wtorek, 6 kwietnia 2021

Spider-Woman: Shifting Gears

W waszych listach pytacie: Anglisto, co fajnego warto przeczytać, jeśli chodzi o komiksy superbohaterskie? Gdzie zacząć? Odpowiedź na to pytanie czasem jest prosta - weź postać, którą lubisz i zacznij czytać od zeszytu/zbioru numer #1 - ale niekiedy jest wprost przeciwnie. Niekiedy seria zaczyna się od numeru #1, ale zakłada już wcześniejszą znajomość innej (lub wręcz kilku); innym razem wydanie zbiorcze stara się opowiedzieć wszystko o danej postaci, rezultatem czego jest chaotyczna mieszanka kilku serii - często o różnych stylach narracyjnych i graficznych. Albo z jeszcze innej strony - nie wiem, czy poleciłbym osobie zainteresowanej X-Menami rozpoczynanie od X-Men #1 z 1963 roku; może lepiej coś współcześniejszego i pod kątem scenariuszowym, i wizualnym? W komiksowym środowisku zwykło się więc darzyć pewną estymą komiksy, które są good entry points - tymi mitycznymi dobrymi punktami wejścia dla nowych czytelników. Takim komiksem jest, moim zdaniem, seria Spider-Woman: Shifting Gears.  

Tytułowa Spider-Woman - Jessica Drew - nie ma właściwie nic wspólnego ze Spider-Manem; środowiskowa plotka mówi wręcz, że nazywa się tak (lub wręcz została stworzona) tylko dlatego, żeby wydawnictwo mogło zaklepać trademark. Moce zyskała jeszcze pacholęciem będąc, w rezultacie eksperymentów medycznych; jej umiejętności to w ogóle dosyć eklektyczny zestaw - poza standardowym pakietem bycia nadludzko silną i wytrzymałą potrafi też łazić po ścianach (trzeba w końcu jakoś uzasadnić, dlaczego spider), emitować bioelektryczne venom blasts (actually not venom at all), wpływać na innych emitując feromony, a do tego jest wysoce odporna na wszelkie toksyny. Karierę zaczynała jako agentka Hydry, ale szybko zmieniła strony i teraz - jako jedna z Avengers - gra w zespole good guys.

Nic z powyższego nie jest szczególnie istotne w kontekście serii Shifting Gears; jak okładka sugeruje, jest to tytuł opowiadający przede wszystkim o Jessice w ciąży oraz w roli świeżo upieczonej matki. Od pierwszych stron chodzi więc z wielkim brzuchem, wydzwania do swojej psiapsióły Captain Marvel (Jess opowiada jej, jak to być w ciąży, Carol z kolei rewanżuje się swoimi kosmicznymi przygodami - i obie są wzajemnie pełne podziwu), oddaje dotychczasowe crime-fighting duties w ręce zrehabilitowanego drobnego superłotra o ksywie Porcupine i - w końcu - udaje się na urlop macierzyński. Co oczywiście nie oznacza, że okazjonalnie nie może komuś wkopać; musi jednak bardziej niż zwykle polegać na pomocy przyjaciół.

Oczywiście, Carol podpuszcza Tony'ego, który wraca do niej po chwili przypalony venom blastem wkurzonej gospodyni. Jak zwykle, zachęcam do powiększenia paneli - dużo uroczych imprezowych detali w tle!

To świetna mieszanka superhero silliness oraz bardziej osobistej historii Jessiki. Tak, nasza bohaterka musi znaleźć dobry oddział położniczy - dlaczego by więc nie skorzystać z pełnego obcych galaktycznego szpitala, który rekomenduje jej gorąco Captain Marvel? Gdy dziecko już przychodzi na świat (nie demon, nie kosmita, nie robot - po prostu dziecko, miła odmiana), a samotna Jessica ogarnia je, jak tylko umie, odwiedzają ją kolejne bliskie osoby - a że jest to superhero comic, osobami tymi są na przykład She-Hulk oraz Patsy Walker (znana także jako Hellcat). 

 
It's loads of fun. Kiedy siedzi się już w tych historiach latami, to więcej radości przynosi nie She-Hulk w super scenie akcji, w której nokautuje łotra numeru, ale She-Hulk odwiedzająca przyjaciółkę z paką pieluch w prezencie. Nie Captain Marvel ścigająca się z wrogim kosmicznym myśliwcem czy dowodząca stacją orbitalną podczas kryzysu, ale Captain Marvel pozwalająca sobie na założenie makijażu na macierzyńską imprezę i wykorzystująca moce latania, by porozwieszać dekoracyjne sznury lampek. Oglądanie wszystkich tych postaci w codziennym życiu jest tym zabawniejsze, że znamy je z ich kinda silly heroicznych inkarnacji; a z drugiej strony, przygody tych bohaterskich, action-oriented osobowości stają się bardziej emocjonujące dzięki temu, że znamy taką Spider-Woman również jako niewyspaną i tonącą w pieluchach Jessicę Drew. I właśnie ta dychotomia, ta symbioza obu narracji sprawia, że superhero stories can be so much fun.

Całość jest do tego sprawnie narysowana, z odrobiną zabiegów formalnych, które nadają serii dodatkowej lekkości. Spójrzcie na przykład na sekwencję, w której przyjaciółki (i Hawkeye) wyciągają Jessicę na pierwsze po porodzie wyjście na miasto, a za opiekę nad dzieckiem bierze się w tym czasie brodaty Porcupine, zreformowany przestępca i przyjaciel Jessiki:


Patsy i ja dogadalibyśmy się doskonale! Pomimo katastroficznych myśli Jessiki Porcupine jest bardzo sprawnym opiekunem, sam wychował w końcu córkę

Te piktogramy to, moim zdaniem, fantastyczny pomysł na imprezowy small talk - leciutkie, niewymuszone i nadal prezentujące świetnie zarówno charakter postaci, jak i etapy wieczoru! Gdy dodać do tego zmianę stylu rysowania postaci - wyłącznie czarne kontury - całość wybija się z reszty klasycznej narracji i naprawdę nabiera rytmu filmowego montażu muzycznego.

W skład serii Shifting Gears wchodzą trzy tomy: Baby Talk, opowiadający o ciąży, porodzie, ataku kosmicznych porywaczy na kosmiczny szpital - w końcu trochę superhero action też potrzeba - oraz pierwszych tygodniach Jessiki z dzieckiem. Tom drugi, Civil War II, ma za tło wydarzeń ówczesny big event Marvela (Marvel does Minority Report, mniej więcej) i nadweręża nieco relacje pomiędzy Jessicą a Captain Marvel; zaś trzeci, Scare Tactics, skupia się na konsekwencjach odejścia brodatego Porcupine'a od przestępczego życia. Jak to z mafią - you can't just leave. Wszystko to składa się na kompletny i satysfakcjonujący rozdział z życia Jessiki Drew.

Autor tej serii - Dennis Hopeless - pisał też poprzednią serię ze Spider-Woman, której Shifting Gears jest bezpośrednią kontynuacją - w poprzedniej serii widzimy na przykład, dlaczego Jessica odeszła z Avengers, zmieniła kostium oraz jak poznała swoją supporting cast w osobach Porcupine'a (wtedy jeszcze nie zreformowanego) czy doświadczonego reportera Bena Uricha. Dlaczego więc nie polecam rozpoczęcia od chronologicznie wcześniejszej serii?

Ano głównie dlatego, ze rozpoczyna się ona w środku innego crossoveru Marvela - SpiderVerse - i wydarzenia pierwszych zeszytów będą straszliwie chaotyczne i nieciekawe dla osoby, która nie zna kontekstu (a dla osoby, która zna - niestety niewiele lepiej). Dopiero w drugiej połowie tej serii zaczyna się robić dobrze, ale wciąż nie na tyle, by była to lektura obowiązkowa - śmiało można zacząć od pierwszego tomu Shifting Gears, gdzie status quo jest już zbudowane, a autor ma więcej doświadczenia i lepiej czuje postać.

Tak wyglądał stary kostium Spider-Woman - doceńcie też piękne zdjęcie w jej dłoniach, którym dręczy Bruce'a Bannera...

...a tak wygląda nowy strój, bo zorientowałem się, że w żadnym do tej pory wklejonym kadrze nie ma Spider-Woman w jej superhero mode! Mniej bodypaint i maska, a bardziej skórzana kurtka i okulary; korzystna zmiana.

Skupiałem się do tej pory bardziej na przyziemnej, ludzkiej stronie tej historii, ale make no mistake - poza nią mamy też sporo intensywnej superbohaterskiej akcji, gdzie Jess wsiada na motocykl i rusza mścić różne niesprawiedliwości, jak na członkinię Avengers przystało. Znacie już chyba moje preferowane składniki dobrej superhero story - akcja, humor, soap opera - i w Spider-Woman: Shifting Gears znalazłem wszystko to, co lubię! Pozwolę więc sobie wrócić do pięknej blogowej tradycji z zamierzchłych wieków i ostempluję ten tytuł swoim znakiem jakości:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz