piątek, 5 listopada 2021

Variety Show: wampiry, skaczące fasolki i powrót do podziemi!

Weekend będzie dla mnie w tym tygodniu raczej w biegu - tu zajęcia, tam szkolenie - ale nie oznacza to, że nie damy rady się nim nacieszyć! Na dobry początek: variety show!


Jak tam brzmiała nasza stara mantra? Wszystkie komiksy są ekranizowane! Sony planuje uraczyć nas niebawem przeniesieniem na ekrany postaci takiej jak... Morbius:

Boy oh boy, where to start! Morbius to postać z 1971, która pierwotnie pojawiła się jako przeciwnik Spider-Mana - podobnie zresztą jak Venom, z którym film ten (jak zdradza finałowy gag trailera) ma dzielić  uniwersum. Widać więc, że Sony po Venomie próbuje trzymać się antybohaterskiego schematu - i chociaż pomysł na markę "postacie ze Spider-Mana, ale bez Spider-Mana" może wydawać się osobliwy, to nie takie koncepty już wypalały. Powiem więcej: gdyby ktoś zaproponował mi filmy z postaciami z okolic Batmana, ale bez samego Bruce'a Wayne'a, byłbym pewnie ucieszony jak gwizdek! Nightwing i Oracle? Tim Drake oraz Stephanie Brown? Biorę w ciemno! Tak więc - wracając do Morbiusa - sure, I'll bite!

Heh, I said "bite", that's funny because he's a vampire! I tak, oczy was nie mylą, Spider-Man ma w tym numerze osiem kończyn, jak prawdziwy pająk. Well, what can I say, the '70s were weird like that.

Po komiksowym środowisku chodzi fama, że Morbius the Living Vampire nazywał się tak, by obejść obyczajową cenzurę Comic Code Authority: bo widzą państwo, to nie jest prawdziwy wampir, tylko superbohater z takim chemicznym superserum... mający co prawda moce wampira... no i musi pić krew, tak... ale jest stuprocentowo living! To zabawne wytłumaczenie, ale nie do końca prawdziwe; w 1971 Code zdążył już złagodzić swoje moralne wymogi, i dopuszczono obecność wampirów na kartach komiksów. Nowelizacja Code z 1971 mówiła między innymi:

Vampires, ghouls and werewolves shall be permitted to be used when handled in the classic tradition such as Frankenstein, Dracula, and other high calibre literary works written by Edgar Allen Poe, Saki, Conan Doyle and other respected authors whose works are read in schools around the world.

Jeśli więc szukamy grania na nosie cenzurze, cofnijmy się lepiej jeszcze o dwa lata - do 1969, gdy wampiry wciąż były zakazane. Wtedy debiutowała komiksowa Vampirella:

Vampirella zaczynała jako zwracająca się wprost do czytelników "prezenterka" antologii komiksów grozy

Po pierwsze, jej strój był tak skąpy, że cenzorom trudno było się skupić na dodatkowych zawiłościach w rodzaju bycia wampirzycą; po drugie - i to jeden z moich ukochanych komiksowych faktów - nawet gdyby ktoś się czepił, to otrzymałby odpowiedź, że jest ona tak naprawdę kosmitką z planety Drakulon, gdzie płyną dosłowne rzeki krwi...

 ...a po trzecie - szach mat Comic Code Authority! - komiks z Vampirellą nie był sprzedawany jako komiks, a jako magazyn. Różnica była raczej semantyczna - nieco większy format publikacji i umieszczenie w innym sąsiedztwie na prasowych stojakach - ale wystarczyło to, by wydawca Vampirelli na wszelkie zarzuty wytykał język i wołał zyg zyg marcheweczka, magazyn a nie komiks. A wołał zyg zyg marcheweczka, bo były to lata '60; dziś wołałby młodzieżowo bajo jajo panie cenzorze! Potężnie huknięte BAJO JAJO, swoją drogą, było niedawno argumentem ostatecznym w gramatycznym sporze dwójki moich uczniów.

Zdryfowałem trochę od Morbiusa, ale o czym tu dużo mówić? Jakieś wampiry, czarne płaszcze, bullet time; witajcie znowu w 2003 na premierze Underworld, tyle że pierwsze skrzypce zamiast Kate Beckinsale gra Jated Leto. Tak jak Venomy wcześniej, it has B-movie written all over it; a czy będzie to fun B-movie, przekonamy się już z początku przyszłego roku.

No i doprawdy, Morbius. Każdemu projektowi staram się dać uczciwą szansę, lecz gdyby dwadzieścia lat temu ktoś powiedział mi, że będą go ekranizować... Chociaż może jednak nie dziwiłbym się za bardzo? Przecież wampiry były wtedy na fali, łowca krwiopijców Blade był jedną z pierwszych udanych ekranizacji marvelowskiego komiksu, a po Matrixie każdy film akcji musiał mieć ustawowo obowiązkowy bullet time. Słuchajcie, chyba sam nakręciłem się właśnie na Morbiusa jako estetyczny throwback do wczesnych lat '00, gotyckich klubów i Wampira: Maskarady! Niech tylko nie bierze się sam zbyt poważnie i może będzie fajnie; no i podobała mi się ta orkiestrowo-heroiczna interpretacja People Are Strange z końcówki trailera! 

Co tam jeszcze dobrego? Dzięki steamowej promocji skusiłem się w końcu na grę Fall Guys: Ultimate Knockout. Materiału na cały recenzencki wpis raczej w niej ma, ale właśnie na takie okazje mamy variety show! Co więc powiem; dobre, niedobre?

Steamowi gracze otrzymują losowo generowane pseudonimy, by w grze nie pojawiały się brzydkie słowa! Oto moja postać: Small Chasing Burger. It's perfect.

Zacznijmy uczciwie: gra jest głupia jak pęk słomy i dlatego właśnie mnie skusiła! Założenia: 60 osób staje w szranki w rozmaitych minigierkach, wyścigach i wyzwaniach; tu trzeba dobiec do mety skacząc po wirujących wiatrakach, tam zebrać z areny piętnaście unoszących się w powietrzu bąbli, jeszcze gdzie indziej unikać przez określony czas szarżujących nosorożców, które wybijają graczy z ringu. Po każdej rundzie część graczy zostaje wyeliminowana, a rywalizacja zaostrza się!
 
Small Chasing Burger kwalifikuje się do drugiej rundy! Trwają one na oko po dwie-trzy minuty, a maksymalnie jest ich pięć, więc to naprawdę szybka zabawa.
 
Trudno tu jednak mówić o poważnej rywalizacji; całość ma atmosferę dmuchanego placu zabaw, gdzie wszyscy niezdarnie wpadają sobie nawzajem pod nogi i wywalają się gębą naprzód, ale zaraz odbijają się, by biec dalej i próbować ponownie.

Informacyjna plansza objaśniająca cele oraz zaprezentowanie toru przed grą sprawiają, że nie czuję się zagubiony nawet w konkurencjach, które widzę po raz pierwszy w życiu!

To świetna zabawa na kwadrans lub dwa - wczoraj rozegrałem kilka partii czekając, aż ryż się ugotuje. Nie ma w tej zabawie jakiejś zawiłej metagame - ot, grając w gierki zbieramy fikcyjną walutę, za którą możemy kupić naszej postaci nowe portki czy czapkę; nie uświadczycie więc jakiejś szczególnej głębi. What you see is what you get; zestaw zręcznościowych, multiplayerowych minigierek, w sam raz do pogrania na padzie przed telewizorem. Jak pisałem, po trzydziestu minutach pewnie się znudzi - ale co pół godziny zabawy dziennie, to pół godziny zabawy dziennie! W terminologii planszówkowej określiłbym tę grę jako filler - szybka, lekka przystawka lub palate cleanser pomiędzy bardziej angażującymi tytułami. Za 30 ziko? Zdecydowanie warto!

Wiatraki się kręcą, belka strącająca graczy wiruje - a kiedy dobiegniemy już do mety, można chichrać się z wysiłków innych graczy! Freezing Laughing Butler dzielnie biegnie; ma jeszcze przed sobą parę pułapek.

Ale najlepsze zachowałem dziś na koniec! Pamiętacie Dicey Dungeons, miły mojemu sercu humorystyczny turlacz? Ostatnio gra ta dostała aktualizację; sprawdziłem czym prędzej, co wniósł do zabawy najnowszy patch. A wniósł rzecz najpiękniejszą: śląską wersję językową!

Szkoda ino! Nadal nie przeszedłem wiedźmą zabójczej rundy eliminacyjnej; niyma fertich.

Właściwie to nie wiedźmą, tylko heksą! Tutaj bój HEKSA vs. CAUBERMAN. Hajcowanie 1!

Gyszeft Yolandy ma mój geld! Potajluj kobel na dwa to opcja, która może się przydać.

Oczekuję na podobne aktualizacje innych gier w mojej bibliotece! Muszę jednak zadać też pytanie - gdzie kaszubski? Zostajemy z tyłu! Ale kto wie, może na jakiejś rybackiej łodzi starzy Kaszubi już ją pieczołowicie tłumaczą, kiedy mają akurat przerwę od wyciągania sieci. Z takim pięknym obrazem dziś was zostawię - i, rzecz jasna, z życzeniami dobrego weekendu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz