Dzisiaj na Knédżi zaprosi was mój bardzo dobry kolega Blade, z którym chodzimy na ryby i w ogóle:
Nareszcie! Od początku cyklu szukałem dobrego nagłówka graficznego. Blade - Wieczny Łowca, Postrach Wampirów etc. - przybywa do nas z fantastycznej gry Midnight Suns, która jak nic doczeka się niedługo blogowej recenzji; but hey, today it's all about books, so let's get started!
Harlem Shuffle, po polsku wydany jako Rytm Harlemu, był wśród książek kupionych przeze mnie na świąteczne prezenty dla rodziny - uznałem, że kryminalno-obyczajowa powieść laureata Pulitzera to bezpieczny strzał. Jak to jednak czasem bywa, w tygodniach przed świętami książka ta kusiła mnie z półki; bo czy nie brzmi jak coś, co sam chętnie bym przeczytał? Kultura Stanów, lata '60, mocna perspektywa etniczna - it's very much my jam, i niedługo po świętach zaopatrzyłem się w anglojęzycznego audiobooka (podkreślam formę, gdyż czytający powieść Dion Graham zrobił na mnie ogromne wrażenie).
Akcja powieści rozpoczyna się w 1959; głównym bohaterem jest Ray Carney, mieszkający w Harlemie sprzedawca mebli, który przede wszystkim stara się być solidnym family man - spodziewa się właśnie z żoną drugiego dziecka, kombinuje nad przeprowadzką na bardziej szanowaną ulicę; generalnie orze, jak może, i to przeważnie uczciwie - jest bardzo dumny ze swojej poświadczonej dyplomem handlowej edukacji. Ale nawet w branży meblarskiej zdarza się jakaś lekka paserka (tu radyjko - chociaż z początku lat '60 to już mało chodliwy towar - tam telewizor)... a kuzyn o szemranym charakterze naciska, by pomóc w pewnym kompletnie pewnym przedsięwzięciu. I tak, krok po kroku, Ray zostaje wciągnięty w półświatek - a pogodzenie prowadzenia sklepu, życia rodzinnego, drobnej (a czasem i dużej) przestępczości oraz nawigowania w publicznej społeczności Harlemu wymaga lepszej ekwilibrystyki.
Powieść przedstawia trzy rozdzielone o kilka lat okresy z życia Raya - zaczynamy w 1959, kończymy podczas dosłownie i metaforycznie gorących nocy 1964, kiedy to doszło w Harlemie do zamieszek wywołanych zastrzeleniem piętnastolatka przez policję (niektóre rzeczy, niestety, powtarzają się od dekad). Wszystko to jest opisane fantastycznym językiem - gęstym, mięsistym, sycącym, niestroniącym zarówno od uliczno-kryminalnego slangu (ciekawy jestem, jak wypadło to w tłumaczeniu), jak i filozoficzno-życiowych dygresji Raya. Cała powieść jest zresztą taka jak Ray - to nie czystej wody kryminał, nie tylko saga rodzinna, nie tylko historyczne ujęcie czarnej społeczności tej ery; to pyszna mieszanka, w której (meandrująca czasami) narracja niesie nas to tu, to tam.
Easily the strongest recommendation today; na tyle dobra, że mam już w kolejce lektur inną powieść Colsona Whiteheada. Who wouldda thunk - okazuje się, że podwójny zdobywca Pulitzera potrafi nieźle pisać! W tym roku ma ukazać się kontynuacja losów Raya - Crook Manifesto - tym razem osadzona w latach '70; domyślacie się pewnie, że słysząc te wieści wachluję się rączką i mdleję tu z zachwytu jak pensjonarka. Bring me more stories from Harlem, Colson; the ones so far have been pretty great!
Dobra, pomyślałem, Pulitzer-winner zaliczony, dajmy teraz szansę kolejnemu tomowi jakiegoś cyklu sci-fi! Padło na The Player of Games Iaina M. Banksa, drugą z powieści w jego cyklu o The Culture. Pierwszy tom - Consider Phlebas - wydał mi się OK, ale rozminął się z moimi oczekiwaniami; mam jednak świadomość, że to raczej problem mój, nie książki. Liczyłem wtedy na intelektualną sci-fi wielkiej skali (może coś na modłę Children of Time) - a dostałem nawalankę na lasery a'la komputerowy Mass Effect (no disrespect w stronę Mass Effectów, ale zgodzicie się chyba, że nie były one szczególnie gatunkowo innowacyjne).
The Player of Games obiecuje rozrywkę nieco głębszą... i wywiązuje się z tej obietnicy, even if just barely. Nasz bohater - Jernau Morat Gurgeh (nazwany wybitnie przez kota autora akurat przechodzącego przez klawiaturę) - jest mistrzem wszelakich gier, celebrity pełną gębą w futurystycznej, utopijnej społeczności Culture. Choć jest u szczytu formy, Gurgeh czuje się jednak niespełniony; po pierwsze, w postindustrialnym społeczeństwie wszystkie stawki są umowne; po drugie, ze szczytu formy i sławy jest przecież tylko jedna droga - w dół. Receptą na te egzystencjalne bolączki okazuje się oferta złożona Gurgehowi przez korpus kontaktu z innymi cywilizacjami: może zostać wysłany jako ambasador do barbarzyńskiego imperium Azad, którego cała struktura zbudowana jest dookoła złożonej gry (ale i powieściowo niezdefiniowanej, poza tym, że rozgrywana jest na wielu planszach oraz w wielu etapach). Dla możnych stawkami w grze Azad bywa honor i pozycja społeczna (władca imperium jest z definicji najwyższym arcymistrzem), a dla biedoty - niewolnicze kontrakty, okaleczenia czy wręcz życie. Wiadomo, z pozycją ambasadora wiążą się pewne przywileje... ale Gurgeh nie może się oprzeć grze o coraz wyższe stawki.
Są w tej powieści naprawdę dobre elementy; najbardziej podobał mi się sam początek oraz zarysowanie realiów życia w utopijnym społeczeństwie Culture. Wszystkie fizyczne potrzeby jego mieszkańców są bezproblemowo zaspokojone, do rangi naczelnych problemów urastają więc problemy nudy, samorealizacji i ambicji. Dekadenckie imprezy są może fajne na krótką metę, ale przecież potrzebujemy tego, by czymś się zajmować - i widzieć w czymś sens. Od momentu przybycia naszego protagonisty do obcego imperium moje zainteresowanie malało jednak z każdą stroną; wszystko jest już tam przewidywalne, od średnio rozegranego szoku kulturowego do nieuchronnej konfrontacji z imperatorem-arcymistrzem. Jak na mój gust, Banks skupia się też nieco przesadnie na "barbarzyńskich okropieństwach" imperium Azad oraz jego przesyceniu seksem i brutalnością; od momentu, kiedy nasz ambasador był świadkiem arenowej walki gladiatora-kosmity oddychającego penisem... trochę trudno było mi brać poważnie cokolwiek, co autor próbował mi później sprzedać. Książka była napisana w 1988 i jest też w niej trochę seksizmu, który określiłbym jako nerdowski wish fulfillment - "Gurgeh jest taki cool, wszystkie *młode* kobiety na niego lecą, a jemu to w sumie wszystko jedno, och, ach". Szczerze mówiąc - dosyć gówniarskie, szczególnie z perspektywy dekad; przewracałem dość mocno oczami.
Tutaj skończy się więc chyba moja przygoda z cyklem o Culture; słyszałem o nim dobre rzeczy, szczególnie o trzecim tomie... ale jeśli mam już czytać rzemieślniczą, wielotomową sci-fi - to chyba wolę taką napisaną z bardziej współczesną wrażliwością. The Player of Games niezaprzeczalnie zawiera trochę fajnych konceptów, ale to już druga powieść, gdy rozmijam się ze stylem Banksa. Three strikes and you're out? Sometimes two are enough.
American Cosmic: UFOs, Religion, Technology to pozycja, którą chciałem przeczytać od dłuższego czasu - etnograficzno-religioznawcza analiza ruchu ufologicznego. Nie chodzi mi o ten konkretny tytuł; czekałem po prostu, aż ktoś taką analizę napisze! Podjęła się tego doktor Diana Walsh Pasulka, zajmująca się filozofią i religioznawstwem akademiczka związana z Uniwersytetem Karoliny Północnej. Wiem, że książka dotyczy tematyki ufologicznej, ale podkreślę: nie jest to jakaś fly by night operation, została wydana przez Oxford University Press!
Dr Pasulka przykłada kulturowo-religioznawczy aparat analityczny do ruchu ufologicznego; możemy w nim przecież znaleźć proroków (jak rozmaitych kontaktowców, od Betty i Barneya Hillów poczynając), święte miejsca (Roswell) czy relikwie (tajemnicze metale, implanty). Autorka podkreśla wielokrotnie, że realność opisywanych fenomenów - podobnie jak w przypadku realności religijnych cudów czy objawień, którymi się zajmuje jako akademiczka - nie leży w jej kwestii zainteresowania czy kompetencji; stara się opisać cały ruch oraz zdecydować, czy można mówić o nim jako o nowej religii. Według niej, odpowiedzią jest mocne "tak"; próbuje więc zanalizować, jakie rządzą nią dogmaty, gdzie można szukać jej tekstów założycielskich, dla kogo może być atrakcyjna. Praca badawcza prowadzi ją od egalitarnych społeczności internetowych do elit nauki oraz biznesu; od amerykańskich bezdroży do watykańskich archiwów.
Pytanie naczelne: does Dr Pasulka drink the Kool-Aid? Powiedziałbym, że niestety tak, przynajmniej w pewnym stopniu. Dużo pisze o obiektywności, ale tekst, w którym chciałbym widzieć akademicką analizę zmienia się często w osobisty reportaż; wypracowana uprzejmość wobec źródeł/informatorów hamuje czasem Dr Pasulkę przed zadawaniem ostrzejszych, bardziej krytycznych pytań. Wszystko jest podane w dobrej wierze - czy ktoś opowiada o wraku UFO, czy o kontaktach z kosmitami podczas medytacji - zaś autorka serwuje nam to niemal bez filtra; czułem się czasem, jakbym znowu słuchał programów Coast to Coast AM z lat '90. Rozumiem, że zapewne jest to delikatność wyrobiona podczas pracy religioznawczej... but maybe some statements should be challenged; not contradicted or mocked, but just challenged.
Szczególnie interesująca była analiza ruchu ufologicznego jako super-synkretycznego systemu wierzeń, który wyjątkowo gładko inkorporuje starsze tradycje oraz mitologie; od biblijnych aniołów po Mahabharatę, od folklorystycznych elfów po tradycje rdzennej ludności Ameryk - wszystko może zostać z łatwością zrekontekstualizowane jako elementy tego nowego, globalnego mitu (być może pierwszego globalnego mitu). Ciekawa jest analiza dotycząca spotkania oraz zmieszania "przyziemnego" oraz "nadprzyrodzonego" zachodzącego we wszystkich tych "filmach opartych na prawdziwych wydarzeniach" czy "programach rozrywkowo-dokumentalnych"; ciekawe są rozważania na temat konstruowania naszej percepcji rzeczywistości w epoce multimediów.
Połowa tej książki to dokładnie ta intrygująca analiza kulturoznawcza, na którą czekałem; druga połowa to reporterskie przygody doktor Pasulki, która pociąga ten Kool-Aid kolejnym i kolejnym łykiem. Autorka próbuje, naprawdę próbuje zachować obiektywność, ale ten gigantyczny ufologiczny system wierzeń zakrzywia trajektorię jej narracji jak supermasywna czarna dziura. But I respect the effort, i nawet jeśli nie jest to do końca analiza, na którą czekałem - jest to z pewnością akademicki krok w jej stronę.
O, znowu rekomendacja od Seanan McGuire na okładce! To jednak nie według tego klucza zdecydowałem się na lekturę Deep Roots; przypomniałem sobie po prostu o Ruthannie Emrys i jej reinterpretacjach Lovecrafta przy okazji A Half-Built Garden.
Deep Roots to kontynuacja The Winter Tide - powieści, której centralną bohaterką była wywodząca się z Innsmouth Aphra Marsh. Tak, z tych Marshów - podobnie jak spora część populacji rodzimego nadmorskiego miasteczka, Aphra jest a Deep One; przedstawicielką starożytnej i długowiecznej wodnej rasy. Całe ich życie na lądzie to tylko przeciągnięty okres dojrzewania; koniec końców przechodzą transformację, i do wyłupiastych oczu oraz dziwnej budowy ciała, które już wcześniej ich charakteryzowały (tzw. Innsmouth look) dochodzą już błony, skrzela i szpony. Deep Ones po przemianie nie muszą się już lękać starzenia; przenoszą się do Y'ha-nthlei, podwodnego miasta, z którego głębin zobaczą pewnie naturalny koniec ludzkości - a może i naszej planety ogółem.
Lovecraft - w jednym ze swoich najsłynniejszych tekstów, napisanym w 1931 The Shadow over Innsmouth - traktował Deep Ones jako antagonistów; ich nadmorskie, nieprzyjazne wobec przyjezdnych miasteczko oraz zamknięta społeczność stanowiły zarówno mroczne zwierciadło charakterystyki Nowej Anglii (Lovecraft kochał swoje lokalne miejscowości i ich gościnność; nic więc dziwnego, że szukając pomysłów na horror stworzył ich shadow image), jak i sublimację lęków o podłożu rasowym (w finale historii bohater odkrywa, że i w jego żyłach płynie krew tej morskiej rasy, że i jego przeznaczeniem będzie przejść transformację i zamieszkać w Y'ha-nthlei).
Ruthanna Emrys oddaje Deep Ones głos jako protagonistom, portretując ich jako kolejną ze zmarginalizowanych grup Stanów lat '20. Najazd FBI na ich miasteczko, przesiedlenie do obozów na drugim końcu kraju - to przecież dokładne echo tego, co działo się w historii Stanów z Japończykami! Emrys już w poprzedniej książce przedstawia Deep Ones i Japończyków dosłownie w jednym obozie, nawiązujących przyjaźnie płynące z podobnego wykluczenia i udzielających sobie wsparcia. Większość jej galerii postaci to osoby zmarginalizowane w pierwszej połowie dwudziestego wieku; po opuszczeniu obozu Aphra Marsh gromadzi wokół siebie nową rodzinę, w skład której wchodzi cały wachlarz the Others. Są tam kobiety, którym trudno było zaistnieć w ówczesnym społeczeństwie; są zepchnięci na margines czarni; są osoby LGBT; jest Japonka, przyjaciółka/siostra z obozu.
Całą mitologia Lovecrafta, pełna obcych gatunków starszych niż ludzkość, służy tu nie tylko jako przygodowe tło (wątkiem wiodącym Deep Roots jest Aphra poszukująca innych ocalałych Deep Ones w Nowym Jorku), ale też jako punkt wyjścia do rozważań nad tożsamością i konceptem Otherness. Podróżującym pomiędzy planetami Mi-go naprawdę nie robi, jakiego ktoś na Ziemi jest koloru skóry, przez co któraś z czarnych postaci nareszcie może poczuć się traktowana poważnie - nieważne, że przez skrzydlate skorupiaki/grzyby. Ain't it about not making fuss about appearance? Jednym z klasycznych tematów horroru Lovecrafta było przenoszenie świadomości z ciała do ciała (mózgi operujące w hermetycznych kanistrach, mentalna "zamiana ciał" z przedstawicielami obcych ras); Emrys rozgrywa ten aspekt nie jako źródło grozy, a wyzwolenia dla osób wypchniętych poza nawias białej Ameryki lat '50. Jako kobieta musiałam się szarpać, by w ogóle zrobić cokolwiek na uczelni; zauważa jedna z bohaterek; czy można się więc dziwić, że gdy zostaje przeniesiona do obcego ciała oraz otrzymuje swobodny dostęp do archiwów Wielkiej Rasy Yith, jest to dla niej spełnienie marzeń?
Kolejną ciekawą realizacją motywu "zamiany ciał" jest też powiązanie go z zimnowojenną paranoją w stylu The Manchurian Candidate... ale nie będę się już może rozpisywał; dość powiedzieć, ze Ruthanna Emrys wyraźnie wie, co robi. Autorka porusza się sprawnie po tekstach Lovecrafta, w przemyślany sposób konstruuje tematykę oraz dokonuje jednej z najciekawszych kontynuacji/reinterpretacji jego twórczości! Trafia to w moje gusta idealnie; z Lovecrafta pisałem pracę dyplomową i zapewniam - jeśli ktoś zainteresowany tym autorem szuka czegoś więcej, niż płytkiego pastiszu "uuu macki i potwory", książki Emrys to strzał w dziesiątkę.
...ale zdecydowanie nie zaczynajcie od Deep Roots. Czytałem The Winter Tide parę lat temu i pamiętałem postacie (a jest ich sporo) piąte przez dziesiąte; Ruthanna Emrys pisze zaś z założeniem, że ktoś dopiero skończył poprzedni tom - nie podaje więc ponownego wprowadzenia, kto jest kto i jakie łączą ich relacje. Please, please give me some crumbs of who those people are, I beg of you, błagałem czasem mentalnie... a w końcu i tak musiałem poszukać online streszczenia The Winter Tide.
Również: ekstra komiksiarski punkcik dla autorki za wspomnienie o Solomonie Grundym!
Tym razem nagroda magazynu literackiego Knédżi wędruje - jak zapowiadałem - do Harlem Shuffle Colsona Whiteheada; niech postawi ją sobie koło Pulitzerów. Deep Roots to też fajna rzecz, ale jednak ma narrower appeal - wypada przy niej nie tylko orientować się trochę w Lovecrafcie, ale też w ogólnej historii Stanów... oraz przeczytać The Winter Tide, bo bez tego będzie się jak dziecko we mgle.
That's it for the book club tonight; spodziewajcie się jednak, że Knédżi powrócą! Powoli wchodzimy w okres maturalny, a ten wiąże się dla mnie z resetem mózgu przy lekkich, szybkich głupotkach. Czy będzie tak i w tym roku? Zobaczymy!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz