poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Muzyczne Poniedziałki: tell me please / can you put my mind at ease

Słuchałem jakiś czas temu radia i, ciesząc się poniższym kawałkiem, pomyślałem: o, ładnie, ładnie, czyżby objawił się jakiś kontynuator tradycji Knoplfera? Tymczasem linia inspiracji przebiega tu w drugą stronę: to urodzony w 1938 J. J. Cale był muzycznym wzorcem dla Marka Knoplfera!


...oraz Erica Claptona, który spopularyzował nawet Cocaine, jeden z utworów Cale'a! Sam Cale jest może nieco mniej znany - nie przepadał wręcz za byciem gwiazdą estrady - ale zdecydowanie warto pokopać w jego dyskografii. 

piątek, 25 sierpnia 2023

The New Mutants: po Claremoncie!

Na tym etapie wiecie już doskonale, że The New Mutants zajmują w moim sercu specjalne miejsce - szczególnie pierwsze 54 numery autorstwa Chrisa Claremonta. Seria ta dobiła jednak do równej setki - a więc przyjrzyjmy się dziś temu, co działo się później!

Otwórzmy dzisiejszy wpis materiałem z Marvel Fanfare #45: pin-upem niezrównanego Billa Sienkiewicza!

Dlaczego w ogóle Chris Claremont odszedł z magazynu; czyżby stracił serce do młodych mutantów? Niekoniecznie; w 1987 zaczął po prostu pracować nad komiksami Wolverine (solowa seria, która lata temu wyszła po polsku jako czarno-biały Essential) oraz Excalibur (brytyjska gałąź X-Menów oraz nadal jedna z moich wielkich dziur w ich znajomości). Nawet taki tytan jak on musiał więc coś sobie odpuścić! W zamierzeniu był to tylko półroczny urlop, podczas którego miała zastąpić go Louise Simonson - ale życie toczy się swoimi ściekami, i Simonson została na stanowisku na dobre.

Lousie Simonson - znana również pod pseudonimem Weezie - to jedna z ważniejszych kobiet w branży komiksowej tej ery. Nazwisko brzmi z pewnością znajomo dla wszystkich osób lubiących Thora; Walt Simonson, jej mąż, to prawdopodobnie najsłynniejszy opiekun tej postaci (używam takiego szerokiego słowa, gdyż był zarówno scenarzystą, jak i rysownikiem). Ale Louise daleko do bycia wyłącznie żoną sławnego męża: jeszcze zanim poznała Walta, była aktywna w branży jako redaktorka i scenarzystka. Weezie zrobiła naprawdę masę fajnych rzeczy... więc tym bardziej szkoda, że jej era w The New Mutants średnio przypadła mi do gustu.

Nowym rysownikiem został Bret Blevins, który pociągnął tytuł w bardziej kreskówkowo-karykaturalnym kierunku.

By być uczciwym - obniżenie lotów The New Mutants po odejściu Claremonta to nie do końca wina nowej (utalentowanej w końcu!) scenarzystki. Nie, chodziło bardziej o odgórny wydawniczy mandat Marvela: The New Mutants, zdecydował ktoś na szczycie, powinni skręcić bardziej w stronę "młodzieżowości": mniej horroru, fetyszyzmu oraz zawiłości charakterologicznych, więcej wypadów na zakupy i zakuwania do szkolnych egzaminów (spójrzcie tylko na emblematyczną scenę powyżej). Nasza grupa mutantów - wcześniej dość dojrzałe już postacie pobliźnione traumami - zostaje z miejsca zinfantylizowana; subtelności charakterów gdzieś znikają, a całość zaczyna przypominać skierowaną do młodych widzów telewizyjną kreskówkę z lat '80.

New Mutants zachowują się bardziej dziecięco, i nawet Magneto - który u Claremonta z godnością powstrzymywał się już od morderstw jako techniki edukacyjnej - wygląda tu bardziej jak pocieszny, rozczochrany wujek.

Jedna z pierwszych przygód nowych New Mutants to od razu cios między oczy - pod opiekę grupy trafia dziwaczne stworzenie: Bird-Boy/Bird-Brain (raz jest nazywany tak, raz tak), ptasio-ludzka hybryda opętana maniakalną obsesją pożerania burgerów:

Bird-Brain staje się maskotką grupy - właśnie w stylu animowanego serialu dla tej młodszej młodzieży z tego okresu! Zwróćcie też uwagę na charakterystyczne sylwetki Blevinsa.

Najbliższym porównaniem będą tu chyba emocje, które dekady temu towarzyszyły fandomowi Gwiezdnych Wojen przy okazji wprowadzenia na ekran Jar-Jar Binksa - ale w porównaniu z Bird-Brainem Jar-Jar to jest gość: intelektualista, szczwany lokals, senator, postać o ukrytej głębi. Bird-Brain jest szczególnie niepokojący, gdyż przez jakiś czas nie wiadomo, czym właściwie jest; czy powinien być traktowany jak człowiek... czy jak zwierzak-maskotka papugujący tylko kilka słów? Finalnie okazuje się, że jest on owocem eksperymentów szalonego naukowca, który - jak wcześniejszy o dwie dekady High Evolutionary, sam zresztą będący komiksową wariacją na temat doktora Moreau - starał się obdarzyć zwierzęta ludzką formą i inteligencją. So, we're off to a rough start with Simonson; fabuła jest banalna, koncept wtórny, a zniuansowane dotąd postacie zredukowane do własnych uproszczonych szkiców. Ale nowa scenarzystka powoli, powoli opiera się wydawniczemu kursowi i zaczyna przeciągać narracyjną linę na swoją stronę - bardziej ku klasycznej dla The New Mutants mieszance superbohaterskich przygód i horroru. Już w numerze #60 czuć, że oddalamy się od estetyki sobotniej kreskówki, gdyż Cypher, jako pierwszy z młodych mutantów... ginie w akcji:

I znowu, dla uczciwości: nie była to jakaś wybitnie śmiała decyzja. Mało kto lubił wówczas Douga, którego mocą była znajomość wszystkich języków; czytelnicy za nim nie przepadali, artyści zaś narzekali, że jest mało wizualnie interesujący.

Była to jednak czytelna deklaracja: nie, nie robimy z tego jednak kreskówki. I chociaż współcześnie na śmierci i nieuchronne powroty superbohaterów reagujemy raczej apatycznie, pod koniec lat '80 motyw powrotu zza grobu nie był jeszcze aż tak wyeksploatowany; śmierć Douga była potraktowana jako poważny cios dla całego zespołu, od nauczyciela począwszy:

"...like they once registered my people in Poland...!" - jak wiemy, Magneto należy do dumnej nacji Kaszubów; będę forsował tę perspektywę do skutku.

Następnie doczekujemy się chyba najbardziej groteskowej sceny autorstwa Louise Simonson: Warlock, zmiennokształtny technoorganiczny kosmita i najlepszy przyjaciel Douga, próbuje przywrócić go do życia (dla jego gatunku to możliwe). Nie zna się jednak za dobrze na ludzkiej biologii; wyciąga więc zwłoki przyjaciela z grobu i... uchachany leci z nimi za okno pogrążonych w żałobie rodziców:

Chociaż ze zrozumiałych względów scena była kontrowersyjna, Simonson mówiła później, że to jej ulubiona sekwencja z The New Mutants!

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego; połączenie zazwyczaj humorystycznego Warlocka z bardzo prawdziwą tragedią (oraz bezczeszczeniem zwłok!) to prawdziwa bomba i kontynuacja Claremontowskiego horroru; na tym etapie daleko jesteśmy już od głupkowatego Bird-Braina. Smak horroru The New Mutants również ewoluuje; w 1989, podczas wydarzenia zatytułowanego Inferno (Nowy Jork zostaje zaatakowany przez demony, Magik w końcu przeistacza się w Darkchylde) widzimy już - jak w filmach z tej epoki! - horror w wydaniu komediowym. Moja ulubiona scena z tych okolic to chyba turystyczna lornetka wygryzająca nowojorskiemu turyście oczy:

"Hej, Anglista napisał, że jego ulubiona scena to demon opętujący lornetkę i wygryzający kolesiowi oczy!" "Zawsze wiedziałem, że coś z nim nie tak, nie podchodź do niego za blisko."

Niemal słyszę ten zaczepny głos Freddy'ego Kruegera!

Mamy więc pewną kontynuację motywów grozy, a co z fetyszyzmem? Nadal czasem się przewija, ale Simonson nie posługuje się nim jednak z wprawą Claremonta; może po prostu to nie jej klimaty. Oczywiście, trudno uniknąć fetyszystycznych klimatów, jeśli w stałej obsadzie komiksu mamy Hellfire Club...

"To nasz dyrektor! Wybiega chyba z imprezy BDSM! Yaaay teach!"

...co jakiś czas pojawia się też standardowy motyw brania kogoś w niewolę, but there's no real spirit in it. Oto na przykład (średnio kreatywny) kosmiczny łotr Spyder; he's called Spyder because he looks like a spider. Spyder porywa Lilę, rockową sympatię Cannonballa, i równolegle zmusza do przestępczych działań niejaką Gosamyr:

Gosamyr męczyła mnie w ogóle strasznie: jej kosmiczna moc to "bycie tak atrakcyjną, że wszyscy rywalizują o jej względy" - czyli w praktyce zredukowanie chłopaków z New Mutants do bandy żrących się nawzajem dekli w nieciekawym i wymuszonym konflikcie.

Ach, nie bijcie się o mnie! Gdybym tylko nie była tak piękna, cóż to za ciężar! Myślicie, że się nabijam, ale to mniej więcej prawdziwe kwestie Gosamyr. Spodziewałbym się może podobnych motywów spod ręki faceta-scenarzysty w latach '50 czy '60, ale... scenarzystka pod koniec lat '80? Podobnie jest z Lilą Cheney: pod piórem Claremonta była zniuansowaną, aktywną postacią; tutaj zostaje porwana i staje się biernym trofeum, o który toczy się rozgrywka. Lila nie przechodzi u Simonson czegoś, co lubię nazywać testem świnki morskiej: gdyby zamiast niej porwano ukochaną świnkę morską Sama, fabuła toczyłaby się dokładnie tak samo. To trochę paradoks, że w latach '80 Claremont pisał postacie kobiece aktywniej i z większym pazurem niż niejedna autorka!  

"Slaves! You and your friend are now the property of Skrull slavers!" - niestety, serialowa Secret Invasion nie dała nam tego pięknego momentu! Doceniam dzierżony przez klauna "mutant spray"; prawie jak słynny shark repellent Batmana.

A skoro już mówimy o Skrullach, to pojawia się inny ciekawy motyw: coraz więcej wątków ufologicznych. Pierwsze mrugnięcie okiem pojawia się w The New Mutants Annual #4 z 1988 (coroczne dodatkowe wydania specjalne stały się w ogóle bardzo sympatyczną tradycją serii), gdzie Dani Moonstar - Mirage - zostaje zatrzymana do kontroli przez lokalnego policjanta. Jej moce dopiero co się zmieniły; tworzone przez nią iluzje są teraz fizyczne i namacalne, ale naraz może istnieć tylko jedna! Gdy Dani skupia się na wymyśleniu fałszywego prawka (Poca Hontas - Valhalla), czerwony sportowy samochód (który wymyśliła sobie dla relaksu wcześniej) dosłownie znika jej spod tyłka. Przedstawiciel organów ścigania ma tylko jedno wytłumaczenie:

"That best-seller... about the guys and some alien visitors... happened right around here!"

A guy and some alien visitors może odnosić się do przynajmniej dwóch książek: The Walton Experience Travisa Waltona (zaadaptowaną w 1993 do filmu Fire in the Sky) lub Communion Whitleya Streibera (o której już nawet kiedyś wspominałem). Ta druga była jednak zdecydowanie większym hitem! Annual #7 z roku 1991 - a konkretnie historia Close Encounters of the Mutant Kind - nie pozostawia już niczego w sferze domysłów:

W UFO latają oczywiście X-dzieciaki, niechcący strasząc spokojną babcię!

Starsza pani, dzwoniąc na policję, wywołuje więc niechcący ufologiczny festiwal: pod jej domem gromadzą się szybko gapie, entuzjaści witający obcych transparentami oraz łowcy kosmitów z siatkami jak na smerfy:

Kolejny kadr z Communion! Autorką tej historii jest Judy Bogdanove, żona ówczesnego rysownika, Jona.

Sprawę komplikuje to, że X-dzieciaki, Artie i Leech, faktycznie wyglądają nieco jako kosmici - ale wszystko dobrze się kończy; samotna starsza pani przyjmuje ich z czułością, którego tak potrzeba pozbawionym rodzin młodym mutantom:

Hej, a któż to zagląda przez okno? Nawet autentyczni obcy są wzruszeni!

Artie, Leech oraz Taki ("Wiz Kid") pozostawali generalnie pod opieką grupy X-Factor (w tej pierwszej inkarnacji, jeszcze nie agencji detektywistycznej), ale z racji na wiek dryfowali czasem do The New Mutants. Możemy tu wrócić do crossovera Inferno - tak, tego z najwyraźniej moim ulubionym wygryzaniem oczu - gdy jeżdżący na wózku Wiz Kid stał się obiektem zainteresowania demonów:

Jego mocą jest manipulacja technologią; jeździ więc na super-wózku, wyczarował też UFO w poprzedniej historii!

Bardzo to urocze; nie dość, że mamy wczesne zachwyty nad informatyzacją, to do tego niezbyt bystre demony uznają, że komputerowy spell checker pomoże im weryfikować zaklęcia. Koleżanka z kokardą we włosach to z kolei Tabitha Smith, Boom-Boom; nieco starsza wychowanka X-Factor, nastolatka skrojona już pod początek lat '90 - wiecznie żująca gumę i nosząca kolorowe okulary. W The New Mutants Annual #5 z 1989 (jak mówiłem: te annuals to świetna tradycja, pozwalająca na zabawę z bardziej nietypowymi historiami) Boom-Boom lamentuje nad brakiem fajnych chłopaków dookoła; gdy zasypia, ma okazję zamienić parę słów bezpośrednio ze swoim rysownikiem:

Sounding kinda creepy here, Jon! Ale Tabitha nie da sobie w kaszę dmuchać...

Bogdanove próbuje zainteresować Boom-Boom różnymi bohaterami Marvela, ale cóż: ten za stary, ten za sztywny, ten za bardzo macho na jej gust. Krótko mówiąc: Tabitha musi poczekać, aż dorośnie nowe pokolenie!

It's a cute little story! Inną ciekawą historią rozgrywającą się nieco na marginesach głównej serii jest ta z The New Mutants Summer Special #1 z 1990; Ann Nocenti, na co dzień redaktorka The New Mutants, wchodzi w tym zeszycie w krytykę mediów ogółem oraz telewizji konkretnie. I, jak to Ann Nocenti, nie bawi się za bardzo w subtelności; jej satyra jest bardzo, ale to bardzo czytelna. Oto na przykład sam Rupert Murdoch Moopert Rurdock:

Wygląda tematycznie znajomo? Ann Nocenti była też twórczynią Mojo, łotra personifikującego najgorsze cechy kultury telewizyjnej lat '80!

Tematyka telewizji i mediów była stałym konikiem tej autorki! W tej akurat (nieco alegorycznej) fabule młodzi mutanci zostają zmuszeni do zajrzenia za kurtynę mediów, do tego przysłowiowego zerknięcia, jak właściwie robi się kiełbasę. Z dzisiejszej perspektywy - to, co Nocenti mówi o odrealnieniu oraz urozrywkowieniu faktów zaskakująco przypomina nasze współczesne obserwacje na temat skracania czasu skupienia oraz stałego przebodźcowania:

"...moving faster than a rock video!" - w latach '80 przebodźcowanie miało twarz komercyjnej telewizji; dziś mamy social media oraz internet w każdej kieszeni. Gdyby tylko Nocenti wiedziała, co nas czeka!

Bret Blevins niekoniecznie jest moim ulubionym rysownikiem, ale do tej odrealnionej historii jego karykaturalny styl nadaje się idealnie! Świetny jest na przykład Warlock chłonący telewizję tak, że cała jego głowa porosła już oczami w formie kineskopów:

Nawet zęby stały się ekranami!

Czyli co, wywalić telewizor do rzeki? Taki, po zakończeniu przygody, jest pierwszy instynkt Sunspota... ale przecież media mogą też służyć słusznym sprawom i przyciągać uwagę do ważnych problemów. No i jak inaczej obejrzeć Twin Peaks?

Rahne okazuje się głęboko zaangażowana w ten serial!

I mała ciekawostka: w pin-upie na końcu zeszytu dowiadujemy się, jakie dokładnie inspiracje stały za fabułą Nocenti:

Rzadko kiedy widać wpływy podane aż tak na tacy! Łatwo je zresztą wyłapać; przykładowo, obecny w komiksie koncept "manufacturing consent" to dosłownie tytuł książki Chomsky'ego.

Sam koniec pierwszej serii The New Mutants przypadł już na początek lat '90, gdy Louise Simonson powoli ustępuje pola dwójce nowych twórców: są nimi Fabian Nicieza (którego ostatnio doceniłem również jako autora powieściowych kryminałów!) oraz Rob Liefeld, jedna z największych komiksowych gwiazd lat '90 (i nikt już chyba nie wie właściwie, dlaczego). W pierwszym wpisie o New Mutants wspominałem, że - funny as it may sound - Profesor X, Emma Frost oraz Magneto mieli realny wpływ na moją nauczycielską praktykę; nie mogę chyba z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o ostatnim z mentorów młodych mutantów. Jest nim postać na miarę nowej dekady, cybernetyczny najemnik z przyszłości: Cable!

Przeklina! Lata helikopterem! Oko mu się świeci! Nawet jego wrogowie podziwiają jego styl!

Pojawia się też akurat wtedy, gdy New Mutants potrzebują nowego mentora. Nowa siedziba, nowy skład zespołu; zbliżający się numer #100 nie będzie finałem przygód naszej drużyny, ale jej przekształceniem w coś innego. The kids have graduated, and the times have changed; nową nazwą drużyny będzie od tej pory "X-Force". To właśnie pierwsza inkarnacja tego zespołu!

"I want each of you to design your own curriculums and clear it with me --" - chociaż trochę się z niego nabijam, Cable - czwarty i ostatni mentor oryginalnych New Mutants - również przenosi pedagogiczne przesłanie: your students want to be taken seriously, to be treated as adults.

Zabawnie więc patrzeć, jak buntowniczy do tej pory Sunspot patrzy w nowego nauczyciela z uwielbieniem - tylko dlatego, że ten traktuje go jak dorosłego żołnierza i mówi do niego w krótkich, konkretnych słowach. Sir, yes, sir! Widać, jak bardzo jest to gówniarska fascynacja charyzmatycznym macho manem - ale kłamałbym mówiąc, że nie widzę czasem podobnego głodu u autentycznych nastolatków; większość potrzebuje naturalnie empatii i łagodnego kierowania, ale części po prostu świecą się oczy, gdy dostaną serię krótkich komend... a jeśli profesor powie do tego brzydkie słowo, to już w ogóle pełen zachwyt. Kluczem, oczywiście, jest dobranie właściwego podejścia do właściwej osoby oraz właściwej sytuacji - ale, chociaż korzystam z niej dużo, dużo rzadziej, nawet Cable ma do przekazania swoją pedagogiczną mądrość.

Nowa twarz zespołu!

Rob Liefeld to kolejny z rysowników, o którym pisano całe krytyczne elaboraty. Dla wielu osób ucieleśnia wszystkie najgorsze trendy lat '90 - szkicową, ale i tak przekombinowaną kreskę, wątpliwą anatomię, dziwne proporcje, fatalne kostiumy, nieistniejące tła. I chociaż trudno w to współcześnie uwierzyć, ten styl był wtedy na topie; Liefeld był tak cool, że wystąpił w reklamie dżinsów Levi's. Spójrzmy prawdzie w oczy: ani ja, ani wy nie wystąpicie najprawdopodobniej w telewizyjnej reklamie dżinsów Levi's. Rob Liefeld wystąpił. That's how much of a name he was back in the day.

 
"So, Rob, have you had any formal art training?"
"No."

Słuchajcie, jest rok 2023 i nie chcę nabijać się za bardzo z trzydziestoletnich grafik Liefelda; nie ma w tym wyzwania ("Rob Liefeld nie umie rysować stóp", "Rob Liefeld nie wie, ile ludzie mają zębów", "Rob Liefeld kupił miecz Schwarzeneggera z Conana" etc.), a na przestrzeni lat wiele osób robiło to już lepiej i śmieszniej ode mnie. Powiem jednak tyle: finałowe zeszyty The New Mutants to właśnie Rob Liefeld wchodzący z przytupem do branży (wcześniej jego największym tytułem byli - znani nam dobrze! - Hawk & Dove); to właśnie tu znajdziecie te wszystkie panele, nad którymi internetowe śmieszki pastwią się już od lat:

DYNAMICZNY KLASYK

Liefeld zaczynał nie tylko rysując, ale też współpracując z Louise Simonson przy scenariuszu - dlatego właśnie możecie przeczytać, że jest współtwórcą wielu postaci z tej samej ery, co Cable. A postaci tych jest cała masa; Liefeld pakował do komiksów całą masę wizualnych projektów, które najwyraźniej miał poupychane po zeszytach i notatnikach. A że mało która z tych osobistości jest w jakimkolwiek stopniu interesująca? Cóż, nie można mieć wszystkiego! Oto na przykład dwóch azjatyckich niegodziwców; w prawdziwych fajerwerkach kreatywności nazywają się... Kamikaze i Sumo:

"So, woman, you will live long enough to see your teammate buried... beneath the monstrous bulk of the incredible Sumo!"

SPWAT! Chciałem ponabijać się z kolesia praktykującego sumo nazywającego się Sumo, ale kimże jestem, by krytykować; anglistą podpisującym się jako Anglista. Idź więc w pokoju, Sumo!

Tak oto dotarliśmy do samego końca pierwszej serii The New Mutants! Chociaż po odejściu Chrisa Claremonta nie odzyskała już tego samego wigoru, nie znaczy to, że brakuje w tych zeszytach kreatywności. Pisane na luzie annuals zasługują na szczególną uwagę; widać nadchodzące trendy lat '90, by wspomnieć tylko o (szerszym, kulturowym) szale na UFO lub (komiksowym) zafascynowaniu cyborgami oraz wielkimi karabinami. Boom-Boom is a delight, Cable i Domino mają swój retro-urok, znam też przynajmniej jedną fankę Shatterstara - innej postaci, która dołączyła do zespołu pod sam koniec! Co do tych postaci, wydanie zbiorcze oferuje nam nawet poręczny diagram:

No i przede wszystkim - sto numerów! Było to ładne osiągnięcie również i wtedy.

Zakończę więc panelem może nie bezpośrednio z The New Mutants, ale z zeszytu z ich występem: Uncanny X-Men #270 Chrisa Claremonta. To nadal jeden z moich ulubionych paneli z licznych X-books:

Jean i Storm wiedzą, jak jest!

Wygląda więc na to, że tym czwartym wpisem (z planowanego jednego) zamknąłem mój powrót po latach do oryginalnych The New Mutants! Ale tak jak none of us die forever, tak też moje komiksowe podróże never end; spodziewajcie się, że za jakiś czas wrócę do kolejnej serii o młodych mutantach. Tym razem będą to już lata '90; tym razem będzie to już nowe pokolenie.

Get ready for Generation X! 

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Muzyczne Poniedziałki: Though his appearance is comical / and raises many questions anatomical...

...his features aren't as malleable / as the features of his fellow Skrull! Uczcijmy finał serialu Secret Invasion tym oto pięknym hymnem na cześć Super Skrulla. Przez najbliższą dekadę może nie być lepszej okazji!

Zespół Ookla the Mok - nazwany zresztą na cześć postaci z kreskówki Thundarr the Barbarian - zajmuje się głównie fanowską flik music. Ten nieco zapomniany współcześnie termin (ponoć wywodzący się od literówki w folk) dotyczy starej fandomowej tradycji śpiewania o ulubionych książkach, filmach, serialach czy postaciach! Czasem flik songs bazują na znanych melodiach, czasem są to zupełnie nowe kompozycje; w latach '70 wykonywane na żywo fliks (bo funkcja społeczno-humorystyczna jest tu bardzo ważna) były już oczekiwanym elementem konwentów.

Żałuję bardzo, że nie znalazłem już nagrania tej piosenki, na które wpadłem kilkanaście lat temu - podłożony tam slideshow był dziełem sztuki. No cóż, ulotność treści internetowych! Zaśpiewajmy więc chociaż raz jeszcze: on a Skrull homeworld in a secret laboratory...   

piątek, 18 sierpnia 2023

Yoku's Island Express

Próbowałem ostatnio przesiąść się na platformę Pinball FX, uaktualnioną wersję starszej Pinball FX3 (nowsza nie posiada już numerka). Dla nowych graczy to pewnie fajna sprawa, ale póki co, trudno ją jednak polecić entuzjastom poprzedniej: co prawda zmieniono silnik graficzny na nowocześniejszy, lecz z perspektywy kanapy trudno mi te poprawki dostrzec - a do tego nie ma opcji migracji stołów, więc musiałbym ponownie kupować swoje ulubione maszyny. Póki co pozostanę więc przy starszej platformie... ale nie oznacza to, że odpuściłem wakacyjną zabawę z pinballem! Oto Yoku's Island Express - połączenie mechanik piballowych z kolorową platformówką!

Kolorowo i wesoło jak w starej platformówce pod MS DOS!

Tytułowy Yoku - nasz bohater - wiedzie wesoły żywot żuka gnojowego, raźnie toczącego swoją kulkę (niesprecyzowanej substancji). Samo toczenie kulki, tradycja z dziada pradziada, to już jednak za mało dla dzielnego owada; przyszedł czas na zmianę kariery! Przybywa więc na egzotyczną, tropikalną wyspę, gdzie obejmie posadę lokalnego poczmistrza.

Wyspa zaś jest pełna pinballowych flipperów, odbijaczy oraz innych atrakcji!

Póki powierzchnia jest w miarę płaska, sterujemy naszym żukiem jak w każdej innej platformówce: możemy, pchając kulkę, łazić w prawo oraz w lewo... nie ma jednak możliwości skoku. Za ruch w pionie odpowiadają bowiem rozsiane po wyspie flippery, nad którymi również mamy kontrolę! Odbijamy więc kulkę, zaś dzierżący ją na sznurku Yoku śmiga po wyspie wraz z nią - odbijając się od bumperów, pędząc w rampach i generalnie robiąc niemal wszystko, co dzieje się na klasycznym stole (brak tylko możliwości bocznego szturchnięcia).

Yoku - jako tzw. "młody w robocie" - zostaje natychmiast zaprzężony do heroicznego zadania: musi poinformować trzech wodzów wyspy, że lokalne bóstwo-ośmiornica zostało zaatakowane i zranione.

Zgodnie z konwencją gatunku - nie wystarczy wodzów odnaleźć; nim zgodzą się pomóc, każdy z nich pośle Yoku w mniej lub bardziej poważne tarapaty. A i pozostali mieszkańcy wyspy nie dadzą mu się nudzić: ten potrzebuje ogrodniczych narzędzi, innemu trzeba pomóc z budowaniem mostu lub znalezieniem brudnych zwierzaków, które rozpierzchły się po okolicy. Nie można też zapomnieć o podstawowych obowiązkach: wszystkie skrzynki pocztowe trzeba napchać garściami zaległych listów! Dla pragnących osiągnąć rangę wielkiego poczmistrza jest też specjalne wyzwanie: trzy paczki, których dostarczenie wymaga nieco więcej sprytu (najprostsza komplikacja - odbiorca zdążył się już przeprowadzić).

Wyspa jest naszpikowana takimi właśnie mini-stołami pinballowymi! Stanowią one bramki pozwalające przejść dalej; wyjście ze stołu na nowy obszar wyspy otwiera się po jego wygraniu.

Oznacza to zazwyczaj trafienie we wszystkie ukryte w zakamarkach stołu fioletowe kryształy; czasem widać je już na pierwszy rzut oka, innym razem ujawnią się dopiero po zaliczeniu kilku trafień w daną rampę czy bumper. Nie ma jednak mowy o złożoności profesjonalnych stołów: Yoku's Island Express to tak naprawdę pinballowy tutorial rozbudowany do osobnej, kolorowej gry. Każdy ze stołów można tu przejść w kilka minut, zaś ich złożoność wzrasta bardzo stopniowo: z początku gra uczy podstaw odbijania piłeczki, później pojawiają się przesuwane lampy, spinnery, aktywacja kickbacku (którą to rolę pełni stwór o imieniu... Kickback), multiball i cała reszta atrakcji. Powiem z perspektywy pinballowego entuzjasty: to naprawdę dobre wprowadzenie, które niezauważalnie wtajemniczy was w arkana tej zabawy!

Czasem - poza trafianiem we fioletowe kryształy - trzeba będzie uporać się z czyhającym u szczytu stołu bossem! Każdy z nich to mała zagadka, która wymaga zastosowania zgłębianych wcześniej mechanik.

Same stoły w Yoku's Island Express to proste projekty: raczej z miejsca widać, co trzeba na nich zrobić, i posyłałem piłeczkę do celu zwykle już za pierwszym-drugim podejściem; brak tu złośliwie ustawionych elementów, które utrudniałyby zabawę. Ktoś może powiedzieć, że są przez to banalne - co byłoby prawdą, gdyby myśleć o nich z osobna... ale nie są to przecież pełnoprawne stoły, nad którymi mamy spędzić długie godziny, a tylko elementy składowe większej platformówki.

Zamiast abstrakcyjnych punktów zdobywamy na stołach owoce, które można później wydać - na przykład u tych dżentelmenów powyżej!

Wyspa jest też pełna flipperów i skoczni zablokowanych łańcuchami; ich zdjęcie kosztuje zwykle od 30 do 80 owoców. Przyjemnie integruje to pinballową zabawę z elementem platformówkowo-eksploracyjnym! Z czasem zdobywamy też umiejętności, które pozwalają dotrzeć do niedostępnych wcześniej obszarów: mamy więc przykładowo rybę, która współpracuje z Yoku i pozwala nurkować, lub stworka na smyczy, dzięki któremu możemy bujać się na kwiatach. Powiem jednak szczerze: takie właśnie bujanie się czy skakanie dzięki eksplodującym ślimakom wydają się wyjęte z zupełnie innej gry i nie kleją się za bardzo z pinballowym zamysłem. Nie znaczy to, że są to elementy nieciekawe (no dobra, poza tymi eksplodującymi ślimakami; ustawienie ich odpowiednio, by eksplozja wyrzuciła mnie pod konkretnym kątem, graniczy dla mnie z niemożliwością), ale łapałem się przy nich często na myśli: OK, teraz już nie gram w pinball

Mapa wyspy jest dosyć zawiła i brak niestety szybkiej podróży - ale, jeśli opłacicie je owocami, w transporcie pomagają pszczele armaty!

To chyba właśnie największy feler Yoku's Island Express - o ile przez fabułę przechodzi się sprawnie i wesoło, o tyle cofanie się do już odwiedzonych lokacji bywa uciążliwe. Pszczele działa są fajnym pomysłem i posyłają piłeczkę dalej z bardzo satysfakcjonującym PLOP!, ale na całej wyspie mamy raptem trzy takie linie transportowe - i nie można do nich wsiąść w dowolnym miejscu, a tylko na ściśle określonych przystankach. Drugim zgrzytem jest mapa, która co prawda wiernie odwzorowuje świat... ale trudno na niej dostrzec detale (brak płynnego zoomu, jest tylko szeroki widok całości oraz zbliżenie na okolicę), a podróż zazwyczaj nie przebiega w prostej linii. Wędrując do - niby sąsiedniej - lokacji, zaliczymy pewnie ze dwa mini-stoły, z których jeden można opuścić górą, drugi bokiem, oraz trzy tunele - które, w pinballowej tradycji, wiją się i kręcą. Krótko mówiąc: po ukończeniu fabuły (około 6-7 godzin) miałem uczciwie zamiar dokończyć grę w stu procentach i pozbierać wszystkie pozostawione wcześniej skarby, ale za sprawą nużącego backtrackingu szybko odpuściłem.

A szkoda, bo wiele zagadek chętnie bym rozwiązał! Jak dostać się zakopanego w gruncie wickerlinga u góry? Chętnie bym pokombinował... ale nie, jeśli przejście od zagadki do zagadki zajmuje długie minuty.

Chyba wystarczy mi więc to 87% ukończenia gry - ostatnie skarby i wickerlingi będzie już musiał odnaleźć kolejny poczmistrz! Czas więc na rytualne pytanie: gdzie umieszczę Yoku's Island Express na naszej komputerowej liście przebojów? 

Powiem tak: chociaż stoły są prościutkie, a grze przydałoby się nieco szlifów, po prostu wylewa się z niej przyjemna atmosfera. Kiedy szaruga i ulewy nie pozwalały mi wyszaleć się na dworze - wyspa z Yoku's Island Express była stale słoneczna, kolorowa i po prostu nie sposób było się nią nie cieszyć. Sam tytuł brzmi nieco jak echo Kiki's Delivery Service Miyazakiego - i odrobiny właśnie takiej animowanej radości możecie się tu spodziewać! Dorzućcie do tego wakacyjną, plażową muzykę brzdąkaną na banjo i ukulele... i naprawdę można się poczuć, jak przy jednej ze starych platformówek ze szczytu popularności gatunku w latach '90; wiecie, tych odpalanych jeszcze pod MS DOS, gdzie skacząc po kreskówkowych światach (oddanych w oszałamiających 256 kolorach) zbierało się jabłka i banany. 

Muppetowata japa Yoku cieszy się nawet, kiedy czyta straszne proroctwa!

Pierwsze skojarzenie prowadzi więc do SteamWorld Dig 2 - również kolorowej, wesołej zabawy na kilka godzin - ale Yoku's Island Express nie dorównuje jej jednak pod kątem dopracowania; lećmy więc niżej! Kolejnym punktem orientacyjnym jest Mutazione, inna wybitnie wakacyjna przygoda, i właśnie w tych okolicach się zatrzymamy; jedno oczko niżej, gdyż Mutazione wygrywa jednak warstwą narracyjną. Oto więc nasz nowy numer 20!

Bawiłem się przy Yoku's Island Express naprawdę dobrze; aż szkoda, że zabawa ta nie była dłuższa... ale zostawianie gracza z lekkim niedosytem to w końcu znak dobrego projektu. Cena również jest bardzo atrakcyjna - standardowe 70 złotych to ździebko dużo jak na tych 6-7 godzin zabawy, ale w steamowej letniej promocji zapłaciłem tylko 15! Zachęcam więc do wrzucenia Yoku's Island Express na wishlistę i kupienia w dogodnym momencie.

O nie, zaraz zlecą się prawnicy Wizards of the Coast!

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Muzyczne Poniedziałki: dary losu!

A właściwie nie losu, tylko kolegi V., który wręczył mi z początku wakacji nowy krążek Agaty Karczewskiej - tym razem z Johnem Porterem. Porter generalnie nadal brzmi jak dwadzieścia lat temu, ale Karczewska robi tu ciekawe rzeczy (tak samo jak na poprzedniej płycie, która mi - jako miłośnikowi country - całkiem przypadła do gustu!); interesujący jest też teledysk z złożony z westernów z lat '20, '30 i '40! 

Nazwijcie mnie przesądnym, ale nie chciałem otwierać wakacji hasłem let the slaughter begin - i nie planuję otwierać nim kolejnego roku szkolnego; dziś mamy więc idealny moment! Być może zaklęcie to wywróży nam jeszcze kilka upalnych, sierpniowych dni?

piątek, 11 sierpnia 2023

Knédżi: adopcja, wspomnienia, gry wideo i przedmieścia!

Czas na Knédżi! Wakacyjna porcja lektur to dwie lekkie powieści i dwie rzeczy nieco większej wagi; niech Blade wypowie ceremonialne zaproszenie!

Zawsze!

Zaczniemy od klasycznej wakacyjnej pozycji...

Backpacking Through Bedlam to już dwunasty tom cyklu InCryptid autorstwa Seanan McGuire! Formuła urban fantasy zmieszanego z sagą rodzinną to lekka zabawa trafiająca zazwyczaj dokładnie w moje gusta; cieszę się, że książki te wychodzą akurat na wakacje.

W najnowszym odcinku: Alice Price-Healy, babcia rodziny (za sprawą magii - w młodszym i bojowo sprawniejszym ciele), powraca z odysei po sąsiednich wymiarach, i to bynajmniej nie sama: wraz z nią przybywa uratowany mąż, Thomas (przez jakiś czas warlord barbarzyńskiego świata), oraz jego przybrana córka, Sally (bo ziemskie nastolatki zaplączą się nawet do alternatywnych wymiarów). Czas na rekonwalescencję oraz powrót do normalności; Alice wraca do zapuszczonego domu, nawiązuje powoli kontakt z resztą rodziny, zaś Sally zostaje zaadoptowana przez szerszy klan Price-Healy: może i spędziła parę lat w innym wymiarze, ale dziewczyna nie ma przecież bladego pojęcia o kryptydach żyjących na Ziemi czy o starym wrogu rodziny, Covenant of St. George. A Covenant nie śpi: po deklaracji wojny, która miała miejsce hen, jeszcze w piątym tomie, wracamy w końcu do tego konfliktu.

Powiem z marszu: ten tom wydał mi się jednym z najsłabszych w całym cyklu. Po pierwsze, jest chaotycznie skonstruowany: zaczynamy od wątku powrotu na Ziemię, później mamy cały wątek aklimatyzacji w starym domu oraz adopcji Sally, a na koniec pojawia się wątek trzeci: początek bezpośredniej konfrontacji z Covenant. Wychodzi z tego narracyjny misz-masz; podczas lektury stale towarzyszyło mi skojarzenie z serialami produkowanymi w trakcie pandemii. Początek tego sezonu to będzie szybkie dokończenie poprzedniego, bo ostatnio nie mieliśmy czasu; potem w tym, co zostało spróbujemy zmieścić oryginalny plan na ten sezon...a, i musimy jeszcze zbudować fundamenty pod następny. Każdy z tych trzech segmentów Backpacking Through Bedlam mógłby stanowić osobną powieść, ale po zlepieniu ich wszystkich razem wyszła niespójna tematycznie, mało satysfakcjonująca całość. Nie pomaga też, że wprowadzanie Sally w rodzinne sekrety to przypominanie wszystkiego, co już i tak wiemy; tu z kolei czułem się, jakbym czytał serię komiksową, gdzie w sześćdziesiątym numerze redakcja zarządziła "dobra, teraz zróbmy nowe wprowadzenie dla świeżych czytelników". I o ile w komiksowym miesięczniku bywa to czasem przydatne, o tyle nie wyobrażam sobie za bardzo, żeby ktoś zaczął czytać powieściowy cykl od dwunastego tomu. Sally pewnie potrzebuje wykładu o tym, kim są Aeslin mice, ale ja już nie; lekcja mogła spokojnie odbyć się "poza kamerą".

Rozumiem, że to zapewne rozbieg przed fajerwerkami w kolejnych tomach, ale Backpacking Through Bedlam wyraźnie stanowi narracyjne porządki oraz rozgrzewanie silnika. Jako część większego cyklu - jasne, to po prostu odpowiednik tych mniej porywających odcinków serialu; jako samodzielna powieść - niestety raczej bałagan. Love you, Seanan, but it just goes to show that no one bats one thousand.

Skoro lekka, letnia literatura mnie zawiodła, odbiłem w drugą stronę: do zeszłorocznej noblistki, Annie Ernaux, oraz jej powieści The Years. "Powieść" to zresztą nieszczególnie precyzyjne sformułowanie: to forma zawieszona gdzieś pomiędzy pamiętnikiem, autobiografią i powieścią historyczną; tytułowe The Years to reminiscencja oraz analiza nie tylko własnej, osobistej przeszłości - ale i próba stworzenia bardziej uniwersalnego, kolektywnego portretu pokolenia. Doświadczenia są osobiste, ale w narracji wybrzmiewa raczej "my", niż "ja" (a właściwie "ona", gdyż Ernaux traktuje siebie z przeszłości - ze zdjęć, filmów - jak inną już osobę, obserwowaną z dystansu).

Od rodziny (wciąż pamiętającej wojny światowe i wspominającej je przy stole), przez dorastanie (w systemie społeczno-religijnych norm, nakazów i zakazów), pełne ambicji wejście w dorosłość, aż po stopniowe wrośnięcie w tkankę konsumpcjonistycznego społeczeństwa - Ernaux stara się odmalować historię własną, historię Francji, historię zmian pokoleniowych. Mamy więc nadzieje oraz rozczarowania związane ze zmianami politycznymi; ewoluującą za sprawą migracji strukturę francuskiego społeczeństwa; spojrzenie na światowe procesy polityczne z perspektywy francuskiej intelektualnej lewicy. Dużo tu samokrytyki; widzimy, że pomimo szczytnych idei codzienny rasizm i tak był częścią życia, a wdrukowana antyamerykańskość sprawiła, że atak na World Trade Center był - być może wstydliwie, ale jednak - wręcz satysfakcjonujący. Zabawnie czytać o z francuskiej perspektywy o dosyć tajemniczej Solidarności i tych niezrozumiałych krajach gdzieś na wschodzie... ale też obserwować znajome procesy, które dla całego świata były wspólne: pojawienie się w domach komputerów czy ewolucję mediów.

Przy tym wszystkim - The Years są naprawdę przystępnie napisane: barwnym, osobistym językiem; zachowując angażującą strukturę autobiograficzną. Czasami pokutuje pogląd, że skoro to "Nobel z literatury", to pewnie będzie to jakieś eksperymentalne mambo-dżambo pełne formalnych fikołków i oderwane od rzeczywistości - tymczasem The Years pokazują, że jest wręcz przeciwnie. Nie jest to może lekki tekst... ale kiedy problematyka społeczno-polityczna jest lekka? Podkreślę jednak, że nie ma się co bać sięgania po noblistów i noblistki.

Dlaczego właściwie wciągnąłem francuski tekst w angielskim tłumaczeniu? Chyba kwestia przyzwyczajenia; polską wersję - Lata - wydało wydawnictwo Czarne.        

Steven L. Kent, dziennikarz i pisarz, obiecuje wiele już samym tytułem - The Ultimate History of Video Games, Vol. 1 - ale radzi sobie sprawnie! Ta ponad 600-stronicowa kobyła opisuje okres od absolutnych początków branży aż do okolic roku 2000.

Zaczynamy jeszcze przed "grami wideo" jako takimi: początek książki opisuje... stoły do pinballa oraz podobne mechaniczne automaty, które przetarły szlaki dla całej gałęzi rozrywki (również pod kątem prawnym; ciekawe na przykład były boje o to, by wyłączyć pinball z definicji hazardu). Potem wszystko toczy się już znajomym rytmem: pierwsze gry programowane przez hobbystów na uczelnianym sprzęcie; pierwsze firmy zajmujące się elektroniczną rozrywką; wzrost branży w Japonii oraz w Stanach, zmierzch ery salonów gier oraz początek popularności produktów domowych, okres moralnej paniki, krach branży oraz próba odrobienia strat, wojny konsolowe...

Kent zaczął pracę nad tym opracowaniem jeszcze w latach '90, ale skala projektu okazała się nieco go przytłoczyć: pierwsza wersja ukazała się dopiero w 2001. Z około pięciuset wywiadów oraz niezliczonych godzin kopania w źródłach powstał jednak interesujący portret branży: mniej skupiony na samych grach (te zwykle opisywane są skrótowo; Kent zakłada, że wszyscy wiemy, co to Pong, Super Mario czy Mortal Kombat), a bardziej na historii firm oraz zmieniającej się sytuacji na rynku. Znajdziemy tu nieco uroczych anegdot, ale nie przychodźcie głównie po nie - autor i tak wydaje się spieszyć, by zmieścić w książce choć kluczowe punkty kilkudziesięciu lat branży gier wideo. Początek narracji jest spokojny, nieśpieszny i czytało mi się go najlepiej (od mechanicznych automatów do pionierskiej gry Spacewar! z 1962); później wszystko przyspiesza, przyspiesza i przyspiesza. Ale - przy tak wybuchowym wzroście popularności  gier - czy można się temu dziwić?

Z pewnością wrócę do opowiadającej o współczesności części drugiej, która ukazała się w 2021 - ale nie od razu; to naprawdę gęsty materiał. Radziłbym traktować tę pozycję jako zarys, z którego można odbić się w stronę głębszych opracowań opowiadających o konkretnej erze lub zagadnieniu. Chętnie poczytałbym więcej, przykładowo, o moralnej panice wywołanej grami wideo, ale Kent zaznacza najważniejsze aspekty problemu i zwyczajnie nie ma wyjścia: musi przejść do następnego tematu, by mieć nadzieję zmieścić się na tych 600 stronach.       

Uff, pomyślałem po odłożeniu opracowania o grach wideo, teraz potrzebuję na przepłukanie mózgu jakiejś lekkiej fiction; padło na Suburban Dicks, powieść czekającą w kolejce już od jakiegoś czasu. Zainteresowałem się nią, gdyż autorem jest Fabian Nicieza, komiksowy weteran!

Fabian Nicieza rozkręcił swoją komiksową karierę pod koniec pierwszej serii The New Mutants, gdy zespół był w trakcie rebrandingu  na nową dekadę: pojawili się tam Cable, Deadpool czy Shatterstar. To właśnie Nicieza (we współpracy z Robem Liefeldem) stworzył tych dwóch ostatnich; z kolei Cable i Deadpool na długo stali się "jego" postaciami. Kariera Niciezy jako scenarzysty jest całkiem bogata - pisał też Nightwinga oraz Robina dla DC, przykładowo - ale i tak nie mogłem pozbyć się z głowy pytania: jak Nicieza, koleś od wielkich karabinów i cybernetycznych najemników z lat '90, poradzi sobie z kameralnym kryminałem na przedmieściach? 

Ano całkiem nieźle! Zaczynamy od zabawnej sceny, w której młoda policjantka wytęża siły, by obronić miejsce zbrodni przed mamusią z sikającym dzieckiem - które musi przecież skorzystać z toalety na stacji paliw... nieważne, że na podłodze leżą tam ciepłe jeszcze zwłoki. W uroczym twiście okazuje się, że to właśnie natarczywa matka jest naszą główną bohaterką: może i jest znowu w ciąży, może i czuje się w związku z tym uwięziona w domku na przedmieściach, ale w głębi duszy nadal jest utalentowaną agentką FBI - i nie odpuści, jeśli do zbrodni doszło w jej sąsiedztwie. Jej kompanem w rozwiązywaniu zagadki będzie Kenneth Lee, młody dziennikarz, który - choć nie dobił jeszcze do trzydziestki - zdążył już zbudować piękną karierę, a następnie całkowicie ją zrujnować. Klasycznie podsumowując: he is looking for redemption; she is trying not to go crazy in the suburbs - together, they fight crime.

Andrea jest bardzo oryginalną bohaterką kryminału: stale próbująca ogarniać czwórkę (a niedługo piątkę) dzieci, z ograniczonymi przez to możliwościami podróżowania czy spędzania czasu nad sprawą; no ale cóż, od tego ma Kennnetha. I chociaż całość zaczyna się z komiksowym wręcz humorem, a język jest żywy i zabawny, szybko robi się poważnie; this is a murder mystery, after all, and it is not cute or twee in the slightest. Nicieza kopie w tematyce suburban horror; rzędy idealnych, białych domków z trawniczkiem skrywają mroczne tajemnice, zaś małżeństwo Andrei - dla którego poświęciła obiecującą karierę - realistycznie się sypie. Koniec końców, to dużo poważniejsza powieść, niż sugeruje głupkowaty tytuł ("dicks" niby w starym znaczeniu prywatnych detektywów... ale wiecie), i zaskoczyłem się naprawdę pozytywnie!

 

Prestiżowa nagroda magazynu literackiego Knédżi wędruje tym razem do... Suburban Dicks, i jestem równie zaskoczony, co wy! Wiem, wiem, noblistka i tak dalej, ale będę nieco cheeky - to Fabian Nicieza, stary komiksiarz, dostarczył mi najwięcej wakacyjnej przyjemności swoim solidnym kryminałem. It's a real page-turner, i właśnie czegoś takiego potrzebowałem! Po Ernaux i tak sięgnie wystarczająco wiele osób, ale... powieść kryminalna scenarzysty komiksowego z lat '90 - and it's actually pretty good? To coś, co zasługuje na uwagę i docenienie! 

Jak zwykle -  Knédżi powrócą!

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

Muzyczne Poniedziałki: take your time now!

Przypomniałem sobie ostatnio o płycie Charango zespołu Morcheeba; dobrze mi się kojarzy, gdyż z przyjemnością słuchałem jej jeszcze na studiach. A że pogoda pochmurna i deszczowa - cóż innego robić, niż slow down?

Kolejne naciągane skojarzenie komiksowe: w utworze powyżej go nie usłyszymy, lecz na albumie tym udziela się niejaki Kurt Wagner, urodzony w 1959 muzyk country. Wszystko wskazuje na to, że to jego prawdziwe nazwisko - co jest dla mnie dodatkowo zabawne, gdyż Kurt Wagner to przecież również Nightcrawler z X-Menów!

Kurt-muzyk wyprzedzał wesołego mutanta, ale w przypadku Kitty Pryde było odwrotnie: komiksowa postać została nazwana w ukłonie wobec prawdziwej osoby. Niektórzy szczęśliwcy mogą się więc pochwalić zeszytem X-Menów... z autografem samej autentycznej Kitty Pryde!

Co do komiksów z autografami - i ja wzbogaciłem się ostatnio o jeden, ale pochwalę się może dopiero po oprawieniu i zawieszeniu na ścianie!

niedziela, 6 sierpnia 2023

Panele na niedzielę: uczłowieczanie Tytusa de Zoo!

Previosly on Panele na niedzielę: Mal został przypadkiem przeniesiony w przeszłość, a przybywający mu na ratunek Kid Flash niechcący zabił jaskiniowca, przez co chłopaki wrócili do alternatywnych lat '70... ze smokami, czarodziejami i rycerzami! By wrócić do prehistorii i odkręcić cały bajzel, Mal oraz Wally zgodzili się przejść przez wymyślne próby w zamczysku maga Jupiteriusa.

Hej, udało mi się zamknąć całą tę szaloną fabułę w dwóch zdaniach! Czas na część drugą, and let me tell you: nikt chyba nie spodziewał się, że intryga pójdzie w kierunku, który dziś zobaczymy. A zatem - startujmy! Historia: Less Than Human?, autor: Bob Haney, data: maj-czerwiec 1971.

Okłada niby zawiera elementy ze środka zeszytu, ale zremiksowane w sposób nieznany nauce!

Wstęp zrobiliśmy ostatnio, tym razem więc samo gęste! Cóż tam dziś słychać w alternatywnej dekadzie disco?

Otóż słuchać upiorne wycie, bo zza drzwi otwartych wypuszczoną przez Wally'ego strzałą wyłania się straszliwe widmo:

O, od razu pojawia się kolega z okładki!

Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić; pomimo słów kolegi Mal wpada w panikę i daje dyla. Nawet spanikowany wpada jednak na pewien pomysł:

Hej, Duke of Galaxies to faktycznie Superman! Któż by się spodziewał.

Mal wsadza sobie na łeb zdobyczny hełm (na szczęście tym razem nie ma historii o tym, jak to w gettcie codziennie kradł ubrania), obraca się na pięcie i wraca do przerwanej konfrontacji:

Drugi test zaliczony, a ja sam nie wiem, jak zapisać tytuł! Na okładce "Less Than Human" pojawia się bez znaków interpunkcyjnych, tutaj mamy "!?", spis treści omnibusa podaje samo "?".

Skąd taka nagła zmiana u Mala? Otóż mściwe widmo jaskiniowca było tylko iluzją upichconą przez alternatywną wersję Lilith (która w świecie smoków i czarodziejów nazywa się - uwaga - Cerebella, bo wiecie: cerebellum jak "móżdżek", bella bo "piękna"). Hełm nie-Supermana działa zaś najwyraźniej jak hełm Magneto, gdyż zablokował psychiczny atak i umożliwił Malowi powrót do akcji. Clever lad, chwali go Jupiterius, po czym - czarodziejem w latach '70 będąc - w nagrodę oferuje chłopakom narkotyki.

No dobra, nie są to wprost narkotyki, ale są to magiczne białe kryształy, które należy umieścić na języku i dać się im rozpuścić. Kid Flash odpowiada nawet klasyczną kwestią ze studenckiej imprezy:

"Likewise, soul brother!" - ach, brakowało mi już "czarnych" ozdobników Mala!

Chłopaki pakują białe kryształy do gęby i zaliczają potężnego tripa - aż do prehistorii. Tym razem udaje im się pokonać wrogiego neandertalczyka bez wysyłania go do tzw. parku sztywnych, co dla Tytanów - jak wiemy - jest ostatnio sporym osiągnięciem! Gdy kryształy rozpuszczają się do końca...

GNARRK!!

Psych! Chłopaki myślą, że wszystko załatwione, a tymczasem... przyciągnęli jaskiniowca do współczesności! O dziwo to już nie powoduje paradoksów czasowych, ale niech będzie; może właśnie this is the way it was supposed to happen? Włochaty kolega pragnie jednak kontynuować tańce:

Szybka lufa od Mala...

...nie zmienia dużo - jaskiniowiec jest tak twardy, że wytrzymuje nawet superszybkie fangi od Kid Flasha, i dopiero Speedy oraz wyprowadzony kluczem francuskim gong w potylicę posyłają agresora na deski. Sprawa jest dosyć dziwna; pan Jupiter z pomocą Tytanów pakuje jaskiniowca do trzymanej w laboratorium klatki (...for apes whose behavior I was studying...), po czym chytrze wymyśla, jak pozbyć się problemu. Oczywiście - należy zrzucić wszystko na młodą drużynę:

Uczłowieczanie Tytusa de Zoo czas zacząć!

Ale jak zrobić z dzikiej małpy dojrzałego człowieka? Dla mnie jako nauczyciela to chleb powszedni... lecz zobaczymy, jak poradzą sobie Tytani! Wyzwanie jest tak ogromne, że z uczelni przybywa z pomocną dłonią sam Robin: 

Gnarrk staje się oficjalnym imieniem jaskiniowca!

Przyjrzyjcie się bacznie książkom, które Robin przynosi drużynie! Dr. Spock to bynajmniej nie pan Spock ze Star Treka, a doktor Benjamin Spock - sławny pediatra, który zrewolucjonizował w latach '40 opiekę nad dziećmi. Stał on w kontrze do idei "zimnego wychowu" oraz sztywnych harmonogramów; podkreślał rolę empatii, bliskości oraz zindywidualizowanego podejścia do dziecka. To właśnie jego techniki stały za uwielbianym później telewizyjnym panem Fredem Rogersem! Jakby tego było mało, doktor Spock był też złotym medalistą olimpijskim (wioślarstwo) oraz lewicowym aktywistą sprzeciwiającym się wojnie w Wietnamie oraz lobbującym na rzecz legalnej aborcji. Nic więc dziwnego, że Bob Haney - scenarzysta o równie progresywnych sympatiach - oddał mu mały hołd na kartach Tytanów!

Na empatię i podmiotowość przyjdzie jednak dopiero pora; pierwszym krokiem uczłowieczania będzie strzyżenie:

"Some sleeping young god waiting for the awakening of a new age -- his own Age of Aquarius!" - Mal pod piórem Haneya szaleje z czarnym językiem, zaś Lilith dostaje z miejsca rolę spirytualistyczno-newage'owej hippiski!

Po przebudzeniu Gnarrk nie jest jest jednak przesadnie szczęśliwy; widzi się w lustrze i widzi skrócone włosy oraz biały marynarski golf z gatunku "gdzie zaparkowałeś swojego U-Boota". Przy pierwszej okazji chwyta więc ufną Lilith:

Gnarrk, co ty wymyślasz, kobiety z twojego plemienia miały dłuższe włosy od ciebie!

Pierwsze koty za płoty! Robin podchodzi do sprawy edukacji chyba zbyt ambitnie, gdyż próbuje podpiąć Gnarrka do maszyny pozwalającej na subliminal learning; widzieliśmy ją już podczas przygotowań do lotu kosmicznego. Skok na poziom uczelni jest jednak zbyt radykalny:

W samej fabule widać odbicie idei doktora Spocka - nauka na tempo nie ma sensu, lepsze wyniki daje empatia ze strony Lilith.

Dni mijają, a Gnarrk robi postępy - Tytani decydują więc, że nie można trzymać go wiecznie w laboratorium i zabierają go na spacer. Niestety, zamiast pojechać z nim gdzieś na łono natury - wrzucają go od razu na głęboką wodę w centrum miasta, gdzie dodatkowo stresuje go jakiś samochodowy krzykacz:

Robin wyciąga plik dolarów na pokrycie szkód, a w jego uśmiechu widać ból - ale cóż, sam na to zapracował!

Gdy obok przejeżdża trąbiąca kolejka, to już dla Gnarrka za dużo - daje nogę i, korzystając ze swojej małpiej zręczności, wspina się gdzieś na dachy i znika Tytanom z oczu. Poszukiwania trwają dosyć długo, ale na szczęście...

Prezentacja Gnarrka bardzo fajnie lawiruje od brutalnego prymitywa do wrażliwego dziecka!

Gdy Lilith zagląda do umysłu przerażonego Gnarrka, okazuje się - twist na twiście - że nasz prehistoryczny kolega był, wisząc nocą na rusztowaniach, świadkiem przestępstwa: jeden z miejskich radnych okazał się przestępczym bossem terroryzującym getto (oczywiście); wydawał szemrane rozkazy swojemu przybocznemu, brudne pieniądze zmieniały ręce i tak dalej. Stawka została więc podniesiona: teraz nie tylko trzeba Gnarrka uczłowieczyć, ale od razu przygotować go do występu w sądzie w charakterze świadka!

Już widzę tę rozprawę:

- Wysoki sądzie, chcieliśmy oprzeć się na informacjach naszej koleżanki-telepatki...
- To jakieś hippisowskie bzdury, nie dopuszczam!
- W takim razie... naszym świadkiem będzie człowiek-małpa z prehistorii!
- No i to mi się podoba, dzieciaki, dawajcie go tutaj!

Edukacja nabiera rozpędu!

Wally i Roy czasem bywają rysowni podobnie, mogą więc jak dla mnie chodzić częściej z tymi transparentami!

Ale przecież nie można spędzać całego życia na sali lekcyjnej, potrzebne są też przerwy; Lilith i Gnarrk wychodzą więc na spacer po mieście. Gnarrk nie boi się już samochodów i pociągów, lecz bandyci z getta trafiają na trop potencjalnego świadka...

Dajcie spokój, Gnarrk naprawdę ma we współczesności same traumatyczne przeżycia.

Lilith dochodzi do tego samego wniosku i cichaczem zabiera Gnarrka z laboratorium do siebie, w spokojne i bardziej domowe miejsce. Okazuje się, że nasza telepatka mieszka w hippisowskiej furgonetce, wypisz-wymaluj Mystery Machine ze Scooby Doo:

Kadzidła, horoskopy, psychodeliczne plakaty! Gnarrk tymczasem przeżywa uczuciowe dylematy - chciałby powiedzieć Lilith, że coś do niej czuje, ale zarazem nie chce tego robić, zanim nie poczuje się "full fledged man of your time".

Nagle rozlega się salwa z karabinu i Lilith pada ranna na podłogę; zbiry z getta odnalazły Gnarrka nawet tutaj!

Spójrzcie na te kwiatki na zielonej furgonetce, Lilith naprawdę mieszka w Mystery Machine!

Gnarrk szarżuje na cyngli i napięcie nie płynie z tego, czy wygra walkę - a z tego, czy ich wszystkich pozabija. Jest już gotowy jedną ręką zmiażdżyć kark trzymanego w powietrzu zamachowca, ale Robin (który, w końcu detektywem będąc, w poszukiwaniu Gnarrka dotarł akurat do furgonetki koleżanki) jakimś cudem studzi jego pragnienie zemsty. A man of our time does not kill his enemy! The tribe... the law... punishes bad men!

A Gnarrk chce przecież być człowiekiem nowych czasów, choćby dla Lilith; przyjmuje więc dictum Robina i daruje bandziorowi życie. Lilith, na szczęście, jest tylko draśnięta; następnego dnia czas więc na ostateczny test - rozprawę sądową. Gnarrk wskakuje nawet w garniak z krawatem:

SAM JESTEŚ "APE BOY" WYSOKI SĄDZIE

Mamy więc happy end, a Tytani czują, że Gnarrk i oni odnieśli wspólny sukces! Ale prawdziwym zwycięstwem nie było nauczenie jaskiniowca mówić czy skazanie trzęsącego gettem gangstera...

Mądre słowa na koniec!

Fantastyczna przygoda autorstwa Boba Haneya! It's super crazy, the action is non-stop, and there's a real heart to it, too. Coraz bardziej widoczne jest dojrzewanie Tytanów; jak mówił pan Jupiter, jednym z ostatnich jego kroków jest nauczenie oraz wychowanie kogoś innego. Przez całą historię biegnie też wątek empatycznego humanizmu: od książki doktora Spocka po ukazanie w kolorowych kadrach, że wychowanie i edukacja to nie mechaniczna tresura; że wymaga ciepła, otwartości na cudze emocje, podmiotowego traktowania.

To nie pierwszy raz, kiedy Bob Haney wykorzystuje na łamach Teen Titans figurę jaskiniowca: już w 1966 dał nam historię The Million-Year-Old Teenager, w której cudownie przebudzony we współczesności człowiek pierwotny zostaje wzięty pod opiekuńcze skrzydła lokalnej licealistki oraz wychowany na współczesnego nastolatka. Less Than Human wygląda na drugie podejście do tego samego motywu, nieco poważniejsze w tonie; w 1966 większość numeru zajmowało nawalanie się na maczugi z drugim, złym jaskiniowcem; pięć lat później główny wątek historii dotyczy zaś podejścia do wychowania i edukacji. Podróże w czasie oraz finałowa komplikacja kryminalna to wyraźnie tylko ozdobniki!

Gnarrk powróci - nie od razu, ale zobaczymy go ponownie. Zapisał się nawet w historii jako honorowy Tytan wystarczająco znacznie, by pojawił się również w paru odcinkach serialu animowanego!

Swoją drogą - w zeszłym miesiącu animowanym Teen Titans stuknęło równe 20 lat!

Fun fact - chociaż serial ten jest starszy od nich, moi licealiści nadal określają Teen Titans jako "tę dobrą kreskówkę z ich dzieciństwa". Byłem tym ubawiony, ale to w sumie nic dziwnego; "moje" kreskówki to przecież głownie animacje studia Hanna-Barbera z lat '60! Niech zatem Tytani wkradają się w serca kolejnych pokoleń, a my - dla urozmaicenia - spotkamy się następnym razem nie w ich własnej serii, a na łamach magazynu The Brave and The Bold!

 

~.~

Missed an episode? Chronologiczną listę wszystkich naszych dotychczasowych spotkań z Tytanami możesz znaleźć klikając tutaj!