środa, 2 lutego 2022

Knédżi: dinozaury, kosmos, planszówki i makaki

Przyszedł luty, czas na Knédżi! Hej, trzeba będzie zrobić na blogu kolejną podstronę na tę kategorię wpisów. Ale zanim się do tego zabiorę, omówmy nową porcję lektur! 

Zeszłoroczne Knédżi może tego nie odzwierciedlały, ale jestem miłośnikiem zbiorów opowiadań - szczególnie w formie audio! Dobra antologia to jak to przysłowiowe pudełko czekoladek, z którego mogę sobie skubać trochę co wieczór; czy zatem dobrze bawiłem się przy Dinosaur Fantastic, kolekcji opowiadań o dinozaurach z 1993?

Tak - ale, uczciwie mówiąc, raczej z perspektywy kulturowo-literaturoznawczej niż za sprawą klasy samych tekstów. Antologia ta wstrzeliła się w zeitgeist: 1993 to przecież rok premiery pierwszego Parku jurajskiego i popkulturowego szału na dinozaury! Już otwierające ją opowiadanie, Just Like the Old Times Roberta J. Sawyera, wzbudziło u mnie falę nostalgii; tę historię o mordercy skazanym na podróż w czasie i uwięzienie w ciele tyranozaura czytałem w 2001 na łamach Nowej Fantastyki. To jeden z solidniejszych tekstów antologii i nic dziwnego, że to on otwiera Dinosaur Fantastic; inne dryfują po całym spektrum stylów: od pseudo-przyrodniczych historii "z życia dinozaurów", przez profesorski wykład o wymarłych gadach (z drobnym akcentem sci-fi na koniec), aż po głupkowatą komedię czy rodzinny dramat. Czasem dinozaury to rzeczywiste centrum historii, czasem tylko rekwizyty; wielokrotnie powraca motyw wskrzeszenia ich we współczesnym świecie.

Czuć wiek tej antologii oraz zmieniającą się na przestrzeni dekad wrażliwość. Niektóre historie są, ze współczesnego punktu widzenia, zaskakująco mean-spirited; mamy na przykład opowiadanie o mężu pałającym taką niechęcią do żony i córki, że woli, by zeżarły je dinozaury. To suburban horror z dosyć seksistowskim posmakiem przypominającym standardy jeszcze lat '60 i '70! W innych opowiadaniach przewijają się figury naiwnych ekologów-aktywistów, którzy uwalniają wyhodowane dinozaury i w rezultacie - oczywiście - również zostają zeżarci; może miała to być ironiczna dyskusja z problematyką wyjętą prosto z ówczesnych nagłówków prasowych (w duchu "ooo, ale dałem zaskakujący krwawy twist na koniec!"), ale dziś wydaje się to właśnie takie... mean-spirited. Po trzydziestu latach i w dobie katastrofy klimatycznej podejście "hehe ekolodzy, ale oderwane dziwaki" nie zestarzało się z przesadną gracją.

Ale właśnie dla zobaczenia ewolucji (nie tylko dinozaurzej!) warto było sięgnąć po ten zbiór. Pod kątem literackim - dosyć nierówno, ale na chwilę przeniosłem się znów w autentyczne lata '90!      

How To Die In Space to astrofizyka dla laików - ubrana w chwytliwy manewr tłumaczenia, dlaczego wszystkie te kosmiczne zjawiska generalnie nas zabiją. Lepiej zostać na Ziemi... ale nawet na Ziemi dostajemy promieniowaniem, które potrafi poszatkować DNA w naszych komórkach! W sumie więc wszędzie umrzemy - ale w niektórych miejscach dużo szybciej.

Autor stara się prowadzić kolejne wykłady z humorem, w stylu tego fajnego doktora, który mówi brzydkie słowa, robi żarty i śmieje się z niewiedzy swojej (rzadziej) lub studentów (częściej). Humorystyczna otoczka pomaga, bo tematyka bywa miejscami zawiła i potrzeba, co jakiś czas, mentalnego złapania oddechu; doceniam więc, że How To Die In Space to nie kompletnie suchy, akademicki tekst. Z drugiej strony wiecie na pewno, jak to jest z takimi nauczycielskimi żarcikami; co za dużo, to niezdrowo. Dlatego właśnie książkę tę wchłaniało mi się lepiej w krótszych porcjach - po rozdziale lub dwóch, powiedzmy - zanim poczucie humoru autora mi się przejadło.

W zrozumieniu tematyki pomagały na pewno częste metafory i porównania; trochę lepiej rozumiem procesy zachodzące w gwiazdach, gdy autor porównuje słońce do wody w gotującym się garnku i analizuje, co dzieje się z temperaturą jednego i drugiego. Przekrój zagadnień jest ciekawy; od efektu cieplarnianego po kwazary, od promieniowania kosmicznego do czarnych dziur - i wielu mitów, które dookoła nich narosły za sprawą samej nazwy. Interesująca i gęsta książka, ale styl "luzackiego wykładowcy" nie wszystkim przypadnie do gustu; rozumiem jednak, że bez niego byłaby to lektura dużo cięższa.  

Za Board Game Design Advice wziąłem się, by udoskonalić nieco własne teksty o planszówkach; znam co prawda sporo branżowej teorii i żargonu, ale chciałem usystematyzować wiedzę. Board Game Design Advice to jednak nie pozycja teoretyczna, a zbiór wywiadów z projektantami i projektantkami planszówek! Autor poprosił te osoby o odpowiedź na wspólną listę pytań: jaką grę można polecić wszystkim zainteresowanym designem?, brzmi jedno; co robisz, kiedy wpadasz na twórczy blok? Jakiej rady udzieliłbyś lub udzieliłabyś osobie na początku projektanckiej kariery? Kiedy czujesz, że pora zrezygnować z projektu? Co ze swojej osobistej życiowej filozofii ukazujesz przez swoje gry? Co robisz, gdy test okazuje się klapą?

To ciekawe pytania, a grono odpowiadających jest naprawdę szerokie - i sporo w nim sław! Reiner Knizia, Richard Garfield, Elizabeth Hargrave, Vlaada Chvatil, Alan Moon, Ignacy Trzewiczek, Donald X. Vaccarino... i dużo, dużo więcej. Wiele z omawianych gier znajduje się w mojej domowej kolekcji, interesujące było więc, co z perspektywy czasu wydaje się autorom i autorkom sukcesem, a gdzie widzą błędy. Osobiście najmniej pociągały mnie pytania związane ze stroną biznesową - przygotowanie swojego sales pitch i tak dalej - ale nawet to może mi się przydać! Zasady zwięzłej prezentacji oraz główne aspekty, na których warto się w niej skupić dostarczyły mi wskazówek do pisania kolejnych recenzji. W wywiadach wyczuwalna była też różnica charakterów; część zapytanych odpowiadała zdawkowo, krótko i konkretnie, raptem w paru zdaniach; część snuła meandrujące, wielowątkowe gawędy.

Autor zastrzega, że co osobowość, to rada. Część z nich może być sprzeczna lub wykluczająca się, ale w kilku kwestiach wszyscy są zgodni. To, moim zdaniem, dobre porady związane z każdym hobby - warto więc je tutaj powtórzyć! Po pierwsze: zajmuj się nim z pasji i dla własnej satysfakcji, nie dla pieniędzy czy popularności. Po drugie: staraj się regularnie poświęcać mu czas, ale rób przerwy, by pasja nie zmieniła się w kolejny etat. Po trzecie: nikt jeszcze nie udoskonalił warsztatu od samego myślenia; trzeba przelewać pomysły na papier, tworzyć, testować i działać. Po czwarte: fail faster! Błędy są nieuniknione, więc zamiast się ich bać, lepiej popełnić je jak najszybciej i wyciągnąć adekwatne wnioski. Czy nie są to naprawdę uniwersalne lekcje? W projektowaniu planszówek, w pisaniu bloga - i w dziesiątkach innych dyscyplin!

Podkreślę jednak: nie jest o książka o narracyjnej strukturze, a zbiór kilkudziesięciu wywiadów wciąż mielących te same pytania. Zalecam rozsądne dawkowanie.

O, nowa Mary Roach, biorę!, pomyślałem od razu na widok tej książki. Mary Roach to doświadczona autorka reportaży, której znakiem firmowym są króciutkie tytuły: Stiff opowiada o zmarłych i przemyśle pogrzebowym, Bonk o seksie w różnych odmianach, Gulp - o jedzeniu, trawieniu i okolicach. Jej najnowszą pozycją jest Fuzz - o tłumaczącym dwuznaczny dowcip podtytule When Nature Breaks The Law.

Autorka skupia się tu na "kryminalnych" zachowaniach zwierząt i roślin. Udaje się więc na szkolenie dla służb mundurowych, gdzie - razem z rozmaitymi first responders - uczy się identyfikowania ran i tropów oraz protokołu zachowania w przypadku kontaktu z dzikim zwierzęciem; odwiedza Indie, gdzie słoniom zdarza się wleźć przez ścianę do czyjegoś domu, a rozbestwione makaki wysysają w szpitalach glukozę z kroplówek; rozmawia z farmerami, którzy próbują na różne sposoby radzić sobie z głodnym ptactwem.

Jak wszystkie książki Mary Roach, Fuzz jest przyjemną mieszanką ciekawej narracji, masy ciekawostek oraz nienachalnego humoru. Pod chwytliwą tematyką kryje się jednak porcja głębszej treści: widzimy, jak ewoluują nasze relacje ze światem przyrody. Czasy zdobywczo-pionierskiej walki z naturą odeszły do lamusa; ataki zwierząt to ogromna rzadkość, a ataki niesprowokowane - rzadkość do kwadratu. Idziemy w stronę koegzystencji i nowego zdefiniowania nisz ekologicznych, zdaje się mówić autorka - nawet farmerzy zapytani o metody odstraszania ptaków wzruszają generalnie ramionami i oświadczają, że nie ma już jakichś żarłocznych stad. Więcej ziarna tracą w mechanicznym zbiorze, niż jakiekolwiek ptaki byłyby w stanie zjeść.

A co ze zwierzętami w miastach; co dzieje się, gdy niedźwiedzie, dziki czy szopy włażą do śmietników na przedmieściach? Tu trudno o dobre rozwiązania; nawet metody uważane za humanitarne (jak deportacja winowajcy do innej okolicy) okazują się, w oczach specjalistów, być wysoce szkodliwe dla samych zwierząt. Przy marketingu pestycydów istotnym czynnikiem jest, by zabijały nie tylko humanitarnie, ale też ładnie - nikt nie chce patrzeć na szczura z drgawkami kończyn, nawet jeśli świadomość stracił już grubo wcześniej. 

Dużo jest paradoksów w naszych relacjach ze światem przyrody, i Mary Roach jest w nich naszą sprawną przewodniczką. Fuzz to moja najmocniejsza rekomendacja na dzisiaj - lekki styl, liczne ciekawostki oraz odrobina refleksji powinny trafić w każdy gust!


 
Kolejne pozycje, jak zwykle, już czekają na stosiku lektur - nie lękajcie się zatem... Knédżi powrócą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz