piątek, 13 marca 2026

Variety Show: latarnie, bombki, dobro ogółu oraz powroty!

Mamy nowy komiksowy trailer, nazbierało się nieco różnej maści głupotek - brzmi to jak czas na nieregularne Variety Show!
 
Click!

Los sprawił, że przed nami kolejny bardzo obiecujący komiksowy trailer! Już w sierpniu na ekrany trafi serial Lanterns - konwencja nazewnictwa przypomina Arrow, gdzie też najwyraźniej uznano, że Green brzmi niepoważnie. Nie jest łatwo być zielonym, jak śpiewał wielki bard

- This is a stupid plan.
- I've had stupider.
- This I don't doubt.

Jak to zwykle bywa, słyszałem porcję narzekań - Green Lanterns, a gdzie tu kosmos, międzygalaktyczna przygoda? -  ale osobiście jestem tym trailerem całkowicie kupiony; komiksowy trop to, moim zdaniem, Green Lantern/Green Arrow: Hard Traveling Heroes. Chociaż w serialu nie zobaczymy raczej szmaragdowego łucznika, czuć wyraźnie podobnego dusznego ducha małomiasteczkowej Ameryki, wejście z fantazyjną kosmiczną mocą w przyziemny świat realistycznej przestępczości, no i koniec końców - Hala Jordana będącego ćwokiem (choć nie będę kłamał, grający go Kyle Chandler looks pretty charming w tej ćwokowatości).

Serial ma być inspirowany neowesternami oraz ciężkim kryminałem w rodzaju True Detective i biorę to bez gadania: od dawna powtarzam, że wiele z najlepszych historii superbohaterskich to konwencja superhero plus; ekscytująca wizualnie natura superbohaterów zmiksowana z thrillerem szpiegowskim, komedią prawniczą, obyczajówką o początkującej wokalistce. Nieco boli mnie oczywiście brak najlepszej Latarni, Jessiki Cruz (początkowo miała wystąpić w tym projekcie!) czy mojego drugiego faworyta, Kyle'a Raynera, ale jestem cierpliwy; co nagle, to po diable, niech już będzie na początek klasyczny Hal z Johnem jako praktykantem. Może to być interesująca dynamika... a liczę na to, że koniec praktyk młodego zwieńczony będzie pierwszym wzlotem z małomiasteczkowej Ameryki w kosmos, z całą klasycznie rozumianą awesomeness przez to implikowaną. 

Każda ekranowa obecność Green Lanterns to też dla mnie mały test. Jak pisałem lata temu, klasyczna przysięga Latarni to...

In brightest day, in blackest night
No evil shall escape my sight;
Let those who worship evil's might
Beware my power - Green Lantern's Light!

Mój drobny fanowski pet peeve: zawsze gryzie mnie nieco, gdy aktorzy i aktorki zapominają w jej recytacji o obecnej tam przerzutni! Let those who worship evil's might beware my power! to jedno zdanie, czytane na jednym oddechu, bez pauzy; nadaje mu to dynamiki i energii, która jest nieobecna przy czytaniu linijka - linijka - linijka, jak na szkolnej akademii. Oczywiście, to detal i listów do studia filmowego nie będę z tego powodu wysyłał... ale jeśli usłyszycie gdzieś osobę, która recytuje przysięgę Latarni z płynnym zastosowaniem przerzutni - pomyślcie, ze gdzieś tam przed ekranem Anglista woła yeah! i wyrzuca radośnie pięść w powietrze.

Czy tak właśnie będzie w najnowszych Lanterns? Jak zwykle - trzymam kciuki! 

Święta już daleko za nami, ale skoro rozmaitości - to rozmaitości! Niemal dwa lata temu opisywałem na blogu bardzo sympatyczną abstrakcyjną grę logiczną, nietypowo kapitalizowną boop. kocie przepychanki. W zeszłym roku - akurat na okres świąteczny - doczekaliśmy się jej kontynuacji!

Przepychanki trwają - tym razem na choince!

Oryginał wpadał w oko za sprawą materiałowej, pikowanej kołderki stanowiącej planszę; Świąteczne przepychanki prezentują z kolei nieco mniej elegancką, ale nadal ciekawą trójwymiarową choinkę:

...a może bardziej zielony świąteczny ziggurat?

Zasady są na tyle podobne, że nie jest to materiał na osobny wpis - ale po to właśnie mamy Variety Show! Kotki nadal odpychają się nawzajem oraz zmieniają w dorosłe koty według starych zasad, ale pojawia się alternatywny warunek zwycięstwa - choinkowe bombki. Te odpychane są podobnie jak kotki, z jednym tylko zastrzeżeniem - wędrują po choince wyłącznie w dół, nigdy nie mogą zostać cofnięte do góry! Jeśli w wyniku ułożenia naszego kotka strącimy bombkę w cudzym kolorze, zabieramy ją do swojej puli jako punkt; trzy punkty oznaczają natychmiastową wygraną. Strącenie własnej bombki jest manewrem defensywnym - nie tracimy punktu, z początku kolejnej tury musimy po prostu zawiesić ją z powrotem na najwyższej kondygnacji choinki (nie licząc samego czubka). Bombki mogą być też natychmiast łapane przez dorosłe koty na dowolnym pietrze choinki, ale do zrzucania dochodzi zdecydowanie częściej.

Świąteczne przepychanki to na dobrą sprawę wariant podstawowej gry, ale autentycznie bardzo ciekawy. Dodatkowy warunek zwycięstwa zmienia dynamikę rozgrywki (zrzucać cudze bombki? bronić własnych? hej, czy druga osoba nie ustawia właśnie linii kotów, kiedy ja pilnuję tych durnych bombek?), a plansza nie jest już równym kwadratem! Świąteczne przepychanki wymagają więc jeszcze większej uwagi oraz pilnowania sytuacji, i ostatecznie w porównaniu z oryginałem wolę wyciągnąć na stół właśnie je. Delikatnym problemem jest bardzo sezonowa tematyka, ale jestem przekonany, że gra będzie wracać na nasz stół co święta, choćby na kilka partii. Polecam!

Inna rzecz, o której chciałem wspomnieć już miesiące temu: po latach dokonałem w końcu wymiany mojego odtwarzacza mp3.  

Na pierwszym planie: metalowa figurka Gamory, którą dostałem w darze od czytelniczki i której silne ramię służy mi teraz na biurku jako stojak na wykałaczki. 

Sam fakt korzystania z osobnego odtwarzacza mp3 zamiast z komórki z miejsca klasyfikuje mnie pewnie jako przedstawiciela starszego pokolenia, ale co zrobić - czas stawić temu czoła! Słucham sporo audiobooków, mam bogatą bibliotekę muzyki w mp3, lubię mieć więc niezależne urządzenie. Korzyści są trzy: dłużej trzymająca bateria (to w końcu prościutkie odtwarzacze, których ekran jest przez większość czasu wyłączony), praktycznie niezauważalna waga oraz - to chyba najważniejsze - brak rozpraszania się stałą komórkową dostępnością internetu.

Przez długie lata moim preferowanym urządzeniem był odtwarzacz FiiO M3. Działa on do tej pory doskonale, ale wiadomo - lata płyną, warto w końcu rozejrzeć się za czymś nowym. Zdecydowałem się na następcę kompaktowego modelu M3, FiiO Snowsky Echo Mini - ten z kolei stylizowany jest na miniaturową kasetę magnetofonową, ponieważ firma FiiO wie najwyraźniej doskonale, jakie pokolenie będzie tym sprzętem zainteresowane.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ zaliczyłem swój wkład w tzw. dobro ogółu. Po odpakowaniu nowego odtwarzacza okazało się, że nie pamięta on pozycji ścieżki, jeśli ta wynosiła mniej więcej godzinę i dziesięć minut albo więcej. W przypadku muzyki - nikt tego pewnie nie zauważy, ale w kontekście wielogodzinnych audiobooków było to już spore niedopatrzenie! Napisałem więc do działu technicznego firmy FiiO żeby zapytać, czy da się z tym coś zrobić, i proszę bardzo:

Fraza "The Engineer" oczywiście wywołała u mnie komiksowy rechot. Najwyraźniej sama Angela Spica zrobiła dla mnie co mogła! 

The Engineer to jednak potęga - otrzymałem linka do poprawionego firmware'u, a kilka dni później aktualizacja ta weszła w skład oficjalnego update'u na stronie firmy. Czuję więc teraz dumę: dzięki wspólnym siłom Anglisty oraz The Engineer użytkownicy oraz użytkownicy odtwarzacza Echo Mini na całym świecie mogą już spokojnie słuchać audiobooków. You're welcome, y'all.

Moim innym powodem do dumy był sam Nathaniel Yamaguchi - aktualny główny projektant linii DC Deck Building - lajkujący moje wywody na temat gry w mediach społecznościowych:

Drobiazg, a jak cieszy!

Ale dość już tego samozadowolenia! Po ostatnich wpisach komiksowych pozostało mi jeszcze nieco rzeczy, które nie zmieściły się do głównych tekstów... zacznijmy więc od Birds of Prey!    

...ale dotrzemy do nich nieco okrężną drogą. Od dłuższego czasu jestem entuzjastą komórkowej karcianki Marvel Snap - nie dość, że to nieźle zaprojektowana gra, to do tego umożliwia zbieranie całej masy autentycznych komiksowych grafik (oraz takich powstałych specjalnie na jej potrzeby). Wśród ogromu wariantów są tam między innymi urocze kreskówkowe ilustracje autorstwa Rian Gonzales. I były one cute enough, może nie na tyle, żebym z marszu rzucał się wydawać na nie wirtualną walutę... ale alternatywne okładki Birds of Prey błyskawicznie zmieniły mnie w fana pani Gonzales.       

Jak ta - Birds zinterpretowane jako akademikowa młodzież!

Detal, który najbardziej złapał mnie za serce? Zawieszone na ścianie wspólne zdjęcie Cass oraz Steph. Po ich wspólnej serii straszliwie brakowało mi obecności Stephanie Brown na łamach Birds of Prey - obie dziewczyny są dla siebie tak ważne! - a Rian Gonzales poklepała mnie po ramieniu i powiedziała no wiem, wiem, że w głównej serii nie ma Steph, ale mogę zrobić chociaż tyle.

So, thanks, Rian. It means a lot.

Cóż zrobić, wszystko rozumiem - to dlatego, że Cass została w tej serii narracyjnie sparowana z Big Bardą (co ma zresztą sporo sensu, both of them being raised as weapons and all). Może więc nie było Steph, ale na pewno było dosyć małych, luźnych scenek charakterologicznych:

Postacie z DC całkiem często grają w jakąś wersję Mortal Kombat - wszystko dlatego, że obie marki należą przecież do WB. Wydaliby w końcu Injustice 3 zamiast pakować rozmaite komiksowe "gościnne występy" po Mortalach, prawda?

Co do Big Bardy: we wpisie na temat serii wspominałem też o standardowym dla współczesnego DC przedstawianiu magii w formie przełamywania klasycznych zasad narracji wizualnej. Nie było niestety dobrego miejsca by zamieścić tę stronę, ale spójrzcie tylko na naszą bohaterkę sprzedającą podwójnego kopa:  

Tyle energii! Sam kop nie jest może magiczny, ale otoczenie już tak  to jedna z tych mistycznych krain położonych nieco na lewo od naszej rzeczywistości.

Nie znalazłem też dobrego miejsca na wplecenie do recenzji poniższej sekwencji, a parsknąłem przy niej śmiechem:

"You think they're not into bondage? C'mon."

Autorka, ustami Harley Quinn, pije tu do całej właściwie Golden Age Wonder Woman, kiedy to jej autor - William Moulton Marston - w bardzo otwarty sposób budował jej tożsamość oraz metaforykę dookoła warstwy fetyszystycznej oraz relacji posłuszeństwa/dominacji. Żart Harley jest z gatunku tych mrugnięciem oka zdradzających stan faktyczny: tak, przecież Lasso of Truth służyło początkowo dosłownie jako bondage rope, zaś ikoniczne bransolety nazywały się Bracelets of Submission i były reprezentacją kajdan. Historyczka Stanów Jill Lepore napisała na ten temat świetną książkę (która zdobyła zresztą laur American History Book Prize - nie w kategorii komiksu czy kultury, ale ogółem), i jeśli interesuje was historia Wonder Woman oraz ówczesnego feminizmu - mogę ją wyłącznie polecić. 

Co ciekawego nie zmieściło się zaś do wpisu o Catwoman: Lonely City?

Przede wszystkim: potężna Ma Hunkel!

"She's mellowed a bit since then."

Wonder Woman ma status ikony, ale to właśnie Ma Hunkel - w kostiumie Red Tornado - uważana jest za pierwszą superbohaterkę (pisałem o tym szerzej przy okazji filmu Black Adam). Jej obecność na łamach Catwoman: Lonely City to moim nie przypadek, a bardzo świadomy ukłon Cliffa Chianga w stronę kobiecej tradycji superbohaterstwa - z której przecież wyrosła później również i Selina Kyle. A zresztą, co ja w ogóle mówię: czy u Chianga cokolwiek w ogóle jest przypadkowe? Pisząc o tym komiksie chwaliłem głębię oraz zakres historycznych kontekstów, i od tamtej pory mój szacunek do niego wyłącznie wzrósł. 

Ale przecież nie samymi dyskusjami historycznymi oraz kontekstami żyje człowiek! Czasem potrzeba czegoś po prostu straight-up cool, i taka właśnie jest komiksowa transformacja Jasona Blooda w rymującego demona Etrigana.

Gone, gone the form of man, brzmi tradycyjna formuła; rise the demon Etrigan! U Chianga dostajemy nieco więcej... 

Holy crap.

To tak niewielka zmiana, ale tak uderzająca: Jason Blood w wersji Chianga musi umrzeć i spłonąć za każdym razem, gdy oddaje się we władzę demona; there is a cost to all magic indeed. Czy to również jakieś historyczne odniesienie, do odczytania którego brakuje mi jeszcze sprawności? Znając Chianga - może tak być, ale nawet na powierzchownym poziomie it's just plain cool.

A ponieważ wspomniałem już zarówno o DC Deck Building, jak i o Etriganie - mała ciekawostka! Otóż karty reprezentujące demona tradycyjnie są w tym systemie... pisane rymem. Oto Etrigan z Justice League Dark!   

W kontekście gry wszystkie te hasła mają jak najbardziej sens.

Ostatni powrót w tym wpisie to The Human Target

Widzieliśmy już dziś jedną z alternatywnych okładek do Birds of Prey, ale dwunastozeszytowa seria Toma Kinga również może nimi zabłysnąć. Stroi za nimi ciekawy koncept: wszystkie prezentują dokładnie ten sam pinupowy kalendarz, ale każdy numer to kolejny skreślony dzień...

...oraz dodatkowe małe detale odnoszące się do wydarzeń serii - raz plama krwi, innym razem odrobina lodu.

Jak na faktyczne okładki byłoby to może odrobinę monotonne, ale w wydaniu zbiorczym funkcjonuje idealnie - i podejrzewam, że właśnie z założeniem prezentacji w takiej formie tworzył je Greg Smallwood. 

I jeszcze jeden smaczek na koniec! Lubię powtarzać, że w grafice komiksowej - a przynajmniej tej artystycznie dobrej, nieprodukowanej na ostro narzucone wydawnicze tempo - nie ma właściwie przypadków. Jeśli będziecie czytać The Human Target, zwróćcie w jednym z numerów uwagę na obramowanie stron przerywaną linią:  

Co może oznaczać? Nie chcę odbierać wam zabawy, przeczytajcie komiks i dojdźcie do tego samodzielnie!

Dobrze, dość już siedzenia przed komputerem! Czas rozpocząć weekend - jak najlepszy i dla was, miejmy nadzieję. Powodzenia!

Tak tak tak...

ZIIP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz