Mamy coś lekkiego do obejrzenia?, zapytała żona pewnym dość późnym wieczorem - i oczywiście, tylko czekałem na taką okazję! Streets of Fire (1984) to idealny film, gdy wypiło się już drinka lub dwa: może nie stricte komiksowy, ale to i tak wystylizowana do granic rozrywka. Nie spodziewaj się głębokiej fabuły, zacząłem może nienajlepiej marketingowo, ale jest dużo fajnej muzyki, a całość jest jak... (i tutaj mnie olśniło) pełnometrażowe "Riverdale".
A Rock & Roll Fable, głosi podtytuł. Całość dzieje się w mieście (jakim? nieważne, po prostu w archetypicznym MIEŚCIE, wielkimi literami) do którego wraca z wojny (której? patrz wyżej) nasz dobry chłopak (Archie, sezon 5). Za dualizm Betty/Veronica odpowiadają weteranka McCoy oraz piosenkarka Ellen; całość osadzono w płynnej bezczasowości, która łączy popisowo lata '50 (greaser gangs, rock'n'rollowe stylówy, kultura samochodowa) w wczesnymi latami '80 (wszechobecny urban decay).
It's an over-the-top delight.
Streets of Fire był finansową klapą, a recenzenci z epoki nie wiedzieli za bardzo, jak ten film ugryźć (chociaż nieoceniony Roger Ebert przyznał mu 3 na 4 gwiazdki - wiecie już pewnie, że gust jego oraz mój często się pokrywają). Moim zdaniem wyprzedzał jednak swoje czasy: umowny, remiksowy another time, another place zapowiadał nie tylko RoboCopa, jak uważa scenarzysta, ale i - moim zdaniem - późniejszego o pięć lat burtonowskiego Batmana, również łączącego z powodzeniem ikonografię odległych dekad w jednym uderzającym symulakrum.
Jedna z otwierających scen wystarczy, by wyczuć nastrój całości:
Jak wyglądałoby szczytowe Riverdale jako pełnometrażowy film z lat '80? Streets of Fire dostarczą wam odpowiedzi; powiem bez wahania - cult classic!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz