Zmiana czasu za nami, czas na jesienne Knédżi! Dziś jeden raz nonfiction i trzy powieści; zaczynajmy!
![]() |
| Bezdyskusyjnie! |
Dinozaury zbierają całą paleontologiczną chwałę; ech, w sumie to już nawet te kambryjskie morskie dziwadła bardziej ludzi kręcą niż ssaki, mówi Donald R. Prothero. Nasz autor to nie byle kto: jak podaje jego biogram, ma na koncie ponad 30 książek, 300 artykułów naukowych oraz 5 podręczników geologii. Czy twórca tak doświadczony zainteresuje nas w końcu wszystkimi bestiami, które pojawiły się po erze dinozaurów: wielkimi leniwcami, drapieżnymi torbaczami oraz całą resztą menażerii? Gdy byłem młodszy, ta właśnie era ewolucji była dla mnie nieskończenie fascynująca: zwierzęta podobne już niby do współczesnych, ale jednak tak szalenie odmienne: czy to rozmiarem, czy dziwacznymi układami poroża. To paleontologiczna uncanny valley: stworzenia tak dziwne przez to, że tak znajome... ale nie do końca.
Jak widzicie, odwlekam nieco odpowiedź - bo ostatecznie sztuka ta autorowi raczej się nie udaje. Książka jest po prostu sucha jak pieprz, jak akademicki podręcznik; trudno wynieść z niej fascynację światem minionych er oraz jego mieszkańcami. Struktura jest co prawda klarowna i logiczna - przechodzimy chronologicznie od epoki do epoki, od kontynentu do kontynentu - ale ostatecznie brak tu angażującej narracji czy odrobiny obrazowości pomagającej laikowi w zapamiętaniu istotnych faktów. Dobrze, przejdźmy teraz do obszaru współczesnej Ameryki Północnej, pisze więc Prothero; była ona wówczas domem dla... - i wymienia niemożliwą do spamiętania litanię gatunków, rzadko poświęcając im więcej miejsca (czasem określi jakieś zwierzę jako osobliwe, ale to by było na tyle). Jako źródło dla studenta - z pewnością świetna rzecz, ale jako narracja dla hobbysty - już niekoniecznie. Natłok informacji jest tak ogromny, że ostatecznie po lekturze nie jestem w stanie powiedzieć z pamięci, kto tam dokładnie kiedy żył i dlaczego był osobliwy.
Paradoksalnie najwięcej dała mi chyba nie główna część książki, a wprowadzenie do niej: opisujące stan współczesnej (na rok 2006) paleontologii oraz tłumaczące na przykład, dlaczego określenia z mojej młodości ("trzeciorzęd", "czwartorzęd") były nieprecyzyjne i wypadły z naukowych łask; autor ładnie i przejrzyście wyjaśnia też kwestie ewolucji oraz form przejściowych.
Dla studenta zmuszonego do wykucia skamieniałości przewodnich oraz rozkładów geograficznych After the Dinosaurs: The Age of Mammals może być darem z niebios; dla mnie tom ten okazał się jednak zbyt suchy i encyklopedyczny, by lektura przynosiła większą przyjemność.
G. Willow Wilson była już wspominana na tym blogu kilkukrotnie, ale jeszcze nigdy w kontekście prozy! To ona właśnie była współtwórczynią młodej Ms. Marvel, Kamali Khan - postaci będącej jednym z największych marvelowskich sukcesów lat '10; jej nowszym dziełem jest zaś pisana dla DC fenomenalna Poison Ivy, seria tematycznie i artystycznie fascynująca. Jak widzicie, komiksową karierę G. Willow Wilson opisuję w samych superlatywach, i to właśnie skłoniło mnie do sięgnięcia po jej uznaną powieść: Alif the Unseen.
Exhilarating, magic, brilliant, czytamy na okładce; longlisted for the Women's Prize for Fiction, winner of the World Fantasy Award. Bardzo trudno sięgnąć mi po taką książkę, szczególnie jeśli jest dziełem i tak lubianej przeze mnie autorki; czy nie okaże się jakimś pretensjonalnym, nieautentycznym nudziarstwem, cynicznie skonstruowaną literary award bait? Jak już kiedyś pisałem, im więcej książka otrzymała nagród i pochwał, tym moja obecność jej mniej potrzebna; I prefer to champion these plucky critically overlooked texts, zaś w przypadku powieści obsypanych nagrodami - stoję przed lose/lose situation: albo powieść będzie super, więc moje zachwyty nie wniosą nic nowego; albo mi się nie spodoba, będę więc czuł się rozczarowany.
Alif the Unseen jest na szczęście twardo w tej pierwszej kategorii. Alif - od pierwszej litery arabskiego alfabetu - to pseudonim młodego hakera, który dość cynicznie sprzedaje swoje usługi wszystkim zainteresowanym. Nienazwany wprost bliskowschodni reżim dławi bowiem wolności obywatelskie, Alif dostarcza więc anonimowości dysydentom, kontaktów rewolucjonistom, a zakazanych internetowych uciech - zwykłym obywatelom. Ale przychodzi w końcu kryska i na niego; reżim zaciska pięść, a na cyfrowy trop naszego bohatera trafia godny rządowy przeciwnik o pseudonimie The Hand. A to dopiero początek komplikacji: Intisar, pochodząca z wyższych klas kochanka Alifa, musi go zostawić dla oficjalnego aranżowanego małżeństwa - i ponieważ z dalszych kontaktów nici, przekazuje mu chociaż starą księgę; księgę bardzo istotną dla dżinów, które faktycznie istnieją. Dla muzułmanina nie powinno to być zaskoczeniem, Koran w końcu o nich mówi... ale przecież chrześcijanie też nie do końca wierzą zawsze w anioły!
Po wymęczeniu The Fourth Wing obawiałem się powrotu do konwencjonalnych klimatów young adult, a sporo konceptów brzmiało tu wysoce konwencjonalnie: młodzieńczy antyestablishmentowy ruch oporu, kiełkujący dylemat Betty/Veronica z seksowną arystokratką Intisar oraz konkretną sąsiadką Diną; a dash of magic and fantasy, djinns and all. G. Willow Wilson wychodzi jednak z tej próby obronną ręką i (trzymajcie się krzesła, bo z mojej strony padnie teraz pochwała) serwuje nam powieść bliższą Mistrza i Małgorzaty niż czytadła fantasy.
Yeah, I said it. Zakres tematyczny jest zawrotny: analiza społeczna totalitarnego reżimu splata się z gorzkimi refleksjami na temat arabskiej wiosny (powieść powstawała właśnie wtedy); oniryczno-erotyczny pustynny mistycyzm zderzony jest z krzemowym światem hakerów i internetu; religijny idealizm miesza się z kompromisami codzienności, a nad wszystkim - z sardonicznym uśmieszkiem - unosi się Vikram the Vampire, uroczy bułhakowowski czart... który ostatecznie będzie przecież dobro czynił.
It's a blast to read, and a blast to analyze - szczególnie po ponad dekadzie od opublikowania, gdy możemy już porównać portretowanie muzułmańskiej społeczności tu oraz na łamach Ms. Marvel. Pod wieloma względami Dina, sąsiadka Alifa, może być odczytywana jako prototyp Kamali Khan; prototyp o tyle ciekawy, że wcześniejsza Dina (choć przeżywa podobne problemy dotyczące, przykładowo, własnej fizyczności) jest dojrzalszą osobą. To już jednak tylko notatki na marginesach; Alif the Unseen ugruntowuje dla mnie reputację G. Willow Wilson jako jednej z ciekawszych scenarzystek współczesnego komiksu - i nie tylko!
Annihilation wydała mi się technicznie sprawnym, ale ostatecznie mało odkrywczym pastiszem Lovecrafta; Authority dźwięczała zaś odbijającym się bez końca echem Kafki oraz Poego, ponownie nie wnosząc wiele poza uwspółcześnieniem dekoracji. Dam jednak VanderMeerowi jeszcze jedną szansę, pomyślałem - i sięgnąłem po samodzielną powieść Borne.
Rachel żyje w postapokaliptycznych ruinach bezimiennego miasta; miasta, w którym biotechnologia wyrwała się spod ludzkiej kontroli. Gmach nadzorującej niegdyś wszystko Firmy leży w ruinie, zaś pomiędzy rozsypującymi się budynkami grasuje Mord - gigantyczny niedźwiedź, a właściwie biotechnologiczne monstrum z grubsza tylko przypominające niedźwiedzia (w niewyjaśniony sposób jest w stanie latać czy tworzyć swoje mniejsze, równie drapieżne kopie). To właśnie w jego futrze zostaje odnaleziony (-a? -e?) Borne; istota początkowo przypominająca barwny ukwiał, zaś z czasem - rosnąca i nabierająca inteligencji. Rachel adoptuje fascynujące stworzenie (być może pod wpływem kolejnej biotechnologiczno-feromonowej sztuczki?), stale niepewna odpowiedzi: czy Borne jest zaprojektowanym przed kataklizmem zwierzątkiem domowym, zabawką, bronią, przypadkiem?
Pierwsza połowa jest bardzo nastrojowa: to klasyczna new weird, z osaczającą atmosferą dziwności oraz intrygującym, niepokojącym spojrzeniem na motyw rodzicielstwa (trudno nie myśleć w tym miejscu o Eraserheadzie Lyncha). Borne wzrasta, uczy się, zadaje pytania; demonstruje nowe umiejętności, by w końcu poprosić o własną przestrzeń i wyjść spod rodzicielskich skrzydeł (Rachel "wychowuje" istotę z dużo bardziej sceptycznym partnerem). Okazjonalnie Rachel wspomina też czas sprzed apokalipsy: katastrofę klimatyczną, przesiedlenia i obozowe życie, którego doświadczyła jako dziewczynka... ale nie jest w stanie przypomnieć sobie, w jaki w ogóle sposób trafiła do miasta (lub Miasta).
Pierwsza połowa jest intrygująca oraz nastrojowa, ale mniej więcej od półmetka autorska kreatywność wyraźnie się wypala: te same koncepty, mimo wypracowanej znajomości, nadal są prezentowane jako osobliwe; wątek wychowywania obcego stworzenia idzie w najbardziej przewidywalnym kierunku; Mord oraz the Magician - antagoniści - zostają pospiesznie uprzątnięci z planszy przy minimum emocjonalnej czy narracyjnej wagi. Ktoś doceni być może bezceremonialność oraz nagłe narracyjne szarpnięcie, mi jednak brakowało tam tematyczno-emocjonalnego ciężaru; czułem bardziej autora myślącego "ach, jeszcze ten wątek trzeba posprzątać; OK, ogarnięte".
Problemy Borne bardzo przypominały mi inną powieść z nurtu new weird, Perdido Street Station - tam również intrygujące oraz pełne witalności otwarcie stopniowo dryfowało ku stylistycznemu skostnieniu oraz niesatysfakcjonującej intrydze. It's all about the mood, the weirdness - but the weirdness can only take you so far before it, too, becomes familiar and narratively transparent. China Miéville, dawałem mu lekkiego kuskańca, opisuje swoją erpegową kampanię w Planescape; VanderMeer robi generalnie to samo, ale w Numenerze.
Po trzech powieściach jestem w stanie powiedzieć z przekonaniem, że nie jest to jednak autor dla mnie. Nieco frustrujące, bo - by ponownie odwołać się do konceptu - trafia właśnie w tę uncanny valley; brakuje mu raptem odrobinę (po prostu mniejszego zadęcia oraz redaktora mówiącego uczciwie "fajne, ale skróć to o 40%"), i ta brakująca odrobina jest przez to tak nieproporcjonalnie frustrująca.
The Clues in the Fjord, wydana w oryginale pod dużo zgrabniejszym tytułem Hildur, to pierwsza z powieści kryminalnych w cyklu stworzonym przez fińsko-islandzką pisarkę Satu Rämö. Swego czasu wręczyłem tę trylogię miłośniczce kryminałów i doczekałem się opinii dużo bardziej entuzjastycznej, niż gdyby miała być powodowana samą grzecznością; czyli pochwały wydawnictwa nie kłamały?, ucieszyłem się, na co otrzymałem kontr-rekomendację: najlepiej sam przeczytaj! Tak też zrobiłem, i zdecydowanie rozumiem entuzjazm.
Po raz kolejny: Hildur (będę trzymał się tytułu funkcjonującego również na polskim rynku) to powieść absolutnie, stuprocentowo konwencjonalna. Dojrzała funkcjonariuszka policji otrzymuje do pomocy partnera-żółtodzioba; w jej przeszłości kryje się stara trauma (zaginięcie siostry), zaś ona sama - pomimo twardej powierzchowności - zmaga się w własnymi problemami, tym razem w postaci zagłuszanych sportem i fizyczną aktywnością zaburzeń lękowych. Dochodzenie okazuje się być połączone z innym; czyżby w odludnym kraju pojawił się seryjny morderca?
Przy takim natężeniu gatunkowych toposów powieści potrzeba czegoś więcej, by uczciwie zapisała się w czytelniczej pamięci. W przypadku Satu Rämö dodatkową przyprawą jest przewodnikowo-podróżnicze skupienie na Islandii: autorka (która sama tam się przeprowadziła) z kojącą regularnością dekoruje kryminalną narrację opisami islandzkiej kultury, geografii, historii, pogody czy kuchni. Od ukochanych rodzajów comfort food po konteksty sceny politycznej; od recyklingu odpadów po popularne programy radiowe - to, kto okazał się winny i dlaczego jest w ostatecznym rozrachunku mało istotne, ot, kolejna policyjna sprawa; istotne było, że zwiedziliśmy kawał Islandii w towarzystwie detektyw Hildur Rúnarsdóttir.
Twórczość Satu Rämö doczekała się gatunkowego określenia Nordic blue:
...like Nordic noir but more human (...) not like cosy crime or romantic crime, but more like how people are dealing with each other in life in general. There is a social-psychological aspect to it.
Faktycznie: geograficzna izolacja oraz długie tygodnie mroku to mocna psychologiczna metafora, a bohaterowie starają się pokonać dzielący ich dystans oraz dojmujący chłód na różne sposoby, od hobbystycznych pasji (jak stałe robienie na drutach protegowanego Hildur) aż po regularne odwiedziny i spontaniczne romanse. Wszystko to bardzo ludzkie, i nie dziwi mnie ani trochę, że Hildur doczeka się już niedługo serialowej adaptacji!
Problemy? Negatywne postacie rysowane są, moim zdaniem, zbyt grubą kreską; bogacz zdradzający żonę jest tak komicznie zły, że w telewizyjnej adaptacji mógłby być grany przez rechoczącego muppeta, zaś była żona policjanta-żółtodzioba (z którą ten wojuje o prawa do widywania syna) to opryskliwa, knująca i manipulująca Zła Kobieta dokładnie z najczarniejszych koszmarów środowisk walczących o prawa ojców-rozwodników (aktorski angaż stworzony dla Miss Piggy). To momenty, w których ładny psychologiczny rys całej powieści zawodzi; nie da się tych jednowymiarowych postaci traktować poważnie.
Cała reszta jest jednak jak najbardziej godna polecenia - i kto wie, być może problemy ulatniają się w kolejnych tomach? Podejrzewam, że do nich wrócę - może wtedy, gdy i u nas spadnie śnieg!
Nagrodę tego wydania magazynu literackiego Knédżi składam na ręce... G. Willow Wilson za Alif the Unseen! Powieść ta osiąga godny pozazdroszczenia balans: jest dynamiczna jak przygodowe czytadło, ale zarazem bogata w warstwie tematycznej; autorka zderza ze sobą przeciwstawne koncepty z radością dziecka bawiącego się zabawkami, lecz po całej tej zabawie na podłodze zostaje nie bałagan, a planowo skonstruowana diorama. Podziwiam zawsze osoby odnajdujące się równie dobrze w medium prozy oraz komiksu (Fabian Nicieza, moim zdaniem, radzi sobie z kryminałem nie gorzej niż Satu Rämö); nie myślcie o nich jako "komiksiarzach z inną robotą na boku", a o pełnoprawnych prozaikach i prozaiczkach - o tyle warsztatowo bogatszych, że posiadających bilingualną biegłość również w narracji wizualnej. Jak widać, efekty mogą być świetne.
Knédżi, jak zwykle, powrócą - być może jeszcze przed pierwszym śniegiem!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz