All-Star Comics to tytuł-instytucja z korzeniami sięgającymi jeszcze roku 1940; i jak to bywa z takimi dostojnymi instytucjami, trzeba czasem określonego nastroju, by ponownie wstąpić w ich progi. Dlatego też tom All-Star Comics: Only Legends Live Forever przeleżał w moim stosiku lektur dobrych parę lat; ukazał się bowiem w 2019! Niedawny wpis o Power Girl popchnął mnie jednak ku przyjrzeniu się pochodzeniu postaci ze współczesnej perspektywy, a w rezultacie zostałem na dłużej z całą resztą Justice Society. Okazało się, że była to zabawa równie dobra, co przed dekadami; może nawet lepsza!
 |
| ♫ Umarł Batman, umarł, i leży na desce / Poświeć reflektorem, a zatańczy jeszcze! ♫ |
Magazyn All-Star Comics (formalnie: hyphenated, na okładce: nie) pojawił się na sklepowych stojakach w 1940 i właściwie z miejsca zapisał się w komiksowych annałach: już w numerze #3 doszło do zawiązania Justice Society of America, pierwszej archetypicznej drużyny superbohaterów: wcześniejszej o erę od Justice League czy Avengersów. To punkt, o którym w komiksowym światku mówi się z przyklękiem na jedno kolano - i kiedyś już ten przyklęk z dumą wykonałem, nie będę więc może dzisiaj się powtarzał!
 |
| Ilu poznacie superbohaterów zasiadających przy ikonicznym arturiańskim okrągłym stole? A tak, wszyscy są wypisani na okładce, nieważne (tylko biedny Johnny Thunder nie załapał się na grafikę). |
It was the Golden Age of superhero comics, a później - taka już kolej rzeczy - era przeminęła. Wraz z upływem lat boom na superbohaterów osłabł, a na popkulturowy top wszedł western, horror oraz romans. Nie będzie więc pewnie zaskoczeniem, że wraz z numerem #58 (1951) superbohaterom pozwolono odejść; ich miejsce zajęli kowboje, tytuł zmieniono na All-Star Western - i ten stan rzeczy miał się utrzymać przez nadchodzącą dekadę, aż do All-Star Western #119 w 1961.
 |
| All-Star Western #58: gdyby przyszło wam do głowy zabawić się niecnie kosztem jakiegoś komiksowego świeżaka, wyślijcie go na poszukiwanie numerów #1-#57! |
A ponieważ historia kołem się toczy, superbohaterowie wrócili do łask - lecz dziś przeskoczymy jednym susem cały ten piękny, kreatywny powrót w Silver Age! Renesans All-Star Comics nastąpił bowiem jeszcze później: dopiero w latach 1976-79. Trzydzieści pięć lat to właściwie pokolenie... i do tego właśnie rzecz się mniej więcej sprowadza. Już w latach '70 był to projekt retro; kontynuacja magazynu, który osoby będące wówczas u sterów wydawnictwa pamiętały jeszcze z własnego dzieciństwa. Chirurgicznie odcięto więc późniejszy All-Star Western i - z początkiem roku 1976 - do sklepów trafił nieistniejący nigdy wcześniej numer #58 All-Star Comics. Był to piękny moment całkiem realnego powstania alternatywnej rzeczywistości: a co, gdyby historia potoczyła się inaczej i superbohaterowie nigdy nie odeszli w cień?
Witajcie na Ziemi-2; superbohaterowie są tu aktywni od lat '30-'40 (czyli zgodnie z realnymi datami publikacji komiksów), starzeją się, przekazują pałeczkę młodszym pokoleniom. Superman ma już głowę oprószoną siwizną; Bruce Wayne - z dostojną fajeczką - doczekał się już dorosłej córki i, jako policyjna szycha, wszedł właściwie w buty komisarza Gordona. A Robin? Dick Grayson - choć jest już dorosłym mężczyzną - pozostał Robinem; ewolucja w Nightwinga miała przecież nadejść dopiero w latach '80, nikt więc nie śnił tu jeszcze o błękitno-czarnym stroju.
 |
| Możemy też spodziewać się wrażliwości uaktualnionej do tej z lat '70: otwartej obecności czarnych postaci lub zaznaczania szerszych problemów społecznych (odsyłam tu do mojej krótkiej teorii "czterech S" mogącej pomóc w analizie tej ery). |
Motywy przewodnie oraz tematyka będą tu bardziej interesujące niż poszczególne fabuły - te w większości twardo znajdują się w kategorii wesołych superbohaterskich historii awanturniczych. Ale to właśnie dekoracje, ozdobniki oraz praca charakterologiczna czynią powrót All-Star Comics tak fascynującym!
 |
| "Altogether, a slightly saner world --" |
Ziemia-2 z All-Star Comics to interesująca przestrzeń do narracyjnych eksperymentów: mająca już ponad pół wieku odpowiedź na tego męczącego socialmediowego kasztana, "a dlaczego superbohaterowie nie wpływają mocniej na historię, skoro są tacy super". W latach '70 gorącym tematem były relacje rasowe, otrzymujemy więc optymistyczny, podkolorowany pod tym kątem obraz: kwestia apartheidu, jak widać, doczekała się przykładowo rozwiązania.
A co do social mediów: wyobrażam już sobie współczesną burzę, która mogłaby towarzyszyć drugiemu panelowi powyżej! Absolutnie nie podejrzewam celowości ani złych intencji progresywnych twórców, ale nawet przypadkowe zrobienie z Capetown "Apetown" nie pozostałoby pewnie bez echa. Wspominam o tym faux pas, gdyż z miejsca przypomniała mi się afera z 2011, kiedy to wydawnictwo DC opublikowało mapę towarzyszącą wydarzeniu Flashpoint i okazało się, że alternatywna Afryka jest...
 |
| "...Ape-controlled". |
Po raz kolejny - była to zwykła niezręczność: inteligentne małpy to historyczny klasyk wydawnictwa DC, z całym
Gorilla City, pochodzącym z niego przeciwnikiem Flasha Gorylem Groddem oraz
programowaniem w gorilla bytes. No ale wyszło jak wyszło, a w 2011 ludzie zwracali już baczniej uwagę na podobne wpadki; o ile dobrze pamiętam, by uciąć dwuznaczności w reprintach zmieniono Afrykę na
"gorilla-controlled", co jest
odrobinkę bezpieczniejsze.
Odrobinkę.
Wracając do Earth-2: poza kilkoma kluczowymi różnicami świat ten nie odbiegał aż tak od rzeczywistości za oknem, i Alan Scott - oryginalny Green Lantern, tutaj już u szczytu "cywilnej" finansowej kariery - musiał przykładowo zmierzyć się z jednym z najstraszliwszych zagrożeń lat '70... recesją.
 |
| Trudno o motyw bardziej osadzony w realiach ekonomicznie trudnych lat '70! |
Na marginesie: Alan Scott pierwotnie miał się nazywać Alan Ladd, co stanowiło niezbyt subtelne odniesienie do Aladyna, innego posiadacza magicznego pierścienia; z planów zrezygnowano nie dla artystycznej finezji, ale by nie drażnić niepotrzebnie aktora o tym właśnie nazwisku.
Żeby jednak nie było zbyt smutno i realistycznie, poza recesją superbohaterowie mieli okazję stawi czoła odpowiednio fantazyjnym złoczyńcom. Oto mój faworyt: zakonserwowany w bloku bursztynu Zanadu, przybysz ze starożytnej Lemurii...
 |
| ...krainy szałowych kołnierzy disco! |
W ostatecznym rozrachunku Zanadu był - po wrestlingowemu mówiąc - kolejnym z długiej linii jobberów do oklepania, ale awanturnicze fabułki w All-Star Comics były pisane z prawdziwym biglem: łotr często wprowadzany był na marginesach zeszytu zupełnie o czymś innym, w drugim dostawał nieco więcej czasu ekranowego, by w dopiero w trzecim wyjść na pierwszy plan. To wzajemne przeplatanie się wątków i stała sztafeta zagrożeń dostarczały mi podczas lektury autentycznej radochy; często późno w nocy otwierałem kolejny zeszyt tylko po to, by zobaczyć na szybko, dokąd pójdzie wątek C. Dobrze, że były to wakacje, bo skacząc z wątku na wątek kładłem się nierzadko później, niż zamierzałem!
 |
| Wysuszona fizys starożytnego dänikenowskiego kosmity! Ukrochmalony purpurowy kołnierz disco! Złota kieta z orłem na klacie! Gdyby King Bruce Lee Karate Mistrz miał dostać własnego superłotra, byłby to z pewnością Zanadu. |
Pierwsze zeszyty zreinkarnowanych All-Star Comics pisał Gerry Conway: scenarzysta znany z przejęcia sterów poczytnego magazynu The Amazing Spider-Man (1972-75; to pod jego auspicjami doszło do rezonującej przez dekady śmierci Gwen Stacy, momentu równie formatywnego dla Petera Parkera - jeśli nie bardziej! - co utrata wujka Bena). Często to właśnie Conway uznawany jest za "twórcę" tytułu (nie bez powodu - to on wprowadził na łamy postać Power Girl, przykładowo) - choć jego staż to na dobrą sprawę cztery zeszyty, po których pałeczkę przejął Paul Levitz.
Mógłbym tu zanurkować w całe epopeje o tym, jak wielką postacią był dla komiksu Levitz: scenarzysta, redaktor, wydawca, historyk, aktywista, architekt. Urodzony w 1956 należał już do kolejnego pokolenia twórców komiksu: sam, jako dzieciak, wychował się na starych przygodach Justice Society. Lata '70 dobrze kojarzyć właśnie jako okres pierwszych fanów przejmujących pałeczkę w branżowej sztafecie pokoleń i Levitz jest doskonałym przykładem: to on, z sercem i pasją, cofnął się do ukochanych postaci z dzieciństwa i kontynuował ich przygody. W 1976 Levitz był też już uznaną firmą: to spod jego ręki wyszły klasyczne przygody Legionu Superbohaterów - te, na zbiorcze wydanie których nadal czekam!
Niezależnie jednak czy czytamy zeszyty spod ręki Conwaya czy Levitza, komiksowa Bronze Age stanowi okres natężonej dyskusji nad kwestiami społecznymi. Wcześniej wspominałem o kwestiach rasowych, które są na Ziemi-2 dość mocno idealizowane: z jednej strony pojawia się krytyka apartheidu oraz wizja harmonijnego społeczeństwa bez barier; z drugiej - trudno o pogłębioną dyskusję, gdy nie dostajemy na pierwszym planie żadnego czarnego superbohatera. No cóż, taki urok pisania o starych postaciach z lat '30 i '40, może ktoś zauważyć - i fakt, w tradycyjnym panteonie JSA mamy praktycznie samych białych facetów.
I chociaż Conway oraz Levitz nie przełamali barier na froncie rasowym, to należy oddać im honor za wprowadzenie na łamy All-Star Comics dwójki bohaterek: Power Girl oraz Huntress.
 |
| "--I--AM--NOT--A--"BROAD"!" |
Od pierwszego pojawienia się w 1976, Power Girl stanowiła barwną metaforę feminizmu drugiej fali. Pierwsza, by zarysować kontekst, była skupiona często na literze prawa: głosach dla kobiet, pełnym obywatelstwie oraz statusie prawnym, dostępie do edukacji. Feminizm pierwszej fali - wbrew pozorom - często był w swoich założeniach oraz metodach dość konserwatywny, kojarzony częściej z pokojowymi pikietami lub strajkami. Dopiero feminizm drugiej fali - od późnych lat '60 do wczesnych '80 - miał mocniejsze znamiona ruchu rewolucyjnego: towarzyszyły mu bardziej gwałtowne demonstracje lub działania artystyczne o prowokacyjnej naturze (nie, nie dochodziło jednak do z lubością przywoływanego przez niektórych "palenia staników"; odsyłam w tym miejscu do Smithsonian Magazine). Celem drugiej fali było realne - już nie tylko prawne! - zrównanie pozycji mężczyzn i kobiet w społeczeństwie, a więc stawianie tamy seksistowskim zachowaniom oraz walka o równość na polu społeczno-kulturowym. Bo co z tego, że kobieta może formalnie iść do pracy i zarabiać własne pieniądze, jeśli jest tam traktowana jak niepoważna paprotka-ozdoba i przynosi do domu okrojoną względem kolegów stawkę?
To oczywiście bardzo skrótowy zarys wybitnie kompleksowego tematu, ale - jak określano ją wtedy - women's lib lat '70 była pierwszym chyba szerokim społecznym przyzwoleniem (bądź przynajmniej walką o społeczne przyzwolenie), by kobieta była autonomiczna, stawiała twarde granice, mogła pozwolić sobie na urągające starszemu decorum złość i agresję względem niesprawiedliwości. To w tym kontekście należy postrzegać Power Girl zatrzaskującą Wildcatowi drzwi przed nosem; to nie po prostu jakaś wkurzona panna nie panująca nad emocjami, to twarde postawienie granic, być może po raz pierwszy - i dlatego tak emocjonalnie wybuchowe.
Interesującą pod tym kątem sekwencją jest napisany przez Conwaya wyścig Power Girl z pierwszym Flashem, Jayem Garrickiem.
 |
| "Or ist it just a sexist myth?" Conway mógł pewnie pociągnąć to jeszcze dalej i wziąć na feministyczny warsztat "man" z przydomku Flasha! |
Czy Power Girl jest szybsza? Zapewne nie; w licznych komiksowych wyścigach Supermana z Flashem palma pierwszeństwa należy zwykle do tego drugiego (chociaż obaj panowie ratują heroiczną twarz mrugając do nas okiem: come on, it was a show for charity, don't take it too seriously). Rzecz w tym, że Power Girl nie chodzi wcale o zwycięstwo; chodzi jej o samo bycie dopuszczoną do poważnej rywalizacji, o wyzbycie się tego statusu słodkiej "paprotki".
 |
| "---and even if I lose-- it'll be worth it!" |
Współczesne komiksy portretują Power Girl jako w pełni dojrzałą, pewną siebie kobietę - w kontraście do bardziej dziewczęcej Supergirl. W All-Star Comics Power Girl jest jednak dopiero świeżą krwią zespołu, walczącą o miejsce przy stole praktykantką - i stara się jak może, by wyjść z cienia mitycznej figury kuzyna.
 |
| "Don't patronize me, cousin! And don't give me any more orders, either!" |
To podwójnie ciekawa dyskusja, gdyż wiele pierwszych komiksowych superbohaterek było właśnie żeńskim odbiciem bardziej popularnej męskiej figury: Superman i Supergirl, Batman i Batwoman. Czasami postacie te powstawały dla doraźnego zysku (jak Supergirl, by raz jeszcze sprzedać historie z Superboyem, tym razem dziewczętom), czasem dla zaklepania trademarku (Spider-Woman), lecz trudno zaprzeczyć: superbohaterki często były wtórnymi cieniami superbohaterów.
Not anymore, słyszymy na łamach All-Star Comics. Power Girl - na poziomie tekstualnym oraz metatekstualnym - pragnie wyrwać się spod peleryny kuzyna. Tutaj emblematyczną może być scena, w której Star-Spangled Kid (inny młody praktykant przy stole Justice Society) pragnie wkupić się w łaski koleżanki... ale trafia jak kulą w płot:
 |
| Chrumknąłem ze śmiechu na tego "szownistycznego prosiaczka"; zgadza się, Kid nie jest najpostawniejszym z superbohaterów! |
Hej, a gdzie w sekwencji powyżej zniknęło markowe boob window? Ano w pewnym momencie zniknęło, ale nie towarzyszyła temu żadna otwarta dyskusja problemowa. Mogę też potwierdzić, że wielokrotnie powtarzana anegdotka Wally'ego Wooda o rysowaniu biustu Power Girl coraz większego w każdym kolejnym zeszycie to zdecydowanie wymyślony post hoc żart artysty; nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości.
 |
| Justice Society trafia też do arturiańskiej Anglii, gdzie Power Girl - chociaż dostała kostium damy dworu, nie wojowniczki - pokazuje agresorom rzecz lub dwię na temat women's liberation! |
Drugą bohaterką zarysowaną po raz pierwszy na kartach All-Star Comics jest Huntress.
 |
| THE MYSTERIOUS WOMAN IN BLUE ENTERS |
No dobrze, znaleźlibyśmy wcześniejsze postacie o tym przydomku, ale to na kartach All-Star Comics Huntress otrzymała swój markowy strój (zachowany właściwie do dziś, choć oczywiście z okresowymi aktualizacjami) oraz charakter. Ta wersja postaci to nikt inny jak Helena Wayne; tak, z tych Wayne'ów.
 |
| "Y-yer Batman's kid?" |
Helena to córka Batmana i Catwoman, sprawna jak rodzice w kwiecie wieku! Jej obecność to nie tylko kolejna okazja do ukazania postępów na polu feminizmu, lecz również Paul Levitz deklarujący jasno: na Ziemi-2 bohaterowie starzeją się, mają dzieci, odchodzą na emeryturę... umierają. Upływ czasu - w mainstreamowym "kanonie" lodowcowo powolny - tutaj jest realistyczny, pozwalając na mocne odróżnienie Ziemi-2 od tej standardowej. Jeśli Batman zadebiutował jako zamaskowany mściciel w 1939, nie powinno nikogo dziwić, że w w 1977 widzimy już jego dorosłą córkę.
 |
| "Ya even leave me a few bozos to punch out without my having ta ask ya!" |
Scena powyżej to papierek lakmusowy prezentujący charakter nowej bohaterki: Power Girl darła z Wildcatem koty (heh) od pierwszego spotkania, Helena jest zaś nieco łagodniejsza, przyjmująca komplement od starszego herosa i nie aż tak demonstracyjnie agresywna w swoim feminizmie. Czyżby więc pochwała umiarkowanej rewolucji?
Moim zdaniem interesujące jest odczytanie tych scen na nieco innym poziomie. Power Girl - ze swoim "szowinistycznym prosiaczkiem" oraz zatrzaskiwaniem drzwi przed nosem Wildcatowi - była ostrym katalizatorem, który wprawił w ruch całe koło napędowe. Gdyby Wildcat - proletariacki heros z sąsiedztwa, prosty chłop o chłopskim rozumie - nie utemperował się parę razy przy ostrej Power Girl, nadal byłby seksistowskim ćwokiem w momencie poznania Huntress. Helena jest dla niego drugą szansą na przyjęcie kobiety do zespołu; on już wie, że pewnych granic lepiej nie przekraczać, ona nie musi więc stawiać tak mocnych barier jak poprzedniczka, wszystkim jest więc generalnie lżej. Ale ktoś musiał wcześniej wykonać tę pracę.
Paul Levitz błyszczy dodatkowo nie stawiając obu pań w czarno-białej opozycji, to nie "dobra i zła feministka" wzorem "dobrego i złego gliniarza". Obie są po prostu różne, odmienne pod kątem mocy, pochodzenia, historii... lecz szybko stają się najlepszymi przyjaciółkami. Czuję tu mocne echa stażu Levitza w Legionie: jednym z pierwszych komiksów o mocno feministycznym zacięciu, w którym bohaterki już na przełomie lat '50 i '60 nie były tokenową reprezentacją, a pełnokrwistymi postaciami. Tytułu, w którym - ponieważ w drużynie była więcej niż jedna kobieta - dziewczęta mogły być przyjaciółkami, robić własne dziewczęce rzeczy i nie snuć się tylko w tle mdlejąc i wymagając ratunku. W All-Star Comics widzimy na przykład, jak fizycznie nieskończenie słabsza Helena okazuje się silna pod innym kątem i pomaga Karen w zbudowaniu podwójnej tożsamości:
 |
| Power Girl pokazuje się od innej, wrażliwszej, bardziej autentycznej strony - właśnie dlatego, że ma przyjaciółkę, z którą może to zrobić; nie musi już każdym oddechem rywalizować o szacunek w Justice Society. |
Docieranie się nigdy nie jest łatwe, ale im bliżej ostatnich stron All-Star Comics, tym lepiej widzimy Justice Society reorganizujące się na nowe czasy - nie tylko przyjmujące nowe członkinie, ale też z szacunkiem akceptujące ich perspektywę. Czasy się zmieniają i bohaterowie - by pozostać bohaterami - muszą zrobić to samo.
 |
| "And go easy on your cousin. It takes our generation a while to get used to gals like you." |
Tak, ten dostojny pan z fajeczką to Bruce Wayne - i spójrzcie tylko na tę uśmiechniętą Power Girl dającą mu się cmoknąć w czółko! Nawet szorstki bokser Wildcat daje się ostatecznie przekonać...
 |
| "You two gals outnumber a gang of men, so that's a lot of hogwash! Just go ahead and have a good time..." |
Co ważne - szacunek ten jest obustronny; to nie Power Girl wtłukująca wszystkim pięściami szacunek do głowy, to Power Girl uczciwie zapraszająca Teda na wspólny wieczór.
Aby jednak nie skończyło się zbyt słodko i cukierkowo, ostatnie historie z tomu Only Legends Live Forever są utrzymane w gorzkim tonie - lecz jest to gorycz tematycznie potrzebna. Fabuła użyczająca tytułu całemu zbiorowi opowiada o śmierci Batmana...
 |
| Dick Grayson jako dorosły mężczyzna nadal w stroju Robina wygląda osobliwie, ale powtórzę: New Teen Titans oraz transformacja w Nightwinga to przecież już lata '80! |
Co najciekawsze, finałowa ofiara oraz śmierć Bruce'a Wayne'a są wręcz dziwnie pozbawione wagi; ot, kolejny łotr miesiąca, kolejne zagrożenie jakich wiele... ale tym razem Batman umiera naprawdę. Zaskakująco to do mnie przemówiło: Bruce wydawał się pokonany nie przez jednego konkretnego złoczyńcę, a powoli starty na proch przez trudy oraz długość życia; ten ostatni łotr był już tylko ostatnim, symbolicznym popchnięciem. Only legends live forever... but people are just that, people. W końcu trzeba pozwolić im odejść - bez cudownego zmartwychwstania, bez powrotu zza grobu. Bruce zostaje złożony do mogiły, ale legenda żyje - w historii Gotham, we wspomnieniach innych bohaterów i bohaterek, w dziedzictwie Heleny Wayne w końcu; it's honestly touching, i takich właśnie doniosłych momentów brakuje czasem we współczesnym "kanonie", który panicznie ucieka od wszelkich oznak końca lub finalności.
Ostatnia historia to zaś Levitz wyprowadzający nam na pożegnanie czuły cios prosto w brzuch. Rozmowa pomiędzy Huntress i Power Girl jest okazją do retrospekcji pokazującej, co właściwie stało się z legendarnym Justice Society z początku lat '50; gdzie przepadli na ćwierć stulecia?
Naprawdę trzeba tłumaczyć?, wydaje się unosić brew rozbawiony gorzko Levitz; padli ofiarą senatora McCarthy'ego oraz HUAC, politycznie motywowanego House Committee on Un-American Activities z okresu antykomunistycznej paniki.
 |
| "This is a special hearing..." |
HUAC - całkiem realne ciało, które w imię sondażowych słupków dosłownie zniszczyło życie oraz kariery nie tylko wielu artystów, ale też zwykłych ludzi - żąda od Justice Society zdjęcia masek oraz deklaracji lojalności; Justice Society nie godzi się jednak na gangsterskie warunki i odchodzi, zachowując swoje zasady, ale i będąc zmuszonymi do opuszczenia publicznego życia. Levitz ma tak mocne uczucia na temat HUAC, że dubluje morał ustami Huntress:
 |
| "Nope. Not a super-villain in sight. Not even a dishonest man. Simply a madman who got himself a little power and started to use it to crush people." |
To właśnie takie momenty sprawiają, że jako entuzjasta medium wywracam oczami, gdy słyszę nieproporcjonalne pochwały pod kątem powieści graficznych z późnych lat '80; Alana Moore'a, Franka Millera, Sandmana z linii Vertigo. Cenię oczywiście ich artystyczne osiągnięcia i będę pierwszy do docenienia ich realnych zasług, ale jeśli czytam gdzieś w "poważnej analizie", że "komiks superbohaterski nigdy wcześniej nie odnosił się do podobnych spraw" - myślę po prostu nie; to zwyczajne zignorowanie całych skrzących się od kreatywnego fermentu, problematyki społecznej oraz osobistych deklaracji lat '70.
Rysunki - szczególnie ze współczesnym kolorowaniem - mogą wydawać się zbyt krzykliwe, zaś wiele fabuł to pulpowe bzdurki, których superbohaterskie magazyny są generalnie pełne. Nie jest to może lektura, do której w ciemno wysłałbym nowicjuszy w hobby... ale myślę, że im głębsza jest wasza znajomość kontekstów - tym więcej radości przyniesie wam ten renesans Justice Society z końca lat '70! Z początku siedziałem wieczorami chichrając się z kostiumu złowrogiego Zanadu z Lemurii; odkładając tom miałem w głowie zmiany społeczne lat '70, gorzkie echa mccarthyzmu... oraz, przede wszystkim, czystą miłość do medium oraz postaci, którą Paul Levitz przelewał hojnie na te strony.
Było warto.