piątek, 6 marca 2026

The Human Target

Tom King! Ktoś powie: super scenarzysta, dojrzała tematyka, warsztatowa sprawność i realistyczna psychologia postaci; ktoś inny: dziad ohydny, "ooo patrzcie ten komiks jest tak bardzo dla dorosłych", postacie pisane tak, że zupełnie nie przypominają swoich klasycznych interpretacji, a do tego uwalił wyczekiwany ślub Bruce'a Wayne'a z Seliną Kyle. Gdzie ja jestem na tym spektrum? Raczej po stronie entuzjastów - Supergirl: Woman of Tomorrow to jeden z moich ulubionych komiksów ostatniej dekady, i już tym wyłącznie King zbudował u mnie kredyt zaufania. Inne jego projekty trafiały do mnie już mniej: na wstępie wspomnieć pewnie trzeba o fatalnie przyjętych Heroes in Crisis, ale tu akurat nie jestem skory do obwiniania scenarzysty: nawaliła raczej redakcja oraz odgórne mieszanie w fabule. The Vision mnie nie porwał; rozumiałem, co King chciał osiągnąć w serii Mister Miracle, ale osobiście się w niej emocjonalnie nie odnalazłem; Strange Adventures wydały mi się przesadnie emanować dosyć narracyjnie leniwym "bo to zła kobieta była".

So more misses than hits, może ktoś zauważyć - ale jednak kiedy Tom King trafia już do celu, efekty potrafią być spektakularne. So... does he hit the target this time?  

Man, am I cute with the segue today!

Jak zwykle, postawię z miejsca kawę na ławę: tak, ale z jednym dużym zastrzeżeniem. Koncepty są świetne, nastrój - fenomenalny, nawiązania do szerszej komiksowej tradycji - zgrabne i demonstrujące autorską biegłość. Mamy jednak do czynienia z kryminałem neo-noir, i kryminał ten wywala się na absolutnie oczywistym rozwiązaniu zagadki... a do tego charakteryzacja jednej z głównych postaci jest naciągana tak mocno, że King musiał chyba używać hydraulicznego sprzętu.

Ale wybaczam to wszystko, because The Human Target is oh so absolutely pretty.

Nie powiem o rysunkach Grega Smallwooda, że "przyciągają oko"; byłoby to nieadekwatne. Jego rysunki oraz kolory łapią za kołnierz i nie odpuszczają chwytu do ostatniej strony.   

Ten styl - inspirowany reklamą oraz szerszą sztuką komercyjną amerykańskich lat '60 - wydaje się prosty, ale absolutnie nie jest: spójrzcie, ile Smallwood robi z geometrią, kolorem, jak fantastycznie ekspresyjne są jego twarze. Mógłbym się zachwycać bez końca, i nie ja jeden - artysta został za tę serię uhonorowany w pełni zasłużoną nagrodą Eisnera!

Jeśli zaś chodzi o fabułę, interesujące koncepty pierzą się tu jak piramidka. Christopher Chance - tytułowy Human Target - to ochroniarz/detektyw specjalizujący się w wywabianiu zabójców: jako mistrz charakteryzacji przyjmuje tożsamość potencjalnej ofiary zamachu, po czym inkasuje kulkę w jej miejsce, chroniąc klienta oraz ułatwiając ujęcie sprawcy. Jego najnowszy mocodawca?

Lex Luthor.

Lex nie jest w końcu znany z publicznego uwielbienia!

Ten zamach - w piętrowej grze - był jednak wyłącznie odwróceniem uwagi od właściwego ataku: podsunięcia Luthorowi zatrutej whiskey. Chance, celebrując z klientem udane zlecenie, wznosi toast przygotowaną szklaneczką... i, niechcący, przechwytuje również próbę zabójstwa. Tym razem jednak kamizelka kuloodporna niewiele zdziała - trucizna zaczęła działać i Chance, nawet wspomagany superbohaterską medycyną, ma przed sobą dwanaście dni życia.

To nie tania narracyjna sztuczka do odkręcenia w ostatnim momencie: już w pierwszym zeszycie serii Chance - szykownie ubrany - faktycznie kładzie się umrzeć, odejść na własnych warunkach. To, co widzimy, to dwanaście dni do tego prowadzących.

Dwanaście dni. Dwanaście numerów serii. Dwunastka członków oraz członkiń starej Justice League International - wszystko wskazuje bowiem na to, że za próbą otrucia Luthora stoi ktoś z tej grupy. Stare porzekadło mówi, że symetria to najbanalniejszy rodzaj elegancji... ale to wciąż elegancja!

Chociaż o tej inkarnacji Justice League wspominałem wielokrotnie, nie doczekała się jeszcze własnego wpisu! Była to zdecydowanie najweselsza z Lig: Keith Giffen oraz J. M. DeMatteis wnieśli na łamy dużo świeżych postaci oraz worek humoru, który - jak sami przyznawali - inspirowany był jeszcze starymi wodewilowymi skeczami.

To kolejny interesujący zawijas w fabule - jak to, ktoś z tej kolorowej drużyny z lat '80 (Bwa-ha-ha League, jak zwykło się mówić) ma okazać się mordercą? Czyżby po dekadach ktoś już zwyczajnie nie wytrzymał już z Luthorem... a może to kolejny fałszywy trop?

Achronologiczna narracja sprawdza się pięknie!

Wiemy, że Chance na końcu (na początku) umiera. O dniu dziewiątym czytamy z miejsca: I got the guy who killed me. Jest to więc historia kryminalna, której - śmiały manewr! - kluczowe punkty z góry znamy. W tym miejscu warto postawić sobie pytanie: czy w gatunkowej narracji nie znamy tych odpowiedzi tak czy inaczej? Czy otwierając kryminał nie wiemy z góry, że the detective will ultimately get his guy? Tom King rozgrywa więc sprawę elegancko: jesteśmy wszyscy dorośli, znamy już przecież ten taniec, skupmy się na najciekawszym: jak się to wszystko stało?  

Co mogę wam powiedzieć o kreatywności Grega Smallwooda, czego nie widzicie tu na własne oczy? Może tylko tyle, że wcześniej pracował u Marvela przy doskonale przyjętej serii z Moon Knightem.

Jak to w neo-noirowej historii, jest też oczywiście w tym wszystkim piękna kobieta, femme fatale wchodząca do gabinetu naszego detektywa tylko po to, by ten w klasycznej narracji żałował, że jej szpilki kiedykolwiek zastukały o jego podłogę. W roli tejże femme fatale King obsadził... Ice? Najsłodszą, najbardziej uroczą członkinię Justice League Interrnational? 

Ice oraz jej partnerka - Fire - miały niedawno bardzo dobrą miniserię humorystyczną!

Ice, Tora Olafsdotter (jej Liga była w końcu International), była w latach '80 niewinnym kwiatuszkiem drużyny - w kontraście do swojej najlepszej przyjaciółki Fire, latynoski często, gęsto i z absolutną premedytacją wykorzystującą swój seksapil. Kiedy Booster Gold oraz Blue Beetle - komediowy duet cwaniaczków - mieli kolejny pomysł na zdobycie szybkiej kasy, Ice była wstrząśnięta. Gdy zalecał się do niej Guy Gardner, Green Lantern drużyny, Ice była oszołomiona. Fani oraz fanki lubią w wielu drużynach wskazywać, kto stanowi faktyczne serce zespołu, kompas moralny, papierek lakmusowy wskazujący, czy drużyna zachowuje się jak powinna (rzadkość w przypadku JLI) - była to właśnie Ice.  

"But like Luigi said, there are some women you can say no to. And some you can't."

Któż może być więc lepszą przewodniczką Chance'a po historii oraz wzajemnych relacjach JLI? Któż inny niż dobrotliwa, słodka, urocza Ice? Ice, która kocha wszystkich i którą wszyscy kochają? 

Chance ma okazję poobserwować członków oraz członkinie JLI - a jego obserwacje generalnie są bardzo charakterologicznie solidne. King odrobił pracę domową! Ale...

...oczywiście, że to Ice jest zabójczynią.

Potraktujcie ten spoiler jako szczepionkę: jest to tak oczywiste już od pierwszej strony, już od pierwszej retrospekcji poświęconej historii Tory, że do samego końca czekałem na jakiś clever twist, na finałową magiczną sztuczkę scenarzysty. Na próżno! Może w zamierzeniu Kinga miał to być podwójny blef, rozwiązanie tak banalne, że wszyscy widzą w nim kryminalną zmyłkę - tymczasem, niespodzianka, jest to faktycznie prawda.  

Brak wierności charakteryzacji postaci to częsty zarzut wobec Kinga, ale wezmę go tu w obronę: chociaż nie jest to Ice, którą widzimy zwykle, jej decyzja ma adekwatną podbudowę; jej słodycz i niewinność zaprezentowane są jako obronna fasada (przed światem, ale i samą sobą) po starej tragedii z rodzimych stron. Ma to ręce i nogi; to nie wywrócenie postaci na lewą stronę tylko po to, by wycisnąć z czytelników dwa momenty taniego szoku. Ice nie staje się makiaweliczną karykaturą; jest autentyczna emocjonalnie, cierpiąca, stawiająca czoła najtrudniejszym z trudnych dylematów. Powiem więcej: ponowna lektura The Human Target z całą tą wiedzą dodatkowo podkreśla oraz pomaga zrozumieć fabularne decyzje naszej leading lady.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: sięgacie po nastrojowy kryminał neo-noir; scenarzysta raz za razem demonstruje sprawność w konwencji oraz stylu... a, koniec końców, i tak piękna femme fatale okazuje się mieć krew na rękach.

Whatta shocker.

"In the end, Ice is nice."

Ktoś powie: tak, nic dziwnego, wciąż działamy przecież w ramach gatunkowej konwencji. Boli mnie jednak, że byliśmy tu tak blisko, że byliśmy o włos od wyniesienia The Human Target ponad ramy genre story; zabrakło dosłownie tego jednego uderzenia, jednego majstersztyku na koniec.

To chyba całościowo najlepsza recenzja, i to przecież pozytywna jak rzadko: o jeden majstersztyk za mało. Strona wizualna jest wybitna. Ponowne spotkania z członkami oraz członkiniami JLI to czysta radość, i praktycznie wszyscy otrzymują kilka scen, przy których weterani będą się chichrać oh, that's so him!  

Oh, that's so Booster!

Zgadza się: czasami metaforyka bywa odrobinę przyciężka, jak w sekwencji, w której Ted Kord "nie ma nic do ukrycia" i dosłownie staje nagi przed naszym detektywem: 

Jedna osoba powie: "cute", druga: "no dla mnie jednak zbyt cute".

Kompletnie fantastyczny jest numer poświęcony Batmanowi. Jak to w noirowym kryminale, Chance oraz Ice zrobili podczas dochodzenia złą rzecz; Chance spędza więc cały numer na granicy paniki. Nieważne, że oddalą się od miasta i zaszyją na niedostępnej pustyni; jest przekonany, że Batman i tak wie, że zaraz wyłoni się z cienia, że wszystko jest bezapelacyjnie stracone w obliczu mrocznej sprawiedliwości Człowieka-Nietoperza.

Chance nie zostaje pokonany przez Batmana. Zostaje pokonany przez sam koncept Batmana, przez paranoję, przez ten lęk - jak mówi stare motto - zasiany w przesądnych oraz tchórzliwych przestępczych sercach. It's outstanding.

"I imagine him outside watching us."

Koniec końców - wątek romantyczny. Tak, Chance oraz Ice szybko lądują w łóżku, a później szybko zmienia się w wielokrotnie oraz intensywnie. Podczas pierwszej lektury uniosłem nieco brew (czy to po prostu Tom King ekscytujący się wysyłaniem swojego pet character do łóżka z platynowowłosą pięknością?), ale w kontekście rozwiązania kryminalnej zagadki cała sytuacja nabiera psychologicznej głębi. Standardowo słodziutka i nieśmiała Ice aktywnie zaciąga kogoś do łóżka? Tak, ponieważ sama nie daje sobie rady z poczuciem winy; doskonale wie, że wydała na Chance'a odroczony, nieodwołalny wyrok. Z początku chce mu po prostu pomóc, ulżyć mu w tych ostatnich dniach, nie pozostawić go samego; then it gets complicated.

I co tu kryć, nie jest to niekomfortowa jednostronna autorska wish fulfilment: Chance zdecydowanie ma swój urok.

Elegancki, inteligentny detektyw, stoicko opanowany w obliczu nieuniknionej śmierci; śmierć to w końcu (jako tytułowego Human Target) jego chleb powszedni, tym razem po prostu już się jej nie wywinie; czas spłacić karmiczny dług. He exudes that doomed charm. Zarówno Chance, jak i Ice są na tyle dojrzali, by nie chcieć plątać się w emocjonalną głębię; on nie chce jej wykorzystywać, by osłodzić sobie ostatnie dni życia; ona nie chce wykorzystywać go, by zagłuszyć własne poczucie winy; nie chce traktować go jako wygodnej, krótkoterminowej przygody. They are both adult, well-meaning and reasonable; they fall in love regardless.

"I'm sorry." "I'm sorry, too."

Dynamika ta bardzo przypadła mi do gustu: jest autentycznie dojrzała, nawet nie słodko-gorzka, a po prostu przejmująco gorzka i smutna. W pierwszych numerach może się wydawać, że mamy do czynienia z seksem jako ekscytującym elementem standardowo dopełniającym pierwiastka crime, ale im dalej w las - tym bardziej... heartbreaking it becomes. Przy pierwszej lekturze widzimy bardziej perspektywę Chance'a - hey, that pretty lady is into ol' dying me, better not hurt her - przy drugiej, znając rozwiązanie zagadki, skupiamy się bardziej na psychologii Tory. Obie postacie są na tyle bogato zarysowane, że odczytania te wcale nie są oczywiste ani za pierwszym, ani za drugim razem.

"To the Human Target. Like the other guy, he died for our sins, but at least he didn't get all sanctimonious about it."

Jest tu więcej do solidnej analizy: choćby sam centralny mission statement Chance'a, wspomniane przez Luthora przyjmowanie odpowiedzialności za cudze winy, czy motywacja stojąca za próbą zabójstwa miliardera. Rozpoczynając tę recenzję wspominałem o tym, że największym czytelniczym problemem będzie pewnie reinterpretacja charakteru Ice: jeśli od dawien dawna jest to wasza znajoma postać, instynktowną reakcją będzie pewnie hej, coś jest nie tak, to nie moja Tora.

To prawda; sam czułem się tak podczas pierwszej lektury. Warto jednak przepracować ten dysonans, ponieważ jej charakteryzacja naprawdę ma tutaj sens - zwróćcie uwagę, że piszę o reinterpretacji, procesie szanującym dotychczasową ewolucję, nie brutalnym retconie, arbitralnym ustanowieniu nowego status quo. Ostatecznie problem sprowadza się do tego, że dla witalności medium musimy pozwolić tym postaciom na wzrost, na zmianę; słodka i niewinna Ice była już z nami przez, bagatela, czterdzieści lat. Jeśli ktoś chce więcej takiej interpretacji, wystarczy sięgnąć po udane humorystyczne komiksy Joanne Starer (Fire & Ice: Welcome to Smallville); nie brońmy się jednak przed wizją Toma Kinga, w której Ice jest, pod swoją uroczą fasadą, heartbreakingly sad.

Jeśli to zadziała - inni scenarzyści i scenarzystki zaakceptują ten eksperyment, doczekamy się organicznej zmiany. Jeśli nie - The Human Target pozostanie jednorazową ciekawostką, notatką na marginesie większej sagi.     

Moim zdaniem: działa. Ale nawet gdyby nie działało, same grafiki Grega Smallwooda gwarantują temu komiksowi miejsce na mojej półce.

...ale działa! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz