figur? Gdzie przebiega linia pomiędzy Seliną a Catwoman? Po raz kolejny: są to pytania klasyczne dla gatunku, ale narracji Chianga dodatkowej warstwy elegancji dodaje, że osobę oraz kreację dzieli nie tylko akt założenia lub zdjęcia maski, przeistoczenia się w alter ego w budce telefonicznej - dzielą je doświadczenie, lata, czas, życiowa perspektywa.

Czasami doceniamy, ile przybyło nam rozumu na przestrzeni lat; innym razem tęsknimy za tym, ile fantazji mieliśmy kiedyś: 

Starsza Poison Ivy nadal czuje ducha minionych zmagań!

I kto wie, być może założenie maski pomoże odrobinę się wyluzować również Selinie:

Po prostu nie mogę z tej radosnej, po latach pełniejszej w kształtach Poison Ivy! Cliff Chiang zrobił to po raz kolejny 💖

Inny ciekawy element w dyskusji nad maskami i kostiumami: na przestrzeni lat nosiliśmy ich przecież wiele, i Catwoman nie równa się Catwoman. Kiedy Selina zbiera ekipę na nowy skok, do drużyny dołącza niejaki Winston, młody zdolny, i z miejsca robi się odrobinę krępująco: 

No tak, którą inną wersję mógłby mieć w pokoju dorastający chłopak!

Fioletowy obcisły kostium autorstwa Jima Balenta był odrobinę niechlubną ikoną lat '90; są w superbohaterskim światku kostiumy dużo bardziej skąpe, ale ten miał wybitną tendencję do rozdzierania się co przygodę oraz do bycia rysowanym w sugestywnych pozach (Balent kontynuował zresztą później karierę już otwarcie w dziedzinie erotyki). Ale zauważmy, powrót do tej ery nie wiąże się z tłuczeniem biednego chłopaka po głowie; it's okay, Winston, mówi wyraźnie rozbawiona Selina. Wszyscy byliśmy tym, kim byliśmy

Catwoman #1, sierpień 1993

Jak widać - Chiang nie używa dokładnie kadru Balenta, ale intencja jest jasna! Scena ta doczekuje się interesującego kontrapunktu nieco później, gdy w skład zespołu wchodzi Edie Nygma - córka Riddlera.

"Red sky, and you're wearing that black costume? With the goggles? That was my favorite."

Ponownie, Cliff Chiang porusza się po historii Catwoman z doskonałą precyzją: ulubiony stój Edie jest również moim ulubionym strojem, ponieważ - gdy zaprojektował go w 2002 Darwyn Cooke - był to krok milowy w mainstreamowym przedstawieniu superbohaterek po roznegliżowanych latach '90.    

Pin-up autorstwa Kevina Nowlana z tej właśnie epoki. Czy to dokładnie o nim mówi Edie? Tego bez autorskiego komentarza nie stwierdzimy, ale odhacza wszystkie aspekty jej opisu! 

Nie przesadzam mówiąc o kamieniu milowym: strój ten - choć nadal seksowny - stanowił deklarację ideową: ograniczmy trochę niektóre absurdy. I tak właśnie Selina doczekała się solidnych butów z solidną podeszwą, kombinezonu, który podczas akcji miał suwak generalnie zapięty oraz ikonicznych gogli do nocnej roboty. Co ciekawe, za konceptem stroju (jak można wyczytać w redakcyjnej kolumnie z Catwoman #1 z 2002) stała żona scenarzysty Eda Brubakera, Mel; Darwyn Cooke zrobił zaś doskonałą robotę w implementacji jej pomysłów oraz przesunął Selinę z '90s pornstar proportions w stronę - jak sam otwarcie mówił - subtelnej elegantki wzorowanej na Audrey Hepburn.

Ulubione interpretacje Catwoman to nie tylko podróż w przeszłość oraz uścisk dłoni wymieniany pomiędzy weteranami oraz weterankami; to również ładne narzędzie do zarysowania charakterów postaci oraz wieloaspektowości samej głównej bohaterki. Wiem, że wpis ten zmienia się powoli w podróż po epokach postaci, ale podobne założenie przyświecało najwyraźniej również Cliffowi Chiangowi! Oto więc restrospekcyjna Selina w telewizyjnym stroju z lat '60, kiedy to grała ją Julie Newmar:   

To ta era teatralności oraz zabawy! Bardzo dżentelmeński Batman ma tu niemal słyszalny głos Adama Westa.

Nawet medalion jest ten sam:

Czy mam właśnie ochotę odpalić stary serial z Batmanem? Owszem, mam.

We used to be young, zdaje się mówić Selina; it all used to be so fun. Kolejne maski, kolejne tożsamości, kolejne etapy naszego życia; wszystkie na swój sposób istotne.

Wróćmy na chwilę do przywołanej już wcześniej sekwencji, bo tożsamościowe aluzje są tu naprawdę wielowarstwowe! Zostawmy tym razem dialog i skupmy się na strojach:

Co sugeruje charakterologicznie fakt, że bluza Edie stanowi trawestację symbolu Wonder Woman?

Czasami spotykam się z klasyczną wymęczoną szkolną odpowiedzią: a czy musi coś sugerować? Może po prostu autor uznał, że fajnie wygląda. Może! Pamiętajmy jednak, że rysowanie każdej strony, każdego panelu to godziny pracy; to nie wklepanie prompta do generatora - artyści oraz artystki projektują zwykle postacie w najmniejszych detalach (te szkice koncepcyjne to często później wspaniały dodatek do wydań zbiorczych). To jedno; drugie - od postaci do postaci, ze sceny na scenę, nawet codzienna moda wykorzystywana jest tu bardzo świadomie. Detal z Wonder Woman jest oczywisty; teraz spójrzmy na bluzę Seliny!  

Zgadza się - to wyraźne odniesienie do kostiumu Black Canary z okresu wczesnych Birds of Prey:

Birds of Prey #7, lipiec 1999

Czy jest to hermetyczny język wizualny skierowany do osób siedzących w hobby od dekad? Owszem. Ale takie właśnie projekty do idealne miejsce na podobne zabawy: Cliff Chiang nie tylko wymienia z nami ten wspomniany specjalistyczny uścisk dłoni, pozdro dla kumatych, ale zarazem wzbogaca scenę oraz charakteryzację dzięki wszystkim kontekstom wywołanym przez zastosowanie określonej kombinacji kolorów/identyfikacji wizualnej. Będzie to zdanie okropnie naszpikowane akademickim żargonem, ale mamy tu maskę/kostium jako element leksykonu tożsamościowej autokreacji - z którego Chiang korzysta z biegłością eisnerowskiego weterana branży.

Wiecie, że stronię jak mogę od akademickiego napuszenia, ale okazjonalnie wykorzystajmy je na naszą korzyść: Cliff Chiang demonstruje z maestrią, jak bogatym w historię, treści, konteksty oraz unikalne narzędzia gatunkiem jest komiks superbohaterski. Być może w roku 2026 demonstruję już fakty szerzej akceptowane, ale cóż, pamiętam z własnych akademickich przygód traktowanie komiksu jako sub-literary genre. Bez znajomości dziedziny oraz kontekstów Catwoman: Lonely City może zostać odczytana wyłącznie jako gatunkowa historia weteranów decydujących się na one last heist, Watchmen jako kryminał z bzdurnym twistem, zaś All-Star Superman jako seria dziwacznych, surrealistycznych opowiadań. Sam nie jestem od tego podejścia wolny; dekady temu, gdy zarekomendowano mi Watchmen jako kamień milowy gatunku, po zakończeniu lektury też myślałem i co, to tyle, o to tyle szumu? Kryminał z bzdurnym twistem.

Jeśli więc nie czujecie jakiegoś uznanego klasyka - spokojnie, dajcie sobie tych parę (-naście/-dziesiąt) lat. Mam świadomość, że mówiąc ufajcie rekomendacjom osób ze stażem stawiam się w bardzo wygodnej sytuacji, ale nie chodzi o encyklopedyczne popisy czy wyścigi w branżowej wiedzy - raczej o przypomnienie, jak wiele tekstów możemy odczytywać na wielu poziomach.

Dla przełamania ściany tekstu: Catwoman i Killer Croc budują formę przed skokiem; spójrzcie, jak pięknie Chiang wykorzystuje kolory do pokazania upływu czasu!

"Ale dobry tekst powinien być czytelny i atrakcyjny dla wszystkich", słyszę czasem odpowiedź, i mogę tylko powiedzieć: świetnie, jeśli jest - ale nie musi. Im głębiej w las, tym bardziej doceniamy w końcu autorów oraz autorki zaprowadzających nas coraz dalej, budujących coraz wyżej; trudno to robić, gdy za każdym razem zaczynamy od podstaw, od pierwszej klasy. Mówiąc edukacyjnie, pozwólmy niektórym kursom być kursami dla zaawansowanych; pozwólmy im mieć listę wstępnych wymagań, by oszczędzić pracy zarówno wykładowcy, jak i studentom.

Ujmując sprawę jeszcze inaczej: jeśli coś jest uniwersalnie atrakcyjne - jest to świetny produkt. Doceńmy, że istnieją teksty aspirujące do bycia czymś więcej.

Kontekst: podobny manewr zastosowany przez tego samego twórcę we wcześniejszych Paper Girls!

Zdryfowaliśmy w poważne kwestie, ale trzeba czasem poświęcić im nieco miejsca! Dylemat przystępność vs. złożoność to, co tu kryć, jedna z kluczowych współcześnie kwestii komiksu superbohaterskiego jako gatunku i - podobnie jak Barbara Gordon - mogę wam tylko powiedzieć: yeah, it's not perfect; niezależnie, w którą stronę pójdziemy. Osobiście cieszę się więc, że istnieją imprinty w rodzaju Black Label - pozwalające właśnie na głębsze, autorskie projekty. Czy rozbijają bank finansowo? Zazwyczaj nie, ale konsekwentnie, krok po kroku, posuwają medium naprzód. 

Co oczywiście również nie oznacza, że wśród standardowych miesięczników nie ma perełek przesuwających granice oraz leksykon gatunku (Hawkeye 💖). Widzicie, jak wieloaspektowa to dyskusja! Czuję się teraz nieco jak występujący na łamach Catwoman: Lonely City Riddler, analizujący wszystko po trzy razy i finalnie sam niepewny, do czego właściwie doszedł.

Jedną z kluczowych zagadek komiksu jest Bruce zostawiający po sobie coś o kryptonimie Orpheus:   

"Then again, maybe it was just a cool code name: 'Project: Orpheus.'"

Tak, Selina i Eddie (bo czy nadal Catwoman i Riddler?) nawiązują po latach bliższą relację, co z jednej strony jest bardzo sensowne (Riddler często portretowany jako drugi najbłyskotliwszy człowiek w Gotham... gdyby tylko nie był tak zafiksowany na przestępczości); z drugiej, jak słyszymy wprost, może nie ma sensu patrzenie w kółko w przeszłość, rozpatrywanie wszystkiego pod kątem dawnego sensowne/nie. Nowy dzień jest nowym dniem, nieważne w jakim wieku, po ilu latach odsiadki, z jakimi doświadczeniami.

...ale z drugiej strony...  

Powiedziałem tu już chyba dość, by pokazać, jak wysoką estymą darzę Cliffa Chianga oraz Catwoman: Lonely City.  To komiks symboliczny tam, gdzie potrzeba symboliki, ale wciąż niejednoznaczny w możliwych odczytaniach. Czym jest Orpheus? to wiodące pytanie komiksu, ale nie piszę przesadnie dużo o samej intrydze; it's a good heist story, sure, ale prawdziwa atrakcyjność drzemie w tematyce oraz metaforyce. Chiang pięknie buduje historycznie wieloaspektową tożsamość Catwoman, ale na najważniejsze pytania wciąż musimy odpowiedzieć sobie samodzielnie: czy byliśmy naszą przeszłością, czy nadal nią jesteśmy? Jeśli w przeszłości budowaliśmy konkretną tożsamość, jak dzisiaj budujemy konkretne wspomnienia o tych tożsamościach? Te odpowiedzi, nie mam wątpliwości, również będą dla nas zmienne i płynne na przestrzeni lat. Niby więc pięknie narysowana heist story, a jednak... deep stuff, too.

No kidding, jak powiedziałby Riddler.

Pod koniec mamy ładny, ograny morał o współpracy i lojalności - ale czy nie znajdziemy czegoś więcej, jeśli tylko trochę poskrobiemy? 

Catwoman: Lonely City oferuje też coś, co bardzo doceniłem po ostatniej lekturze All-Star Comics z lat '70: pokoleniową wizję superbohaterów, którzy autentycznie się starzeją. Wydaje mi się, że spośród wszystkich alternatywnych wersji (Kapitan Ameryka... ale nazista! Doktor Strange... ale małpa!) właśnie ta wydaje mi się najbardziej angażująca; bez zastosowania alternatywnych rzeczywistości, kwantowych klonów, supermutagenów. Wiele komiksowych postaci jest już na tyle wiekowych, że ich "autobiograficzna" perspektywa nabiera osobliwego autentyzmu; choć same postacie są fikcyjne, widzimy w nich w końcu prawdziwe dekady, prawdziwe zmiany kultury oraz interpretacji.

Cieszę się, że tym razem poznałem Selinę Kyle jako 55-latkę; cieszę się, że spotkanie to zaaranżował Cliff Chiang.

Czy po całej tej dyskusji na temat przystępności byłbym w stanie określić ten tom jako dobry punkt wejścia? Z jednej strony: pewnie; to zamknięta historia, a generalnie wszyscy wiemy, kim jest Catwoman czy Riddler. Z drugiej: ten autorski projekt Cliffa Chianga to bardzo widocznie dzieło pasji do postaci, i w pełni będzie rozkwitać dopiero przed osobami podobnie biegłymi w historii jej oraz medium ogółem. Powstrzymam się więc może przed przyznaniem Catwoman: Lonely City lauru dobrego punktu wejścia... ale świetnego komiksu?

Bez dwóch zdań!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz