środa, 6 kwietnia 2022

Komiksiarstwo na ekranie: Eternals

so, it sure was a movie, huh

Nie udało mi się zobaczyć Eternals na wielkim ekranie; cóż, pod koniec zeszłego roku inne sprawy miałem na głowie. Poczekałem więc grzecznie na możliwość obejrzenia ich w domu... i chyba cieszę się, że oszczędziłem sobie wycieczki do kina. Będą spoilery!

Na plakacie: słońce wstaje, całonocne reggae beach party dobiega końca; "kto nas tak dziwnie sphotoshopował", myślą zmęczeni szaleństwami Eternalsi

Don't get me wrong; nie jest to jeden z tych agresywnie złych filmów, jest po prostu... taki sobie. O komiksowym tle pisałem jeszcze przed premierą; grunt, by kojarzyć, że Eternals - marvelowscy ancient aliens - nigdy nie byli marką szczególnie prestiżową. W najlepszym razie jest wspominana jako osobliwe dänikenowskie dzieło Jacka Kirby'ergo z szalonych lat '70; w najgorszym - jako autoplagiat jego bardziej udanych New Gods stworzonych pod skrzydłami DC. Główne założenia: Celestials (gigantyczni kosmiczni bogowie o robotycznym wyglądzie) powołali do życia rasę nieśmiertelnych Eternals, którzy to z kolei mieli czuwać nad ludzkością i chronić ją przed agresją demonicznych Deviants. Co ja się tu zresztą będę produkował:  

Back to 1977! Opening crawl jak z Gwiezdnych Wojen... ale mniej wizualnie interesujący oraz bez efektownej muzyki.

Nie był to najlepszy początek! Poczułem, jakby zwyczajnie zabrakło budżetu na otwierającą epicką sekwencję. A to przecież mogło być ogromną siłą tego filmu! Eternals potrzebują wielkiej skali, szalonych konceptów, operowego zadęcia; chciałbym zobaczyć początek wszechświata i rozpalanie pierwszych gwiazd, chciałbym zobaczyć Celestials w pełnej potędze, najstarsze rozumne rasy oraz pojawienie się drapieżnych Deviants. Chciałbym zobaczyć całą nową mitologię, mit stworzenia, a zamiast efektownej opery dostałem na początek kartkę z libretto.

Anyways, Eternals przybywają na prehistoryczną Ziemię, wklepują kilku potworom, pokazują tubylcom odzianym w biodrowe przepaski nowy super wynalazek, pług... cały ten standardowy ancient aliens jazz. Chociaż historia jest banalna, to czuć jednak dobrą reżyserską rękę i udane zdjęcia!     

Monolityczny statek zawieszony nad prymitywnym plemieniem budzi skojarzenia z Odyseją kosmiczną Kubricka...

...ale jednak jest to warstwa raczej pastiszu i wizualnego cytatu, nie twórczej oryginalności. Nie odmówię jednak pochwał: w takich właśnie monumentalnych ujęciach Eternals błyszczą najbardziej! Nawet sceny akcji bywają filmowane w bardzo odległym, szerokim kadrze, co moim zdaniem podkreślało niezwykłość otoczenia. It was not just another monster fight; czułem, że patrzę na zamierzchłą erę, obcy krajobraz, coś niezwykłego.   

Ta mała figurka na kosmodinozaurze to Angelina Jolie! Przyznajcie: trzeba trochę śmiałości, by obsadzić w filmie Angelinę Jolie czy Salmę Hayek, a potem kręcić je ze stu metrów. 

Podobały mi się też kostiumy - nie był to może full-on crazy Jack Kirby style, ale sprawnie łączyły archaiczne motywy z bardziej futurystycznymi detalami. Szczególnie ciekawa była ich faktura: wydawały się być zawieszone gdzieś pomiędzy ultranowoczesnym superplastikiem a ceramicznymi zbrojami. Neat.

Fotka klasowa!

Pochwaliłem, doceniłem - przejdźmy więc do głównych problemów! Przede wszystkim, film wydał mi się rozdarty pomiędzy dwiema stylistykami: z jednej strony chciał być operową, mitologiczną w wymiarze historią o bóstwach oraz historii ludzkości; z drugiej - standardowym Marvel action flick, z obowiązkowym naparzaniem się na supermoce w każdym akcie oraz rozładowującymi patos dowcipami. 

Rzecz w tym, że w projekcie o skali Eternals rozładowywanie patosu działa na szkodę narracji; tu potrzebowałbym właśnie całych wiader patosu, monumentalnej skali, orkiestrowych trąb i kotłów jakby sam świat się kończył. Widziałbym ten film jako kompletnie pozbawione samoświadomości, wręcz obciachowe widowisko w stylu epickich ekranizacji biblijnych na modłę The Ten Commandments - zmieszane dla smaku z psychodelią a'la komiksowe lata '70.

O, właśnie takie kino: wulkany wybuchają, błyskawice biją, bogowie patrzą!

Sukces takiego filmu opierałby się przekonaniu widowni, że ten operowo-mityczny ton jest cool; nie za sprawą żartów i autoironii, ale czystej mocy widowiska. Majesty. Grandeur. 

Eternals mają w sobie cząstkę tego filmu... ale tylko cząstkę. Zbyt często dryfują w wydeptane marvelowskie ścieżki - Sersi i Sprite imprezują w klubie; Ikaris nawala się z potworem na ulicy, bo musimy mieć szybką action sequence; Kingo ma swojego komicznego kamerzystę-przydupasa, a Phastos żyje sobie na przedmieściach z mężem i synem. Down to earth stuff; w innych filmach i serialach Marvela bardzo to lubię, ale tu podobne sekwencje podcinały wrażenie epickości. Eternals to właściwie greckie bóstwa - przecież nawet ich imiona zarysowują analogie bardzo grubą kreską: Athena/Thena, Mercury/Makkari, Icarus/Ikaris, Circe/Sersi. Zrobienie z mitycznych figur just some fun superheroes like any other to zmarnowany potencjał.

Gemma Chan jako Sersi - de facto główna bohaterka filmu - jest super pretty w tej swojej zielonej zbroi... ale chciałbym jednak chwalić Eternals za coś głębszego niż uroda obsady.

Ale, powiecie, czy greccy bogowie i boginie nie są właśnie paradoksalnie ludzcy w swoim charakterze, humorze i słabościach? Macie rację, ale taki obraz bogów - ludzkich, kłótliwych, humorzastych - mamy już przecież w Asgardzie; po co kopiować ten sam ton? Co więcej: konstrukcja prawdziwie ludzkiej charakteryzacji takiej liczby postaci wymagałaby całego serialu; trudno ująć ją przekonująco w kinowym widowisku. Ba, byłbym całkowicie kupiony Eternals jako wysokobudżetowym serialem; gdyby każdy odcinek ukazywał jedną epokę, mielibyśmy dosyć miejsca na poprowadzenie epickiej sagi historycznej - z miejscem na moralne dylematy, romanse, zdrady i humor. Sprite jako fun and wise trickster? Thena jako warrior queen? W filmie brakowało na to wszystko miejsca.

Według mojej żony, Sersi nosiła zieloną zbroję plus białe firanki - faktycznie!  

Niby więc brakowało czasu, ale - z drugiej strony - pamiętam, jak bardzo nie podobała mi się scena porównująca problemy Sprite do dylematów z Piotrusia Pana. W takim właśnie momencie dialog był zbyt długi, overwritten; to, co mogło być jedną short clever line zostało rozdęte do całej sceny - nachalnie i niepotrzebnie tłumaczącej porównanie.

Niepotrzebne były też aż dwie osie dramatyczne filmu - z jednej strony powracający po stuleciach spokoju potworni Deviants, z drugiej bunt Eternals przeciw swoim boskim władcom. Kompletnie się ze sobą nie zazębiały! Deviants - czworonożne run of the mill CGI monsters - nie budzili poczucia zagrożenia; obecni byli wyłącznie, by nasze postacie miały kogo bić - o krok tylko lepiej niż banalni szturmowcy z Gwiezdnych wojen. Kiedy zaś fabuła nabiera tempa i antagonistami zostają gigantyczni Celestials, to mackowate dinozaury z pierwszego aktu kompletnie idą w zapomnienie. A potem, w finale, pojawia się taki oto wesoły gość:

"Dzień dobry, czy znalazłoby się dla mnie miejsce w finałowej scenie akcji? Otóż pragnąłbym wytłumaczyć motywację mojej rasy, oczywiście jeśli nie będzie to dla państwa aktualnie niedogodnością."

Pod koniec filmu wracamy w odpowiednio epicki ton - zagłada planety, narodziny nowego boga, bunt przeciw stwórcom - ten biedny humanoidalny Deviant wydaje się więc śmieszny w porównaniu; wygląda wręcz jak relikt z poprzedniej wersji scenariusza. Ogólnie jednak finał był całkiem satysfakcjonujący; tak, trochę deus ex machina i cudowna maszyna ratująca świat... ale wizualnie było to przynajmniej ładne, a dziwna maszyna ratująca świat to marvelowska tradycja jeszcze z czasów komiksowej Fantastycznej Czwórki i ich ultimate nullifier. Mogę to łyknąć.

God-child being born! To jest właśnie epicka skala, na którą liczyłem w w tym filmie; szkoda, że nie ma tego więcej.

Poza rozjeżdżającym się tonem film cierpiał też przez jedno proste pytanie: i co? Zadawałem je sobie po wielu scenach, a odpowiedzią było zazwyczaj dojmujące i nico. Sersi, dowiadujemy się z początku filmu, rozeszła się z Ikarisem i znalazła sobie śmiertelnego wybranka. I co? I nico, przez większość seansu w ogóle do tego nie wracamy. Ktoś z Eternals zginął pod szponami Deviants; i co? I nico, życie toczy się dalej. Ktoś zdradził zespół; i co? I nico, od początku było to telegrafowane, więc ani to zaskoczenie, ani nawet szczególna komplikacja fabularna. Ikaris wlatuje w słońce, ponieważ nazywa się Ikaris - i co? I nico, nie ma nawet jakiegoś satysfakcjonującego emotional fallout.

Mmm, ciepełko, słoneczko - nie to co u nas, niby już kwiecień, a nadal zimowa kurtka :(

Doceniam zatem reżyserską próbę zmierzenia się z Eternals, nawet średnio udaną; wymagała ambicji, gdyż materiał źródłowy jest niezbyt wdzięcznym obiektem adaptacji. No tak, powie ktoś, ale czy tego samego nie mówili o Guardians of the Galaxy? A w końcu z tego niszowego zespołu klasy C zrobili bardzo udane komediowe science fiction! Otóż nie do końca - oryginalny zespół Guardians of the Galaxy to faktycznie ramotka retro, ale to, co widzieliśmy na ekranie (Starlord, Gamora, Drax, Rocket Raccoon i Groot) to już era w pełni współczesna. Dan Abnett i Andy Lanning, tworząc to wcielenie zespołu, budowali na crossoverze Annihilation Keitha Giffena z 2006; historii, która tchnęła nowe życie w kosmiczną linię Marvela, jeszcze kilka lat wcześniej nieinteresującą psa z kulawą nogą. Guardians of the Galaxy nie byli w momencie ekranizacji "nikomu nieznaną drużyną"; byli szanowanym i sprawdzonym komiksowym superhitem.

Eternals, on the other hand, were always anything but. Komiksy z nimi zamykano przed czasem; a to problemy kreatywne, a to niskie zainteresowanie czytelnicze. Nawet pod kątem bazowego konceptu - basically ancient aliens - zespół ten średnio pasuje do uniwersum Marvela; trochę jak w przypadku X-Menów, lepiej tematycznie działaliby jako kompletnie osobna marka. Dodatkowym problemem ich kinowej interpretacji jest obecność bóstw Asgardu, które wcześniej zostały wprowadzone na ekran jako inna technologicznie zaawansowana rasa obcych; Eternals wydają się przez to jeszcze bardziej wtórni niż w komiksach.

But hey, at least Celestials look kinda cool!

Nawet nawiązania do szerszego uniwersum wyjątkowo mało mi się podobały. Śmiertelny wybranek Sersi to niejaki Dane Whitman, superbohater znany jako Black Knight. I co? I oczywiście nico; w finale odnajduje on (bez właściwie żadnej podbudowy) swą klasyczną broń - Ebony Blade... now buy the next ticket to see him in another Marvel project. Nie śmiem twierdzić, że Black Knight nie ma oddanych fanów (chyba każda postać komiksowa ma!), ale trudno mi było wykrzesać iskrę entuzjazmu. Nie oszukujmy się; to już nie początki MCU, gdzie czułem efekt oh wow, this guy exists in the movies too, cool!, a Black Knight to jednak nie Kapitan Ameryka. Zamiast ekscytacji i fanowskiej zabawy czułem raczej jakichś smutnych panów w garniturach stojących nad umęczoną reżyserką i instruujących pamiętaj o obowiązkowych cameos, muszą być cameos do innych projektów; model biznesowy, perspektywy rynkowe, yadda yadda yadda.

"BEHOLD YOUR OBLIGATORY CAMEOS, SIR!"

W roli cameos występują więc Black Knight, Pip the Troll (autentyczny troll i członek komiksowej drużyny Infinity Watch, która strzeże kolorowych klejnotów Thanosa) oraz niejaki Starfox, znany też jako boski Eros. His comic book power is basically mind-controlling people into having sex with him. Dyplomatycznie skomentuję: no nie wiem, czy wyciąganie go na scenę w roku 2021 to taki super pomysł. A, ale gra go Harry Styles z zespołu One Direction, co jednak jest jakoś uroczo absurdalne!

Żeby już nie przedłużać - Eternals to moim zdaniem ambitna porażka; fajnie, że reżyserka próbowała tu czegoś innego niż typowy Marvel, ale moim zdaniem nie odeszła wystarczająco od schematu, by projekt ten naprawdę rozwinął skrzydła. Według mnie marce tej trzeba mitologicznej, bezkompromisowej monumentalności; żadnego brania w ironiczny cudzysłów. Im dalej od marvelowskich dowcipów i marvelowskich cameos - tym lepiej! Może uda się w sequelu, jeśli taki zobaczymy? Kto wie!

...but at least it looked pretty!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz