Wśród płyt kupionych za grosze znalazł się krążek Urban Jazz autorstwa George'a Tandy'ego - z okładką, z niewiadomych przyczyn, przebitą na wylot dziurkaczem. Jeśli nazwisko kompozytora nic wam nie mówi, cóż - nic dziwnego! Dopiero jego syn, George Tandy Jr., zrobił większą karierę oraz doczekał się wpisu na wikipedii. Pan Tandy starszy przenosi nas prosto do roku 1992, gdzie klasyczny jazz miesza się z nowocześniejszymi, bardziej faktycznie miejskimi brzmieniami... ale rezultat nie jest olśniewający, oscylując w rewirach muzak, muzyki tła do lobby czy kawiarni. Ale hej, taka muzyka też jest potrzebna, a zamykająca krążek kompozycja Katrina Rose jest chyba najlepsza z całego albumu: delikatna, nieprzekombinowana, refleksyjna. Co jak co - to się panu Tandy'emu udało.
Jak głosi marketingowy tekst na stronie artysty,
George Tandy Sr. brings major events to life. All eyes and ears are upon the band. In some cases you can hear a pin drop. The anticipation grows. George struts in and sits gingerly at the a grand piano. Shortly thereafter the magic starts with a few notes. The crowd is mesmerized.
Nie będę tego kwestionował. Nie po Katrina Rose.
Play it again, George.
(Tak, wiem, cytat z Casablanki jest bez "again"... ale wszyscy pamiętają go z "again", nie ma co więc kopać się z koniem.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz