piątek, 17 października 2025

Knédżi: polemika, przeszczepy, praindoeuropejski i paranormalność!

Zgodnie z zapowiedzią ostatnio -  Knédżi powróciły ekspresowo; dwa tygodnie to chyba ewenement w skali bloga! Długi październikowy weekend spędziłem niestety kaszląc i smarkając, ale miałem dzięki temu masę czasu na lekturę. Kto by tam wolał jakieś imprezy, towarzystwo, gry i drinkowanie, prawda? Prawda?

Cóż innego mi zostało? Oczywiście!

Regularnie przychodzi czas, by wrócić do mojej starej akademickiej specjalności. Tak jest, zaczynamy od okolic Lovecrafta! 

Matt Ruff to, obok Ruthanny Emrys, czołowy przedstawiciel polemicznego nurtu współczesnej lovecraftiana: ewolucji oraz reinterpretacji oryginalnych motywów. Kiedyś już wspomniałem, że teksty wyrastające z lovecraftowskiego pnia lubię dzielić na trzy gałęzie: pastisz (rzeczy imitatorskie wobec kosmicznego horroru oraz języka oryginału), pulpę (post-derlethowski nurt przygodowy) oraz polemikę (rozwój, reinterpretację, retelling z odmiennej perspektywy). Hej, wcześniej o tym trzecim elemencie pisałem jako o "dyskusji", ale udała mi się w końcu komiksowa aliteracja z trzema "P"!

Wszystkie te nurty są wartościowe; pastisz może być fantastycznym pokazem warsztatu, pulpowe przygody to lekka rozrywka... ale to właśnie na teksty z polemicznego, intelektualnego nurtu czekam zwykle najbardziej. Destroyer of Worlds to bezpośrednia kontynuacja Lovecraft Country: powieści przewrotnie konfrontującej rasistowskie źródła lęków Lovecrafta z perspektywą czarnej społeczności z lat '50, z okresu segregacji rasowej pod prawami Jima Crowa. Ruff wirtuozersko brał tam na warsztat całe lovecraftowskie wątki i fabuły; motyw zamiany ciał z obcą istotą zrealizowany jest przykładowo jako historia czarnej kobiety tymczasowo zmieniającej się (dzięki "magicznej miksturze") w białą, co stanowi punkt wyjścia do dyskusji o relacjach rasowych, autokreacji tożsamości oraz komforcie bycia "passing as". Kiedy zaś ktoś czarny wprowadza się do białego sąsiedztwa i na posesję włazi trzech lokalnych rasistów, jest to czytelny remiks króciutkiego opowiadania The Terrible Old Man - w którym trójka chłystków o "obco" brzmiących nazwiskach (Ricci, Silva, Czanek) nachodzi lokalnego starego kapitana, co kończy się dla nich nadnaturalną karą. I tak dalej, i tak dalej; im lepiej znacie oryginalną twórczość Lovecrafta, tym więcej radości przyniesie wam Matt Ruff tańczy od tekstu do tekstu i z reżyserską fantazją deklarujący "OK, a tu tak zmienimy perspektywę, a tu inaczej to obsadzimy, odmiennie rozegramy".

Lovecraft Country nie robi może szczególnego wrażenia jako samodzielna fabuła - ot, trochę sagi rodzinnej i dyskusji nad rasizmem w Stanach, nic nowego - ale dostarcza przyjemności takiej, jak pozornie znajoma sztuka teatralna absolutnie postawiona na głowie przez awangardowego reżysera. Co ważne, nie jest to jednak sztuka dla sztuki: Ruff bierze lovecraftowski paradygmat i kręci nim oraz obraca jak fragmentem układanki, dopasowując go do kolejnych scen i analizując, co z tego wynika.

Piszę tyle o poprzedniej powieści Ruffa, gdyż Destroyer of Worlds to jej bezpośrednia kontynuacja: ponownie spotykamy te same postacie, kontynuowane są poszczególne wątki (przykładowo: czarna Ruby wcielająca się regularnie w białą "Hillary", jak nazwała swoje alter ego) - choć oczywiście nie zabraknie i nowości, jak obecność bomby atomowej (jak ta technologia wpisuje się w lovecraftowskie konteksty?) oraz sugerowana tytułem dyskusja nad słynnymi słowami Oppenheimera (oraz ich oryginalnym kontekście z Mahabharaty). Dodatkowo okazuje się, że efektowna bomba atomowa to jedno, but the universe truly is uncaring: śmierć potrafi przyjść w dużo mniej bombastycznym wydaniu, przypadkiem i bez sensu.

Podobnie jak Lovecraft Country, to lektura na więcej niż raz; myślę, że dopiero wtedy wyciągnę z niej pełnię smaczków interpretacyjnych. W duecie z poprzedniczką - to cudownie świadoma swoich korzeni powieść, w której zanurzam się i myślę "mmm, szkoda że to nie ja ją napisałem - tak bardzo trafia w moje zainteresowania".   

The queen is back! Na nową książkę Mary Roach - gwiazdy popularnonaukowego reportażu tak jasnej, że tytułami poprzednich książek zapoczątkowała cały wydawniczy trend i serię naśladownictw - przyszło nam czekać od 2021, i w końcu w nasze ręce trafiła Replaceable You

Tym razem niestrudzona reportażystka - powoli zbliżająca się już do siedemdziesiątki - przyznaje, że starość nie radość i warto rozejrzeć się za częściami zamiennymi dla strudzonego organizmu. Od ratujących życie przeszczepów po czysto estetyczne modyfikacje, od historycznych początków dziedziny (przeszczepy żabich skór!) po najnowsze technologie; Mary Roach nigdy nie rości sobie prawa do bycia autorytetem, ale - jak zwykle - z zapałem szuka ludzi, którzy nimi , po czym naciąga ich na wywiady (bo cóż nadaje się lepiej na restauracyjną konwersację niż protezy odbytu?). Autorka posiada cudowną pokorę, przekomicznie łącząc techniczne dyskusje z samokrytycznym opisem laboratoryjnych techników załamujących ręce nad "tą durną kobitą", która nie potrafi nawet założyć samodzielnie kombinezonu; wszystko jest więc nie tylko ciekawe pod kątem merytorycznym, ale i nieprzerwanie ludzkie, bliskie, autentyczne.

Mary Roach pisała już o różnych obrzydliwościach, ale ta książka zasługuje moim zdaniem na laur najbardziej obrzydliwej - od chirurgii rekonstrukcyjnej penisów oraz tworzenia nowych wagin aż po opis tradycyjnych metod leczenia zaćmy na mongolskim stepie. I do not think myself squeamish, but after this book - maybe I should; były autentycznie momenty, kiedy fizycznie robiłem miny podczas lektury. Od żelaznego płuca (Mary oczywiście do niego wlazła; wytrzymała niecały kwadrans, podczas gdy niektórzy spędzali w nim całe życie) po transgeniczne świnie (które, po długich staraniach, odwiedziła w odizolowanej chińskiej placówce) - wszystko składa się w barwną, budującą historię postępu medycyny oraz ludzkości ogółem (choć po opisie procedur pompowania tłuszczu w meksykańskiej klinice chirurgii plastycznej można w to nieco zwątpić).

Humor humorem, lecz sama autorka - nawet żartując o nadchodzących po nas wszystkich sztucznych penisach - wydaje się coraz bardziej melancholijna, a z jej dowcipu przebija nuta jesiennego stoicyzmu. Jest jak jest, mówi Mary, ale zachowuje przy tym uśmiech; i mam nadzieję, że - choć dużo tu rozważań o przemijaniu - spotkamy się jeszcze nieraz! 


Przy okazji spotkania z Mary Roach nie nasyciłem się jeszcze do końca dziennikarstwem popularnonaukowym, sięgnąłem więc po Proto: How One Ancient Language Went Global (hej, a cóż to za roachowska struktura tytułu?) - pozycję, w której dziennikarska Laura Spinney podejmuje się karkołomnego zadania przybliżenia szerszej publiczności zagadnień związanych z historią języka praindoeuropejskiego (Proto-Indo-European).

Główny problem w tym, że taki nawet sanskryt - nawet sanskryt wedyjski - to przy praindoeuropejskim młodzieniaszek, doskonale znany i opisany. Mówimy wszak o języku sprzed sześciu tysięcy lat, bez żadnych zachowanych źródeł pisanych; wszystko co wiemy (?) na jego temat jest wyłącznie rekonstrukcją. 

Obrazowo mówiąc, dokonanie tejże rekonstrukcji przypomina gigantyczne sudoku: językoznawcy analizują języki w poszukiwaniu podobieństw, starając się odtworzyć wspólne rdzenie słów oraz przejść wspak przez procesy ewolucyjne. Na dobrą sprawę nie ma nawet pewności, czy praindoeuropejski koniecznie istniał; wedle konkurencyjnej hipotezy zbieżności językowe mogą być nie dowodem wspólnych korzeni, a równoległej wymiany oraz zapożyczeń. Pomóc starają się badacze historii, folkloru, antropologii; wszystkie te dziedziny nakładają na spekulacje językoznawcze własną siatkę spekulacji, tworząc bardzo chwiejny i poddający się wielorakim interpretacjom system wzajemnych zależności. Wracając do sudoku: jeśli założymy, że w tym polu jest trójka lub piątka, to w logiczne będzie, że tym drugim może znajdować się... 

...ale możemy też założyć kompletnie coś innego. Wyobraźcie sobie współczesnego badacza latami budującego mozolnie całą strukturę koncepcyjną opartą o dziewiętnastowieczną hipotezę - której z kolei podstawą było to, że trzem językoznawcom-antropologom wydawała się generalnie w miarę przekonująca. W tej skali czasowej zarówno udowodnienie, jak i obalenie czegokolwiek zaczynają zbliżać się do niemożliwości - i musimy po prostu zaakceptować, że pewnych rzeczy się nie dowiemy, możemy co najwyżej uzgodnić dobrze uargumentowaną rekonstrukcję... licząc na to, że ktoś ją w końcu obali i zastąpi jeszcze doskonalszą.

No nie wiem, czy tak naprawdę było, możemy skomentować osiągnięcia rekonstruktorów, na co ci mogą odparować: szczerze mówiąc to my też nie wiemy, ale co, masz lepszą koncepcję? No to japa.

O ile Proto pomoże wam pewnie w zapoznaniu się z pewnymi fundamentami językoznawstwa, jak metoda porównawcza czy prawa przesunięć głosek, o tyle im bliżej ku szczegółowości - tym bardziej wchodzimy na grząski grunt spekulacji oraz rywalizujących hipotez. Autorka stara się nadać informacjom ważnej dla tekstów popularnonaukowych opowieściowości, ale miejscami trudno byłoby mi wskazać, czemu ta konkretna wersja jest przez nią prezentowana jako preferowana względem, nie wiem, ery hyboryjskiej Howarda

Jeśli chodzi o kwestie historyczne, spodziewajcie się dyskusji na temat wszystkich tych grup etnicznych, które wywoływały wesołość jeszcze podczas szkolnych lekcji historii: tu kultura grobów jamowych, tam pucharów dzwonowatych. Nazwy te wskazują dobitnie nasz stan wiedzy: po całych tych grupach pozostało właściwie niewiele więcej niż charakterystyczna metoda pochówku czy typ naczynia, i nawet najnowsze badania DNA czy wspomaganie analiz sztuczną inteligencją raczej tego nie zmienią. 

Niezamierzoną perłą komizmu było dla mnie, że wspomniana kultura pucharów to po angielsku beaker people. Przy każdej wzmiance o nich miałem więc przed oczami muppeta Beakera, i takimi właśnie zapamiętam hordy beaker people przemierzające starożytną Europę:        

Mój przodek 🥹

Im bardziej wynurzamy się z mroków przedkronikarskiej historii, tym generalnie robi się klarowniej: autorka prowadzi wywód aż ku współczesności, z przystankami na przykład przy starocerkiewnosłowiańskim, by następnie - przez krótką historię języków słowiańskich - dojść aż do polskiego... oraz wizyty w Krakowie. I o ile zawsze jest ciekawie zobaczyć związki pomiędzy morfemami (Słowianie - od sława/sławić/słowo, w znaczeniu "lud mówiący naszym językiem"), o tyle odkładając Proto miałem poczucie rozpoczęcia od bardzo szerokich spekulacji, a zakończeniu na ciekawostkach właśnie.

Ale mimo wszystko jest tu wartościowa konkluzja: ewoluującym od tysięcy lat językom, przypomina autorka, daleko od osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych koncepcji nacjonalistycznych; jakakolwiek "narodowa czystość języka" to wyłącznie narzędzie propagandy politycznej, a z lingwistycznego punktu widzenia: bzdura nie do obronienia. Języki stale ewoluują, zmieniają się, dokonują wzajemnych zapożyczeń - czy to w wyniku migracji, zmian balansu sił społecznych, czy jednego z całego wachlarza innych socjologicznych powodów.

Christopher Golden nie musi tego robić - nadzorował wcześniej już trzy antologie prozy z Hellboyem, (o cudownych kolejnych tytułach: Odd Jobs, Odder Jobs oraz Oddest Jobs), nie mówiąc już o jego własnej twórczości w tym uniwersum - ale już we wstępie wymienia z nami komiksiarski uścisk dłoni: so, pamcakes, eh? And drinking with skeletons? O "pamcakes" już wspominałem, czas więc na kolejny słynny panel:

Hellboy: The Island #1, czerwiec 2005

Wygląda to jak wesoły Hellboy chełpiący, zaczepny i z lekka już wstawiony, ale oryginalny kontekst panelu jest nieco smutniejszy: grupa żeglarzy, z którymi nasz czerwony bohater pił oraz odnalazł nieco komfortu, okazuje się być martwa od dawna; Hellboy orientuje się, że uległ iluzji i spędził kawał czasu siedząc przy pokrytym pajęczynami stole z zakurzonymi szkieletami. To więc nie tyle "jestem gość, nawet ze szkieletami będę imprezował", co "kurde balans znów wyszedłem na ćwoka, nie jestem teraz kobito w nastroju". Ale wiadomo, jest prawda komiksu i prawda mema; picie ze szkieletami zostało zapamiętane jako jedno z klasycznych hellboyowych wydarzeń. 

A antologia jak to antologia: lepsze teksty przeplatają się ze słabszymi, choć wszystkie są przynajmniej w porządku: żaden nie uderzył mnie jako wybitnie bolesny, co samo w sobie jest już dowodem pewnego obycia Goldena. Bardzo zabawnym dokumentem czasu powstania (zbiór ukazał się w 2017) jest tekst Jonathana Maberry'ego nawiązujący do... Hamiltona, który święcił wtedy triumfy; duchem nawiedzającym miasteczko okazuje się sam Aaron Burr, zaś jedyną metodą egzorcyzmu: pokonanie go w pojedynku na pistolety, co dla przyciężkiego Hellboya jest perspektywą fest niefajną (Burr being master duelist and all).  Laird Barron - autor horrorów z okołolovecraftowskich okolic, z którym mimo prób nigdy szczególnie się nie zgrałem - dostarcza nam całkiem zgrabną historię o konfrontacji Hellboya z zamieszkującymi odludny kompleks białymi separatystami; Weston Ochse funduje zaś klasyczną przygodę w odległych krajach, gdzie dzieją się rzeczy straszne, a po niebie latają vimany, dänikenowskie rydwany bogów z hinduskiej mitologii (tak, w środku siedzą obowiązkowi kosmici).

Redaktor podkreśla, że ogromna część uroku Hellboya to jego bardzo ludzka strona: to, jak autentycznie kocha swojego mentora/przybranego ojca oraz resztę zespołu z BPRD; ta odrobina niedzisiejszości, z markowym "crap", ale bez brzydszych słów, no po przecież dawno, dawno temu został lepiej wychowany; szorstkość będąca mechanizmem obronnym weterana, który koniec końców na pewno zachowa się w porządku - bo przecież nie bez powodu zostawił za sobą piekło. Zgadzam się z tym w pełni, i dlatego właśnie najlepsze teksty antologii to te skupione nie na akcji, a na charakterach, relacjach, nastroju. Moim ulubionym był chyba The Other Side of Summer, z Hellboyem-szczawiem spotykającym na wakacjach córkę pisarki; zaprzyjaźniają się, spędzają nieco czasu razem i koniec końców rozjeżdżają się w swoje strony, bo każde wakacje kiedyś się kończą. Hellboy wasn't used to making friends, but he was even less used to losing them; nie dzieje się tu tak naprawdę nic dramatycznego czy bombastycznego, to po prostu nostalgiczna historia z dziecięcych wakacji - tych, podczas których nawiązywaliśmy nowe znajomości i na koniec, z kiełkującą świadomością nieprawdopodobieństwa, mówiliśmy sobie nawzajem "hej, jeszcze na pewno kiedyś się spotkamy"

Chelsea Cain - scenarzystka znana mi z z uroczej serii Mockingbird (2016) - dryfuje w podobne rejestry, opisując przygody nastoletniej Liz Sherman uciekającej z BPRD w 1976, bo trudno wszak być samotną nastolatką z niebezpiecznymi mocami w odizolowanej od świata agencji. Ponownie: to nie pełna napięcia historia sprytnej ucieczki, a autostopowa podróż pod drogach Ameryki przeżywającej właśnie bicentennial, z echami drogowego etosu hipisowskiego jeszcze - i samotnie podróżująca dziewczyna nie jest w tym okresie wyjątkowa... choć nasłucha się od spotykanych na drodze życzliwych, by może jednak zadzwonić do domu i dać rodzicom nieco spokoju ducha, cokolwiek ich poróżniło.

Analizy charakteru Liz próbuje też Seanan McGuire (którą ostatnio widzieliśmy na tych łamach przy okazji solidnej Angel of the Overpass), ale podchodzi do tego w najbardziej wyświechtany sposób: konfrontując bohaterkę z "siostrą" reprezentującą jej ognistą, destrukcyjną stronę (ale i zarazem cierpiącą oraz odrzuconą) - aż do finałowego pogodzenia i zjednoczenia; krótko mówiąc: stock X-Men plot #49. To metafora tak ciężka, że traci już chyba zaszczytne miano metafory, i zaskakujące rozczarowanie jak na tak sprawną pisarkę.

Jeśli lubicie Hellboya, An Assortment of Horrors na pewno będzie dobrą zabawą; jeśli znacie go tylko z kinowego ekranu - to również śmiało możecie po ten tom sięgnąć, gdyż zawiera zamknięte, przystępne fabułki rozrzucone po dekadach długiego życia naszego demonicznego bohatera. A solid pulp, by wrócić do klasyfikacji z początku wpisu, z okazjonalnymi przebłyskami bardziej literackiego, nastrojowego stylu. No i pomogła mi wybitnie, kiedy ostatnio leżałem z chorobowymi dreszczami i nie mogłem spać; antologie opowiadań są w takich chwilach najlepsze!

 

Nagrodę dzisiejszego wydania magazynu literackiego Knédżi zdobywa... Matt Ruff za Destroyer of Worlds! Owszem, jest to nieco casus "nagrody za całość dokonań" uwzględniającej Lovecraft Country, ale hej - nie miałem okazji omówić na blogu tej poprzedniej, a Ruff i Emrys stanowią moim zdaniem fundament współczesnego nurtu polemicznego Lovecrafta. Aż chyba nadrobię w końcu serialową adaptację Country!

Knédżi powrócą - zapewne ponownie szybko, gdyż po dwóch dniach pracy wylądowałem już oficjalnie na chorobowym; pomimo nadziei - nie, nie robiło mi się jeszcze lepiej po weekendzie. Zanim zaczniecie zazdrościć: gwarantuję, że nie ma czego... no, może poza głosem brzmiącym teraz jak ten Hellboya.

Może namówię żonę na pamcakes

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz