piątek, 2 stycznia 2026

Birds of Prey by Kelly Thompson

Niedawno opisywałem Birds of Prey, małe rozszerzenie do DC Deck Building, i w głowie zaświtała mi myśl: hej, przecież najnowsza seria komiksowa Birds of Prey - tym razem autorstwa Kelly Thompson -  właśnie dobiegła końca!

Czekałem na ten moment z wytęsknieniem, bo - podobnie jak w przypadku Kate Beaton - Kelly to komiksowy głos, który śledzę od bardzo dawna (nie chcę być przesadnie poufały, ale komunikowaliśmy się w okresie tzw. starej blogosfery). Poznałem ją jeszcze jako fankę i podcasterkę stawiającą dopiero pierwsze profesjonalne kroki w branży - jeszcze nie jako scenarzystka, ale dziennikarka komiksowa pracująca nad własną książką. Krok po kroku, Kelly nie tylko załapała się do pisania komiksów, nad którymi z taką pasją rozprawiała z koleżankami (jeśli czasem widzicie w moich tekstach skupienie na komiksowej problematyce kobieco-feministycznej: to właśnie jej zasługa!), ale wręcz była nominowana do Eisnera (wielokrotnie!) oraz w końcu go zdobyła (za pracę przy Black Widow).

Trochę więc więc grzeję się w blasku jej sukcesu jako, uh, anonimowy internetowy komentator jej wczesnych prac, ale pozwólcie mi na ten moment of familiarity - Kelly and I go way back.   

To jedno pisać o latach '70, że taki Paul Levitz pisał komiksy, których lata wcześniej sam był fanem; inaczej pamiętać Kelly Thompson rozprawiającą z zapałem o Birds of Prey autorstwa Gail Simone, a teraz robiącą w tym miesięczniku równie dobrą robotę 💖  

Seria zaczyna się klasycznym kompletowaniem nowej drużyny - w końcu poza centralnymi figurami Black Canary oraz Oracle skład Birds of Prey zawsze był płynny - ale zacznijmy od zespołu, który skompletowała Kelly Thompson. Rysownik Leonardo Romero to jej stary współpracownik z serii Hawkeye (może kiedy indziej, w osobnym wpisie?); kolorystka Jordie Bellaire to zaś kolejna zwyciężczyni Eisnera, nad której nastrojową pracą rozpływałem się przy okazji serii Magneto. This is an all-star lineup, and they deliver pure comic book fun.

Spójrzcie na tę ziarnistość, przesunięcia barw, nasycenie; warstwa wizualna od pierwszych kadrów sugeruje pulpowo-grindhouse'ową przygodę.

Misją wymagającą ponownego zjednoczenia sił zespołu jest uratowanie Sin - zaadoptowanej młodszej siostry Black Canary. Pewnie was to nie zaskoczy, ale Sin pojawiła się po raz pierwszy właśnie na łamach Birds of Prey Gail Simone, których Kelly Thompson była taką fanką back in the day; od pierwszego numeru widzimy więc jej własny fanowski ukłon: tak, lubiłam Sin dwadzieścia lat temu; to ja będę scenarzystką, która zaprosi ją na łamy dekady później.     

Ryzyko misji, Black Canary zebrała oklep i trafiła do dalekowschodniej niewoli, ale - nim uciekła - przynajmniej poznała tam kogoś ważnego. Birds of Prey #92, maj 2006

Kim jest zatem kolejna kandydatka do zespołu, ktoś, komu Dinah może ufać bez zastrzeżeń i na czyj widok przeciwnicy będą mieć miękkie nogi? To sama Cassandra Cain, o której ostatnio wspominałem przy okazji wybuchowej serii Batgirls! Pytanie tylko, czy będąca z reguły samotniczką Cassandra zgodzi się na dołączenie do drużyny oraz niebezpieczną misję po drugiej stronie kuli ziemskiej.    

It's so perfect, szczególnie w kontekście wspomnianych Batgirls <3

A żeby dodać wizualnego smaczku, rekrutacja Cass ma miejsce podczas wspólnej walki z zastępami ninja, because of course:

O całym medium komiksu mówi się często jako o wizualnym odwzorowaniu czasu. Wielokrotne powtórzenie tych samych sylwetek na jednej grafice to technika nieco bardziej zaawansowana niż klasyczna sekwencja kadrów; zwróćcie uwagę, jak dobrze radzi sobie z tym Leonardo Romero, jak możemy prześledzić drogę obu pań podczas sceny akcji!

Już na tym etapie zastanawiałem się, czy do swoich wizualnych notatek będę dołączał każdą kolejną stronę tej serii? Jeśli nie świetny moment charakteryzacji, to finezyjna grafika lub doskonałe kolorowanie. Powiem to już w tym miejscu: pierwszy tom nowych Birds of Prey - z tym właśnie zespołem kreatywnym - to tak dobry komiks superbohaterski, jakiego możemy współcześnie oczekiwać! It's not the industry standard; it's the industry aspiration.

Kolejna członkini zespołu? Big Barda, bogini z pozaziemskiego panteonu New Gods stworzona przez samego Jacka Kirby'ego.  

Cass i Barda z miejsca stają się centralnym duetem nowej inkarnacji drużyny: obie są wojowniczkami wychowanymi w okropnych warunkach, którym udało się pokonać początkowe warunkowanie; Cass jest przy tym lakoniczną, cichą profesjonalistką, zaś Barda - POTĘŻNĄ BOGINIĄ MÓWIĄCĄ O SWEJ POTĘDZE W TRZECIEJ OSOBIE!  Doskonały duet charakterologiczno-komediowy.

Kolejna członkini zespołu? Zealot, kosmiczna wojowniczka z wykreowana w 1992 w imprincie WildStorm. And she was such a bog-standard character for the era:

Kolejna rozebrana wojowniczka z mieczem, wielkimi naramiennikami oraz obowiązkowymi dla lat '90 pasami na amunicję (do miecza). 

Prezentują powyżej starą wersję, by tym bardziej docenić współczesną:

Nieskończenie lepszy strój, nowa fryzura, charakteryzacja przystępna nawet dla osób, które wcześniej nie miały z postacią dużo do czynienia (to ja!) - Zealot jest gotowa na nową erę!

Interesujące byłoby porównanie Zealot (stworzonej w niezależnym imprincie rozebranej wojowniczki z mieczem) z Angelą (jak wyżej). Zealot to rok '92, WildStorm; Angela - '93, Image Comics. Zealot trafiła do DC w wyniku pozyskania WildStorm; Angela znalazła się z kolei u Marvela. Angeli - dzięki Kieronowi Gillenowi oraz Marguerite Bennett - udało się wyrosnąć na autentycznie świetną postać; Zealot życzę dokładnie tego samego!  

No i w końcu powrót, który zaskoczył mnie chyba najbardziej: Mia "Maps" Mizoguchi!

"Kto?"

Maps była uwielbianą bohaterką serii Gotham Academy (2014-2017), która opowiadała o szkole znajdującej się w pobliżu... słynnego Arkham Asylum. Cały tytuł nie był wcale szczególnie superbohaterski w tonie; ot, szkolna opowieść o młodzieńczych przyjaźniach, rodzinnych sekretach oraz mrocznych tajemnicach samej szkoły; klasyka. Maps zdobyła czytelnicze serca wiecznym entuzjazm oraz energią; gdy w murach szkoły zagościł Damian Wayne - najmłodszy z Robinów - i próbował zakneblować jej rozgadaną japę, Maps wyjaśniła go krótko:  

Liga Asasynów nie przygotowała Damiana na takie techniki!

Największym skarbem Maps był zdobyty przez nią prawdziwy batarang; pojawiła się implikacja, że widzimy właśnie rozkwitającą powoli kolejną girl Robin. Ile jednak można czekać na lodowcowo poruszającą się komiksową linię czasu? Kelly Thompson poszła więc na skróty i dała nam już dorosłą Maps przybywającą z przyszłości. Jak, dlaczego? To wszystko istotne elementy fabuły, ale tak naprawdę liczy się, że Maps is back (wiwing wih)

Okładka pięknie stylizowana na mocno wyczytaną! Tak, Birds oraz Wonder Woman staną tym razem po przeciwnych stronach barykady.

Ta stylizacja okładki to w ogóle, moim zdaniem, klucz interpretacyjny dla całej serii Kelly Thompson: pisze ona Birds of Prey właśnie takie, jakie sama kochała przed laty, kiedy u sterów była Gail Simone. To powrót do tego ukochanego okresu, ale bynajmniej nie wtórna nostalgia: Thompson nie imituje, a kontynuuje, zaś warstwa wizualna jest na wskroś nowoczesna, od aranżacji scen po kadrowanie.

Spójrzcie na przykład, jak zmniejszające się panele Harley wręcz zduszają jej wypowiedź! Może to sugerować przyspieszenie mówienie - ponownie komiks jako wizualna reprezentacja czasu - może być też reprezentacją drużyny stopniowo mentalnie wyciszającej jej monolog. 

Stale podoba mi się również nowoczesne przedstawienie magii na łamach DC. Świetna Justice League Dark skodyfikowała, że w tym wydawnictwie magia = zabiegi formalne przełamujące tradycyjną narrację wizualną; spójrzcie na przykład, jak Black Canary oraz John Constantine przechodzą do magicznego wymiaru:    

Dosłowne wyjście poza granice rzeczywistości/kadru/strony!

Constantine? Ano tak, Birds to z definicji damska drużyna, ale wiadomo: okazjonalnie do roboty zostanie też zaciągnięty jakiś pan - seksowny brytyjski uliczny mag doskonale wpisuje się w tę rozrywkową estetykę. W latach '90 mieliśmy te wszystkie hot ladies robiące generalnie za eye candy; w latach '20 możemy więc odwrócić scenariusz i dać scenarzystce przyjemność angażu jakichś ozdobnikowych hot guys. Ale, co ważne, nawet to jest robione z szacunkiem, który dekady temu niekoniecznie był obecny; John jest bardzo satysfakcjonujący w swojej roli niechętnego demona wciągniętego do wydarzeń przez kontrakt z Black Canary, zaś jej życiowy partner - Green Arrow - staje dla Birds naprzeciw Wonder Woman, w walce której dosłownie nie ma szans wygrać. These are not only hot guys; these are cool guys.

I znowu, to komiksowe odwzorowanie ruchu oraz czasu; Wonder Woman trafiona strzałą z dystansu odwraca się tylko z irytacją i z miejsca namierza Olivera sokolim wzrokiem. Oh #$@% indeed!

Albo ta sekwencja, w której naprzeciw siebie stają Wonder Woman i Big Barda, dwie dosłowne boginie, i nie jest to absolutnie jakaś cute catfight jak sprzed lat; it's fast, thunderous and bloody

BLAM BLAM BLAM BLAM BLAM BLAM BOOM

Barda - z brutalnością dawnej Female Fury - daje z siebie wszystko, ale to i tak za mało; nie dziwię się, że Kelly Thompson dostała angaż do serii Absolute Wonder Woman - Amazonka dawno nie była na stronach komiksu tak wiarygodnie potężna.

Cały pierwszy tom nowych Birds of Prey - zatytułowany Megadeath - to po prostu czyste szaleństwo, artystyczna perła gatunku. Szkoda odrobinę, że jeden zeszyt rysowany był przez kogoś innego - ale rozumiem, że Leonardo Romero potrzebował pewnie więcej czasu na stworzenie finału; takie niestety prawo miesięcznika. Mogę jednak powiedzieć z miejsca: jeśli ktoś jest ciekawy, jak współcześnie wygląda komiks superbohaterski - dalej szukać nie trzeba! Megadeath to godna reprezentacja energii, tradycji oraz szaleństw całego gatunku, benchmark dla oceny innych magazynów.

Później następuje zmiana zespołu kreatywnego i poziom niestety spada, ale jest to i tak zejście z wybitnego poziomu actual art na i tak wysoki poziom solidnego miesięcznika superbohaterskiego. Czuję aż potrzebę przeproszenia wszystkich później zaangażowanych w tytuł osób, ale mówiąc o zejściu poziomu mam na myśli tylko jedno: trudno jest dorównać współpracy Romero i Bellaire.

Co znajdziemy w kolejnych tomach? Kelly Thompson nadal jest przede wszystkim fun, nurkując w reputację Birds jako sexy ladies team. Mamy więc na przykład drużynę incognito na pokazie bielizny:  

Potężnej Bardzie trudno raczej zachować anonimowość, maska czy nie!

To doskonały przykład tego, ile zależy od tonu scenariusza; zajmująca się komiksowym feminizmem Thompson wie z lat doświadczenia, jak rozłożyć akcenty, by osiągnąć fun sexiness bez niekomfortowej eksploatacji czy zwykłego bycia w złym smaku. Podobnie jak w przypadku sexy guys wcześniej, these ladies are first and foremost cool - i jest to gigantyczna różnica. Podkreślam ten temat, gdyż ostatnie lata obrodziły w internetowych płaczków lamentujących, że zachodnia cywilizacja upada i zabrali nam sexiness z gier czy komiksów... podczas gdy dosłownie wychodzi komiks z drużyną superbohaterek infiltrujących pokaz bielizny.

Mało? To może obowiązkowa superbohaterska podróż po alternatywnych rzeczywistościach, tym razem z ciuchami w stylu marvelowskiego Savage Land (który też od zawsze był wymówką dla rysowania wszystkich w rozmaitych etapach negliżu). 

Po prostu tym razem po kreatywnej stronie jest scenarzystka, która traktuje postacie przede wszystkim jako postacie - z godnością (no, czasem komediowo zachwianą!), szacunkiem oraz sympatią (to absolutnie zawsze).

Godność postaci otrzymuje mocny cios, gdy - we wspomnianej podróży przez alternatywne rzeczywistości - Birds trafiają do kreskówkowego świata:

"THEY ARE FILLED WITH INCALCULABLE VIOLENCE. OF COURSE I WATCH CARTOONS!"

Widać więc, że fun to słowo kluczowe; Kelly Thompson rozumie, że po pierwszym tomie (który wykonywał sporo pracy jeśli chodzi o status drużyny oraz niektórych postaci) pisze już standardowy superbohaterski miesięcznik - misja po misji, zeszyt po zeszycie, przychodzimy tu przede wszystkim po dobrą rozrywkę, porcję śmiechu, dynamiczną akcję. Stąd te szaleństwa w rodzaju pokazu bielizny czy kreskówkowego świata; dosłownie czuć Thompson siedzącą nad scenariuszem i zastanawiającą się yeah, but how to make it crazier?!  

Co nie oznacza, że nie ma tu naprawdę dobrych momentów ukazujących charakter postaci - to przecież drugi filar dobrego miesięcznika superbohaterskiego (po przecież nawet, jeśli fabularna continuity to generalnie frankensteinowo pozszywana fikcja, to przecież chcemy mieć continuity of character, czuć, że czytamy o znajomych postaciach). Ucieszył mnie na przykład moment, w którym Thompson nie tylko odniosła się do faktycznego wątku charakterologicznego serii (Cass i Big Barda to fajny duet, ale czy Barda nie traktuje młodej Batgirl zbyt protekcjonalnie?), ale zrobiła to ustami Black Canary - która już od czasu Justice League International była wyśmienitą przywódczynią. Kiedy mówię o szacunku do postaci, to właśnie to; to nie "Kelly Thompson pisząca nie wiadomo właściwie kogo i nawlekająca na to kostiumy postaci DC"; to Kelly Thompson, niegdyś również fanka, która pisze te postacie takimi, jakimi sama je pokochała.   

Kelly Thompson po prostu czuje te bohaterki.

Wracając jeszcze na moment do kwestii na moment do kwestii realizacji motywów feministycznych, bo to w końcu już od dekad jeden z kluczowych wątków Birds of Prey: bardzo zwięzłą, elegancką sekwencją jest Black Canary oraz jej przybrana siostra udające się do domku na odludziu - rzekomo na siostrzeński wypad, w rzeczywistości - by pozorną bezbronnością zwabić polujących na Sin złoczyńców. Węsząc podsłuch prowadzą najbardziej banalną, ale i dwuznaczną rozmowę:

"Can it be both?"

Brzmi to jak rozmowa o pakowaniu ciuchów, ale finałowy panel Sin rozwijającej matę z bronią stanowi elegancki kontrapunkt; ale nawet gdyby traktować ten dialog wyłącznie na pierwszym poziomie - can it be both? Kelly Thompson podchodzi do zagadnień feminizmu w zniuansowany sposób; rzeczywistość nie składa się przecież z prostych binarnych wartości. Siostry gadające o przesadnym pakowaniu ciuchów na wyjazd, sexist or true? Jak to zwykle, wszystko zależy od kontekstu; od autorskiego sznytu, od intencji sceny. Czy chodzi o to, by wyśmiać coś z zewnątrz czy pośmiać się razem?  Podobnie wcześniejszy pokaz bielizny; dokładnie ten sam element fabuły mógłby być creepy and objectifying; w rękach Thompson jest fun and cool

"Attention all Birds." Było super ponownie zobaczyć Babs za konsoletą Oracle... no i ten zdezorientowany Constantine <3

Felery? Dwa: po pierwsze, zakończenie serii jest raczej pozbawione kopa; ot, kolejna misja zakończona, dzięki za współpracę, rozchodzimy się w swoje strony, koleżanki; na łączach! Po drugie, Birds of Prey to tradycyjnie drużyna zmieniająca skład as the current mission demands; Harley Quinn i Zealot dość szybko ustępują miejsca Vixen, która też nie zagrzewa miejsca w drużynie nie wiadomo jak długo, a potem... Tak oczywiście było i za czasów Gail Simone - chodziło o to, by pozwolić pobłyszczeć wszystkim tym paniom z DC, które niekoniecznie mają akurat własny tytuł - ale może to jednak być przytłaczające. Ale nie będę przesadzał; podobne tytuły to zarazem świetne miejsce do poznawania nowych postaci (osobiście nigdy wcześniej nie czytałem tyle Zealot w jednym ciągu). Powiem więc tak; przytłaczająca liczba postaci czy fajny ruchomy character spotlight? 

Can it be both? 

Za sam tom Megadeath wystawiam najnowszej inkarnacji Birds of Prey blogowy stemepl jakości!

Później też jest fajnie, ale Megadeath to po prostu KOMIKS!

Kelly Thompson, dawna fanko, blogerko, podcasterko - dokonałaś tego; w końcu dostałaś do ręki wymarzone wodze Birds of Prey i jesteś przynajmniej tak dobra, jak Gail Simone dwadzieścia lat temu.

I always knew you could do it! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz