wtorek, 30 marca 2021

Jedz z Anglistą: edycja wiosenna!

Wybiła godzina grozy. Oto przerażający moment, którego wyczekiwaliście i wyczekiwałyście z lękiem. Oto... JEDZ Z ANGLISTĄ.

Previously on JEDZ Z ANGLISTĄ: robiliśmy schabik
Rzut oka w kalendarz zdradzi nam, że zbliża się Święto Jaj - celebracja wiosennego ekwinocjum, uczczenie momentu, gdy natura zaczyna się odradzać, zieleń wracać, ptaszki ćwierkać. To - od niepamiętnych czasów - budujące dni nadziei po długiej zimie. A czymże jest blog Anglisty, jeśli nie nadzieją po długiej zimie, jeśli nie symbolem odrodzenia równie potężnym, co wiosenne jajo? 

Dobra, przechodząc do konkretów - będziemy dziś marynować jaja.

Co, zakrzykniecie w przerażeniu, jak to marynować jaja? Anglisto, czy należy wezwać Legion of Super-Heroes, by wyprowadził cię z tego bluźnierczego szaleństwa? Czy na pewno chcesz to robić? Tak, czytelniczki i czytelnicy! Słuchajcie - marynowane jaja to klasyk amerykańskich przydrożnych barów; tajemniczy stojący na kontuarze słój, w którym unoszą się te właśnie pyszności. Marynować można zresztą wszystko; któż nie miał okazji skosztować marynowanego śledzia? A jeśli myślicie, że marynowany śledź jest dobry, to moja teściowa robi marynowanego kurczaka w panierce i jest to jedna z najsmaczniejszych rzeczy, jakie w życiu jadłem! Zapraszam więc was w podróż poza granice wyobraźni; w podróż w jedną stronę; w podróż, w której będziemy marynować jaja.

Jak to mawia moja młodsza siostra: fujka.

Zaczynajmy!

Oto nasze składniki! Co musicie mieć pod ręką, by dołączyć do grona marynatorów jaj?
  • litrowy słoik
  • osiem do dziesięciu jaj
  • BUTLA OCTU (starożytne mistrzynie doradzają jabłkowy, ale ja mam akurat spirytusowy)
  • cebula, sztuk jeden
  • curry
  • ziarna gorczycy
  • kilka ząbków czosnku
  • cukier

No dobra, tak naprawdę nie potrzeba całej butli octu (szklanka wystarczy), ale kupcie świeżą butlę - ocet się w domu zawsze przyda i zawsze jest go za mało. Składniki na miejscu? No to do roboty!

Zaczynamy od ugotowania jaj na twardo. Wszyscy mają swoje magiczne przepisy na gotowanie jaj na twardo, zróbcie więc to tak, jak lubicie! Kiedy jaja zostaną już ugotowane, przechodzimy do najbardziej uciążliwej części całego przedsięwzięcia - należy je mianowicie obrać. Obieranie jaj uprzyjemni wam kuchenny drink, za którego przygotowanie możecie wziąć się podczas gotowania!

Jaja już obrane! Możemy brać się za przygotowanie zalewy. Z zalewą będzie trochę tak, jak z zalewą do ogórków - wszyscy mają swoją recepturę i będą obstawać przy fakcie, że woda z lokalnego źródełka, pół liścia dębu i noga muchy to obowiązkowe składniki; myślę jednak, że należy po prostu znaleźć własne proporcje. To, co wam proponuję, traktujcie jako po prostu baseline. Nie bójcie się eksperymentować! Od marynowanych jaj nikt jeszcze nie umarł [citation needed].

Oto składniki zalewy! Szklanka octu, gorczyca, czosnek, cebulka, cukier, curry - proporcje to takie eh, whatever. Ja tym razem użyłem dwóch łyżek stołowych cukru, większości torebki curry, jednej cebulki i dwóch ząbków czosnku. Potrzeba też nieco wody, której tu nie uwieczniłem - pół szklanki powinno być OK. Reguła mówi, że im większa proporcja octu do wody, tym lepiej jaja się zakonserwują - wiele przepisów mówi nawet o proporcjach pół na pół, ale Anglista woli err on the side of caution - szklanka octu, połówka wody.

Wszystkie składniki mieszamy w garnuszku i gotujemy na małym ogniu. Jak długo? Przyjęta mądrość mówi, że tak długo, aż ocet się zagotuje, a cebulka zacznie robić się przezroczysta. Podkreślmy - zacznie; nie chodzi tu o to, by zrobił się z niej bezbarwny flak, ale gdy zobaczycie, że krawędzie zaczynają tracić kolor - to jest to. Poczekajcie wtedy pięć-dziesięć minut (ja preferuję bliżej pięciu), aż zalewa wystygnie. Zachęcam też do wąchania zalewy; jeśli pachnie wam apetycznie, to i z jaj będziecie później czuć zadowolenie. Uważajcie tylko, by nie zaciągnąć się za bardzo wonią gotującego się octu - albo zaciągnijcie się, raz się żyje!

Czas zapakować jaja do słoja. Tutaj mam ich osiem, ale nie były zbyt duże - spokojnie zmieściłoby się dziewiąte i dziesiąte. Możecie w ogóle zagotować więcej jaj, niż chcecie zamarynować - czasem jakieś rozwali się w gotowaniu, a jeśli zostanie wam nadmiar, to zjecie po prostu nadmiarowe jajo na bułeczce z majonezem.

It's showtime! Zalewamy jaja zalewą. Octowa zalewa powinna przykrywać jaja kompletnie, tak, by żadne nie wystawało ponad powierzchnię. Jeśli zalewy jest za mało, zagotujcie szybko nieco octu - ocet gotuje się błyskawicznie - i dolejcie do słoika. Powtórzę raz jeszcze, bo to faktycznie ważne - zalewa ma całkowicie zakrywać jaja, żeby uniknąć nieprzyjemności. Nie bójcie się; robię marynowane jaja chyba od drugiego sezonu Arrow - czyli od dziesiątek lat - i nikt nigdy nie doświadczał nieprzyjemności żołądkowych. Wszystko dlatego, że zalewa całkowicie zakrywa jaja.

Produkt końcowy! Niemal, gdyż jaja w zalewie powinny teraz wystygnąć i trafić do lodówki. Na jak długo? Akademickie spory trwają, ale konsensus mówi - przynajmniej kilka dni. Moim zdaniem jaja dobrze przechodzą smakiem zalewy po minimum dwóch tygodniach. Teoretycznie można je ponoć trzymać poza lodówką, ale nie szalejmy - jaja lodówkowane na pewno będą bezpieczniejsze.

Liczę na to, że marynowane jaja przyniosą wam dużo radości. Są generalnie dwa scenariusze, i to oba wesołe: pierwszy - wyciągacie słój z jajami na imprezie, opisujecie co to, po czym wszyscy zaczynają się krzywić; wciągacie wtedy takie jajo ze słoja i zdobywacie reputację jakiegoś szalonego imprezowego satyra. Scenariusz drugi - wyciągacie słój z jajami i budzi to wśród zebranych entuzjazm; w takim przypadku wszyscy wciągają po jaju i jest to nagrodą samo w sobie!

Marynowane jaja można jeść jak dusza zapragnie - same, z dodatkami, jako zagryzkę, na chlebie; co tylko przyjdzie wam do głowy. Jak wyjdzie ta partia? Przekonamy się już niedługo - na waszym ulubionym blogu komiksowo-planszówkowo-książkowo-muzyczno-kulinarnym!

poniedziałek, 29 marca 2021

Muzyczne Poniedziałki: the whole planet knew him and loved him!

Dziś żywsze rytmy! Public Service Broadcasting to zespół, który składa i remiksuje kawałki historycznych nagrań i robi z nich muzykę - w tym przypadku zabierają nas w fantastyczną podróż. Czas: 12. kwietnia 1961. Miejsce: kosmos. Bohater: Jurij Gagarin!

Budujący tekst i energiczna muzyka to jedno, ale tańce kosmonautów są nie mniej godne uwagi! Zaprawdę są oni w stanie nieważkości.

Gagarin's farewell to Korolev using the informal phrase Poyekhali! (Поехали!, 'Off we go!') later became a popular expression in the Eastern Bloc that was used to refer to the beginning of the Space Age.

A zatem... off we go!

niedziela, 28 marca 2021

Panele na niedzielę: ewolucja to magia

Ewolucja! Wiemy doskonale, jakie kontrowersje potrafił (i wciąż potrafi) budzić ten koncept w Stanach - wystarczy wspomnieć tak zwany monkey trial, w którym procesowano się o to, czy można w szkole nauczać, że człowiek pochodzi od małpy. Dylemat ten rozwiązał w końcu sam Bruce Springsteen, który jednoznacznie śpiewa:

They prosecuted some poor sucker in these United States
For teaching that man descended from the apes
They coulda settled that case without a fuss or fight
If they'd seen me chasin' you, sugar, through the jungle last night
They'da called in that jury and a one two three - said
Part man, part monkey, definitely
Nie muszę chyba nawet sugerować, po której stronie tej debaty opowiadał się Legion of Super-Heroes; ewolucja była na jego łamach więcej niż obecna - stanowiła bowiem uzasadnienie czego tylko można było. Supermoce? Ewolucja. Piła tarczowa na głowie? Ewolucja. Promienie ewolucyjne, deewolucja, ewolucyjna planeta - wszystko to zamierzam wam tu dzisiaj przedstawić!
 
Zacznijmy od czegoś prostego, żeby delikatnie wejść w temat:
Fioletowy potwór chyba tylko ściemnia, nie widzę żadnych promieni
Pamiętacie tego uswetrzonego gagatka? To Legionnaire Lemon, aka Marvel Lad, aka Mon-El w przebraniu! Przypomnijcie sobie słowa mocy, które wam ostatnio dawał: "Am I worried?... NO!!" (koniecznie z dwoma wykrzyknikami) Tak czy inaczej, wiadomo że strange defense rays muszą być developed by evolution, to twarda science fiction, a nie jakieś tam diabły i czarownice.
Akceptujcie tylko naturally evolved sea-monsters
Bywa jednak, ze ewolucja jest wykorzystywana w służbie zła - tak jak tutaj, gdzie widzimy artificially evolved sea-monsters. Bouncing Boy i Saturn Girl są jednak na posterunku!  Moce takiego Bouncing Boya wzięły się z przypadku, ale w przypadku innych Legionistów to właśnie ewolucja była źródłem niezwykłych umiejętności:
Klasyczny ekspozycyjny thought-balloon w pełnej krasie
Metal monsters z planety Braal to jeden z tych konceptów, które przyjemnie łechczą moją własną kreatywność. W zamyśle wstawki takie były oczywiście często wymyślanymi na szybko bzdurkami ("skąd Cosmic Boy ma swoje moce? pfff nie wiem, może na jego planecie są metalowe potwory; dobra, piszemy dalej") ale im głębiej się o tym myśli, tym ciekawsze wizje świata można sobie ułożyć. Co to za metal monsters - organiczne stworzenia w jakiś sposób pokrywające się metalem jak krab-pustelnik muszlami, mechaniczne relikty jakiejś starszej rasy, coś zupełnie innego? Ile Braalianom zajęła ta ewolucja? Czy był jakiś okres, kiedy nie mieli magnetycznych mocy, a musieli radzic sobie z metal monsters? Jaki wpływ mogło to mieć na ich kulturę? Pewnie, to wszystko głupotki wyrastające z traktowania a silly concept poważnie, ale ile przynoszą zabawy! 
 
Kto jeszcze w Legionie zawdzięcza swe moce ewolucji?
Pan subtelnie przypomina partnerce, że sama mogłaby to zrobić
Thanks, evolution! Chociaż może nie do końca thanks, bo Element Lad, który opowiada tu historię swojej rasy, jest ostatnim jej przedstawicielem - reszta padła ofiarami porwań i wyzysku, gdy różnej maści złoczyńcy zmuszali ich do tworzenia drogocennych kruszców i rzadkich pierwiastków. A takie na przykład złoto, jak widzimy w tej samej historii, było na planecie Element Lada pogardzane jako substancja ciężka, miękka i w sumie mało użyteczna. 
 
To może coś bardziej optymistycznego! Wróćmy do dziwnych stworzeń:
To Jungle King zbiera potwory, by stanąć do walki z Legionem!
Eerie evolution wytworzyła tutaj stworzenia takie, jak wirująca bestia-bąk, bestia lustrzana czy stwór o oczach na szypułkach, z których każde promieniowało innym rodzajem niszczycielskiej mocy - zupełnie jak klasyczny beholder z Dungeons & Dragons. Pokopałem nieco i pierwsze pojawienie się beholdera to rok 1975, dobre dziesięć lat później! Czy Dungeons & Dragons ma też bestię-bąka i bestię lustrzaną? Potrzeba tu osoby znającej ten system lepiej niż ja! 
THE GREATEST THREAT
Na tym panelu nie ma może nic o ewolucji, ale nie mogłem odmówić sobie pokazania wam straszliwej omnibeast - która chodzi, lata i pływa, ma więc (great galaxies!) wszystkie przerażające moce przeciętnej gęsi. Chociaż w sumie niepotrzebnie się nabijam; kto myśli, że gęsi nie są straszne, może zagrać sobie w Untitled Goose Game. No dobra, omnibeast potrafi też latać w kosmosie - ale czy macie pewność, ze gęsi tego nie potrafią? Stuprocentową? No właśnie.
 
Zostawmy jednak omnibeast i przenieśmy się na odległą planetę, z której wywodzi się Proty II - zwierzak Chameleon Boya. W jednej z historii z jego udziałem dowiadujemy się nie tylko, że Proty jest w pełni inteligentny i świadomy - co rzuca nieco dziwne światło na jego status jako pet - ale i poznajemy historię jego rasy:
Czy forma obcej rasy - kule z oczami - została wybrana przez lenistwo spryt artysty? Wy osądźcie!
Świat kulitych telepatów przechodził jednak straszliwe zmiany klimatyczne, humanoidalna cywilizacja musiała się więc stamtąd zwinąć. Żal było im jednak dotychczasowych pets:
"Aim for the balls!"
Promień ewolucyjny zrobił swoje:
Evolution in action!
Bardzo to wszystko poważne - potwory, umierające światy, kosmiczne gęsi - przejdźmy więc dla rozluźnienia do sportu. Jeśli komuś w trzydziestym wieku znudzą się już walki robotów-gladiatorów, może udać się na inny stadion; na stadion, gdzie odbywa się konkurs w rzucaniu dinozaurami!
HOORAY FOR GOOBA!
I tu znowu odpływam rozmarzony w rejony zadaniowego worldbuildingu - jakież to ewolucyjne perypetie mogły sprawić, że dinozaury te mają na głowach działające piły tarczowe? Uczciwie mówiąc dziwię się, że przez dekady swego działania wydawnictwo DC nie poświęciło ani jednej serii na opowiedzenie ich historii. Trzymajmy jednak kciuki!
 
Ewolucja była też nie źródłem mocy, a mocą jednego z superbohaterów z okolic Legionu! Otóż widzicie, pewien łotr postanowił wmanipulować inny zespół młodych herosów w konflikt z naszym ulubionym Super-Hero Club; w skład konkurencyjnego zespołu wchodziła miedzy innymi Gas Girl, potrafiąca zmieniać stan skupienia, oraz...
Jego fryzura to szczyt ewolucji gatunku ludzkiego
Evolvo Lad byłby fantastycznym swiadkiem na amerykańskim monkey trial! Raz, dwa - i oto, jak pięknym go widzimy, żywy dowód na teorię Darwina:
Life Lass i jej żywy stół to podobny poziom creepiness, co pamiętne living money
Byłoby jednak rozczarowujące, gdyby Evolvo Lad umiał tylko zmieniać się w małpę - mógłby się nazywać wówczas po prostu Monkey Boy (co w sumie też byłoby super). O nie, Evolvo Lad potrafi również ekspresowo wybiec w przyszłość rasy ludzkiej:
Fryzura ewoluowała
Na szczęście sprawa szybko się wyjaśnia, niecne knowania spełzają na niczym i Evolvo Lad (wraz z kompanią) pozostają na swojej planecie, by działać tam dla dobra jej mieszkańców - jak to na superheroes przystało.

Trudno podbić stawkę od ewolucyjnego superbohatera, ale spróbujmy! Podziwiajcie... ewolucyjną planetę!
Tak, to młody Lex Luthor - zanim stał się zły i łysy. Cechy te były mocno powiązane w jego wczesnej interpretacji - stoczył się w otchłań zła po tym, jak eksplozja w laboratorium (za którą winił Superboya) pozbawiło go będącej jego dumą rudej czupryny!
Nie wchodźmy dziś w szczegóły tego, skąd Lex wziął się w trzydziestym wieku na evolution world i czy faktycznie był w tarapatach, czy może był to jakiś chytry plan (podpowiedź: to Lex Luthor). Ćwiczę was tu w głębokich analizach, myślicie więc pewnie teraz, że technicznie rzecz biorąc każda planeta jest planetą ewolucji, Ziemia też. Technicznie rzecz biorąc macie rację - ale prehistoryczna Ziemia była dziwniejszym miejscem, niż wam się wydaje!
 
Tę niezwykłą sagę rozpoczniemy od samego jej końca:
Ten ogon musi być niesamowicie silny, skoro Leta tak sobie na nim stoi w pionie
Legion przeniósł się w odległą przeszłość, gdyż odnaleźli na Ziemi ślady nieznanej, starożytnej kolonii planety Krypton i postanowili rozwiązać zagadkę. W skrócie: prehistoryczna Ziemia była areną konfliktu pomiędzy kolonistami z Kryptona (którzy opuścili go, gdyż byli na nim ofiarą antynaukowych prześladowań) oraz Atlantydów. Wśród tej drugiej grupy Superboy szybko zaczął się obłapiać z kolejną panną o inicjałach L.L. - pamiętacie w końcu, że był to jego fetysz - i odgrywali przez chwilę star-crossed lovers, gdyż los rzucił ich na przeciwne strony konfliktu. Tak czy inaczej, koloniści z Kryptona oraz Atlantydzi pogodzili się w końcu z pomocą Legionu, ale Atlantyda musiała zostać zatopiona, zaś jej mieszkańcy - przeewoluowani w merfolki.
 
A, i dinozaury przyleciały na Ziemię z Kryptona. Na kosmicznej arce.
I wszystkie były różowe
Nie potrafię, naprawdę nie potrafię patrzeć na ten panel i nie widzieć autora chichrającego się z klasycznej kreacjonistycznej historii o dinozaurach wprowadzanych na arkę przez Noego! Na Kryptonie dinozaury były spokojnymi i łagodnymi zwierzętami pociągowymi, warto więc było je zabrać do nowej kolonii. Konsekwencje tego ruchu były jednak poważne:
A tu złote tablice z ukrytą historią zagubionego plemienia - prosto jak z księgi Mormona!
Przyznacie, że takiej odpowiedzi na pytanie co stało się z zaginioną kolonią Kryptonian trudno było się spodziewać! A, dinozaury ich zjadły. By ubiec wasze pytanie - ani dinozaury, ani Kryptonianie nie mieli też wówczas supermocy; cośtam cośtam o innym niż współcześnie składzie atmosfery czy barwie słońca. Być może byli chociaż super-pyszni. 
 
Ostatnia historia na dziś wprowadza jednego z powracających łotrów Legionu; krył on się pod powłóczystą szatą oraz tajemniczym kapturem, a mówiono na niego... Time-Trapper! Jego głównym claim to fame było stworzenie the Iron Curtain of Time - blokowała ona podróże Legionu w przyszłość o więcej, niż trzydzieści dni, co dostarczało wielu okazji fabularnych. No i powiedzcie szczerze - czy sama nazwa the Iron Curtain of Time nie jest fantastyczna, szczególnie w komiksie z okresu zimnej wojny?
Wszystko jest tu super: rzeźbiony tron, złowieszczy śmiech, miniony bijące pokłony, skąpo ubrana asystentka wyjeżdżająca spod podłogi po naciśnięciu guzika - Time-Trapper to villain przez duże V!
Ale co Time-Trapper i Glorith mają do ewolucji? Do ewolucji jako takiej może niewiele, ale dewolucja to ich specjalność! Wspomniane w panelu powyżej rękawiczki Glorith nie tylko nadają jej nieco visual flair, ale też pozwalają jej dzierżyć ewolucyjną klepsydrę, której działanie - jak to złoczyńcy mają w tradycji - czym prędzej zostaje zademnstrowane na jednym z zastraszonych minionów:
Glorith i Time-Trapper to wesoły duet i lubią się zdrowo pośmiać
Straszliwa broń! Widzicie zatem, że ewolucja pojawiała się w tych historiach nie raz i nie dwa; często będąc wręcz kluczowym punktem fabuły. Legion - jak już wspomniałem, ale i pod koniec naszego spotkania przypomnieć warto - to jednak twarda nauka, a nie jakieś diabły i czarownice na miotłach. No dobra, może z drobnymi wyjątkami:
Diablo przystojny pan nie jest może faktycznym diabłem, ale nazywa się Prince Evillo i za to zasługuje na nasze uznanie
Jak ewoluują nasze niedzielne spotkania? Co zobaczymy nastęnym razem, gdy przyjdzie pora na Panele na Niedzielę? Czy będzie to powrót do romansów w Legionie? Zdumiewająca technologia z trzydziestego wieku? Podróż po planetach galaktyki? Tego dowiecie się, jak zwykle... w przyszłości!
 
 
 
 
 
 
...a tymczasem wróćmy do Bruce'a Springsteena, bo do Bruce'a Springsteena zawsze wracać warto! Part man, part monkey to i w końcu również i ja, cóż mogę więc zrobić innego, niż podpisać się pod finałowymi wersami amerykańskiego klasyka:
Well did God make man in a breath of holy fire
Or did he crawl on up out of the muck and mire
Well the man on the street believes what the bible tells him so
Well you can ask me, mister, because I know
Tell them soul-suckin' preachers to come on down and see
Part man, part monkey, baby that's me
(take it from here, Bruce)

piątek, 26 marca 2021

Recenzja planszówki: Unmatched: Battle of Legends

Pomyślcie o komputerowych mordobiciach typu Mortal Kombat czy Street Fighter. Pozornie są to gry banalnie proste - naciskaj guzik i bij przeciwnika - ale przy uważniejszym spojrzeniu odsłaniają mechaniczną głębię; za fasadą bezmyślnego klikania szybko można odkryć wagę odpowiedniego pozycjonowania, zarządzania surowcami (bo większość z tych gier zawiera jakąś wersję ładującego się paska energii wydawanego na bardziej wymyślne ataki lub bloki) oraz - przede wszystkim - gry psychologicznej, opartej na odpowiednim odczytywaniu intencji przeciwnika oraz powstrzymaniu się od telegrafowania własnych. Unmatched: Battle of Legends stanowi - moim zdaniem - najlepszy odpowiednik gier tego typu, w jaki możemy zagrać bez prądu (i bez wykorzystywania faktycznej przemocy - tak, wiem, że siedzicie tam i chichracie się, że przecież można zwyczajnie przewrócić stół i zaprosić kolegę do tańca). 

U mnie wersja anglojęzyczna; polska będzie w sklepach już niedługo!

W startowym pudle Unmatched stają naprzeciw siebie cztery postacie: z Grecji na ring przybywa Meduza, o spojrzeniu zmieniającym w kamień i z łukiem w dłoniach; z Wysp Brytyjskich - Król Artur, wyposażony w legendarnego Excalibura i Graala; z Bliskiego Wschodu - Sinbad (bądź Sindbad, jak przyjęło się chyba bardziej w naszym języku), który rozpoczyna pojedynek ostrożnie, ale szybko rośnie w siłę z każdą odbytą przygodą; baśniową Krainę Cudów (lub Dziwów) reprezentuje zaś Alicja, nieco już starsza i wyposażona w mikstury pozwalające jej kurczyć się lub rosnąć niby marvelowska Wasp. Bardzo podoba mi się ten royalty-free zestaw postaci; nie jest związany z żadną konkretną licencją i ma przyjemny baśniowo-legendarny smaczek.

Żeton big/small to wyjątkowy element Alicji

Jak wygląda sama rozgrywka? Najkrócej mówiąc: gracze manewrują na planszy korzystając z figurek, które reprezentują postacie, oraz plastikowych żetonów, które odzwierciedlają pomocników. Pomocnikiem Alicji jest Jabberwock - i zarówno on, jak i Alicja posiadają własne punkty życia, które śledzimy dzięki obrotowemu licznikowi. Każda z postaci ma również trzydziestokartową talię, która stanowi nasz asortyment ataków, bloków i efektów specjalnych. W praktyce wygląda to tak:

To jedna z dwóch plansz znajdująca się w pudełku - druga przedstawia zamek i ma oczywiście kompletnie odmienny układ pół
Do boju stają tutaj Alicja oraz Sinbad; tej pierwszej towarzyszy Jabberwock, po stronie żeglarza znajduje się zaś jego wierny tragarz. W turze można zrobić jedną trzech rzeczy - pociągnąć kartę i poruszyć się; zaatakować; lub zagrać kartę specjalną. Gdy już to zrobimy, dokonujemy takiego samego wyboru ponownie - możemy więc w turze, przykładowo, zaatakować dwukrotnie, poruszyć się oraz zaatakować, albo poruszyć się i zagrać kartę specjalną.

Jeśli zdecydujemy się poruszyć, możemy przesunąć naszą postać oraz jej pomocnika o liczbę pól podaną na jej karcie - Alicja, której komponenty widzieliśmy wcześniej, dysponuje na przykład move: 2. Towarzyszy temu obowiązkowe dociągnięcie karty - słowo obowiązkowo jest tu ważne, gdyż kurcząca się talia reprezentuje zmęczenie naszej postaci i gdy się skończy, będziemy otrzymywać obrażenia za każdą kartę, której nie możemy już pociągnąć. Ten wbudowany w grę zegar gwarantuje, że żaden pojedynek nie będzie ciągnął się ponad miarę!

Przeprowadzenie ataków to serce Unmatched. Atakować możemy w zwarciu lub na dystans; każda postać i pomocnik dysponuje określonymi możliwościami, więc rzut oka na kartę Alicji zdradzi, że zarówno ona, jak i Jabberwock są w nastawieni na melee, starcie kontaktowe.  Oznacza to, że atakować mogą - zero zaskoczenia - wyłącznie kogoś na sąsiadującym z nimi polu. Meduza czy będący pomocnikiem Artura Merlin potrafią z kolei walczyć na dystans - czyli, mechanicznie rzecz ujmując, atakować kogokolwiek na polu tego samego koloru, na którym właśnie stoją. Z tego właśnie powodu plansza podzielona jest na różnobarwne strefy!

Zobaczmy może przykład ataku i obrony. Wyobraźmy sobie, że Jabberwock stanął w dobrej pozycji, by zagrozić szponami Sinbadowi; po zadeklarowaniu ataku obie osoby wykładają po zakrytej karcie z ręki. Jabberwock, jako strona atakująca, odsłania swoją jako pierwszy:

Potężny atak!

Jego karta ataku, Jaws That Bite, posiada wartość 4 - jest ona podana w lewym górnym rogu. Oznacza to, że potencjalnie Sinbad może stracić 4 punkty życia - i, jeśli po walce będzie nadal stał na sąsiednim polu, dwa kolejne (o czym mówi już tekst karty). Każda karta opisuje też, która postać może ją zagrać - w talii Alicji są więc takie opisane jako Alice, Jabberwock albo Any, jeśli dany efekt jest dostępny dla obojga. Jak broni się Sinbad?

Zmyślna obrona!

Chytrze, jak na legendarnego żeglarza przystało! Odkrytą przez Sinbada kartą jest Toil and Danger, która ma uniwersalny symbol - ataki oznaczone są czerwonym wybuchem, obrona niebieską tarczą, zaś karty uniwersalne - takie jak Toil and Danger - mają po połówce obu symboli i mogą być zagrane zarówno w ataku, jak i w obronie. Karta obrony Sinbada ma wartość 3 - Jabberwock zadaje mu zatem 1 punkt obrażeń, co Sinbad odnotowuje przekręcając odpowiednio swój licznik punktów życia. Jak nietrudno się domyślić - gdy punkty te spadną do zera, przegra! Walka się skończyła; tę rundę wygrał Jabberwock.

Mamy tu jednak jeszcze dodatkowy detal: efekty rozpatrywane po walce. Obrońca ma przywilej pierwszeństwa, a że Toil and Danger pozwala Sinbadowi odskoczyć od przeciwnika - ten czym prędzej korzysta z tej możliwości! Jabberwock może teraz kłapać zębami ile chce, ale na polu obok już nikogo nie ma - brak więc okazji do zadania dodatkowych 2 punktów obrażeń z tekstu jego karty.

I to właściwie tyle, jeśli chodzi o stronę mechaniczną Unmatched! Pewnie, są jeszcze karty specjalne, ale w ich przypadku - jak mówi stary karciankowy bon mot - przeczytanie karty wyjaśnia kartę; zwykle są to efekty w rodzaju nietypowego ruchu (w tym również poruszenia przeciwnika), bezwarunkowego odebrania innej postaci kilku punktów życia lub dociągnięcia paru dodatkowych kart.

Pozycjonowanie; zarządzanie zasobami; odczytywanie intencji przeciwnika. Wspominałem o tych cechach charakterystycznych komputerowych fighting games - i mam nadzieję, że widzicie już, że te trzy filary projektowania odwzorowano pięknie w Unmatched. Pozycja postaci na planszy ma ogromne znacznie - możemy odejść zbyt daleko, by przeciwnik mógł nas w następnej turze zaatakować; możemy zablokować oponenta w niewygodnej pozycji w rogu planszy lub wąskim przejściu - nie można bowiem poruszać się przez pola zajmowane przez drugą drużynę. O zarządzaniu zasobami będziemy myśleć za każdym razem, gdy zagrywamy lub ciągniemy kartę; kiedy i jak ją wykorzystać? Czy nadmiar ruchów nie wyczerpie to talii zbyt szybko i nie sprawi, że nasz wojownik lub wojowniczka padnie z wyczerpania? Odczytywać intencje przeciwnika musimy zaś za każdym razem, gdy wykładamy zakrytą kartę podczas walki. Czy zacząć od potężnego ataku, czy lepiej od delikatnej finty, aby najpierw sprowokować drugą osobę do pozbycia się kart obrony? Czy - kiedy nie mamy już dobrych kart na ręce - uciekać i zbierać siły, czy zablefować szarżą, by nie zdradzać słabości? 

A co do naszego przykładu powyżej - skąd Sinbad wiedział, by zagrać akurat Toil and Danger? No cóż, może stąd, ze grał już wcześniej z Alicją i wie mniej więcej, jakich sztuczek można się po Jabberwocku spodziewać. Oczywiście, Alicja wie, że Sinbad wie - ale mimo to próbuje takiego ataku, gdyż może żeglarz nie ma akurat w ręce dobrej odpowiedzi, a może Sinbad wie, że Alicja wie, że Sinbad wie - w związku z czym zagra kompletnie inną kartę, liczy bowiem na to, że Alicja będzie próbowała zrobić Jabberwockiem coś nieoczywistego... a jednak Alicja, w podwójnym blefie, planuje jednak użyć najprostszej ścieżki. To gra, która zyskuje z każdą partią i coraz bardziej zmienia się w pojedynek dedukcji i czytania drugiej osoby. Każde drobne starcie jest emocjonujące, gdyż za każdym razem mamy przed sobą psychologiczno-matematyczny dylemat!

Od strony mechanicznej chwalę tylko i chwalę; dla zróżnicowania przejdźmy więc do jakości komponentów. Te można chwalić, chwalić i chwalić:

Świetnie zorganizowane pudełko - wszystko ma swoje miejsce, a karty w koszulkach mieszczą się bez problemu

Grafiki na kartach są bardzo solidne - utrzymane w spójnym, nieoczywistym stylu, ale zarazem charakterystyczne dla każdej z postaci

Figurki są pre-washed, co ładnie akcentuje detale. Nie chodzi tu o mycie, a o technikę zwaną washing: najprościej mówiąc, stosowanie warstewki cieniującej farby, która osiada w zagłębieniach figurki i uwypukla jej elementy. Pod linkiem zdjęcie pokazujące efekt dawany przez wash.

Znacie z pewnością naczelną zasadę redakcji tekstu: jest on naprawdę dobry, jeśli nie można usunąć ani jednego zdania więcej. Z Unmatched jest dokładnie tak: czuję, że nie ma w tej grze grama zbędnego tłuszczu. Plansze są idealnych rozmiarów; nie tak małe, by były klaustrofobiczne, ale i nie tak wielkie, by nie można było się na nich odnaleźć. Talia służy nie tylko jako źródło zasobów, ale też dodatkowo jako zegar odliczający czas do końca pojedynku. Każda karta może być zastosowana przynajmniej na dwa sposoby - albo zagrana dla swego głównego efektu, albo odrzucona jako boost wspomagający ruch (i okazjonalnie atak). Słowem - elegancja aż kapie z tego projektu; nie uświadczymy tu kruczków w regułach dopisanych do instrukcji w ostatniej chwili, nie zobaczymy zbędnego mnożenia komponentów czy niezbalansowanych postaci (w planszówkowym slangu powiedziałbym, że są  asymetryczne - każda wymaga kompletnie innego podejścia i taktyki - ale zrównoważone względem siebie nawzajem) .

Wspominałem też, że jest to pierwsze pudło z tej serii. Kolejne - noszące tytuł Cobble & Fog - przenosi nas do wiktoriańskiej Anglii, gdzie na ulicach Londynu mogą spotkać się Sherlock Holmes, Dr Jekyll, Drakula oraz Niewidzialny Człowiek; są też małe dodatki - w jednym z nich Robin Hood stawia czoła Bigfootowi (bo czemu nie), w kolejnym zaś naprzeciw srogiego Beowulfa staje odziany w wilczą skórę... Czerwony Kapturek (bo czemu nie)! Wszystkie te produkty są od siebie kompletnie niezależne i grywalne osobno, możecie więc wybrać dowolne, które akurat wam się spodobają. Są też zestawy licencjonowane - póki co nawiązujące do Parku Jurajskiego, Buffy oraz Bruce'a Lee, a w przygotowaniu są cztery pudła z marką Marvela. Nie kryję, ze tematyka baśniowo-legendarna bardziej mi się podoba, ale w jednym z komiksowych zestawów będzie Squirrel Girl - coś więc czuję, że mój opór będzie krótki i daremny!

Widzicie już zapewne, że piszę o grach, które mi się podobają; samo pojawienie się tutaj jakiegoś tytułu można już traktować jako rekomendację. Skoro więc jasne jest, że Unmatched to dobra produkcja - komu dokładnie bym ją polecił? Na pewno osobom, które szukają rozgrywki zdecydowanie konfrontacyjnej i dynamicznej, jak w komputerowej fighting game; partie są krótkie - trwają po 20-30 minut - zwykle w trakcie sesji rozgrywamy więc przynajmniej jeden rewanż. I, tak jak w fighting games, procentuje znajomość postaci: maksimum zabawy wyciągniemy więc z Unmatched dopiero po paru partiach, gdy nie tylko zbudujemy własną strategię, ale i poznamy wachlarz sztuczek drugiej osoby.

Mnie osobiście ujmuje również zdrowa porcja silliness - pojedynek o tematyce brytyjskiej z królem Arturem i Robinem Hoodem? Baśniowe mordobicie z Alicją oraz Czerwonym Kapturkiem w rolach głównych? Monster mash niczym ze starego plakatu filmowego - Drakula kontra Bigfoot? Unmatched pozwoli zrealizować te scenariusze - i doskonale się przy tym bawić!

środa, 24 marca 2021

The Sensational She-Hulk

W jednym z ostatnich wpisów wspominałem o kilku klasycznych superbohaterskich postaciach komediowych - oczywiście, zdrowa porcja komedii to popularny element gatunku, ale przy niektórych postaciach jakby nieco bardziej. DC ma przykładowo swoją Harley Quinn (wywodzącą się zresztą prosto z kreskówki z Batmanem - to w niej pojawiła się po raz pierwszy i dopiero potem zaadaptowano ją do komiksów), Marvel wypromował Deadpoola (i padł w przedbiegach próbując wypromować Kaczora Howarda - pamiętacie film z 1986?) - tych postaci trudno współcześnie nie kojarzyć. Ale co ze wspomnianą w tamtym wpisie She-Hulk? Dziś może zbytnio jej nie widać na wielkim ekranie (jeszcze - zobaczymy ją w serialu w przyszłym roku), ale zaufajcie mi - pod koniec lat '80 była ona niekwestionowaną królową marvelowskiego humoru.

Pierwszy raz pojawiła się w 1980 i - jeśli wolno mi tak powiedzieć - nie było to nic szczególnie sensacyjnego; ot, Jennifer Walters - kuzynka Bruce'a Bannera - trafiła do szpitala i potrzebowała ratującej życie transfuzji. Bruce był pod ręką... ale jego napromieniowana promieniami gamma krew zmieniła Jen w damską wersję Hulka. Różnica była taka, że Jennifer potrafiła kontrolować swoje przemiany wedle woli oraz zachowywała pełnię władz umysłowych również w formie zielonego alter-ego. Ba, nawet preferowała formę She-Hulk i podkreślała, że czuję się w niej silniejsza (także pod kątem charakteru), mniej zakompleksiona i pozbawiona niepotrzebnych zahamowań. 

Krótko mówiąc - takie tam superheroing, nic nowego. Sensacyjne zmiany pojawiły się dopiero, gdy She-Hulk dostała w 1989 swoją drugą serię, której autorem był John Byrne.

And she'll do it, you better believe it

John Byrne to komiksowa szycha - rysował klasyczne numery X-Menów czy Fantastycznej Czwórki, siadając do She-Hulk miał więc w dużej mierze wolną rękę. A tym, na co Byrne miał w tym przypadku ochotę, była a cheesecake book - czyli seria, której połowa atrakcyjności polega na tym, że atrakcyjna pani pręży się i wdzięczy na kolejnych pin-upowych panelach. A że - jak wiadomo - najlepszym sposobem na dodanie cheesecake book odrobiny klasy jest dobroduszny i lekki humor, wszystko poszło właśnie w tym kierunku.

Rdzeniem tego humoru było to, że według koncepcji Byrne'a She-Hulk była doskonale świadoma bycia bohaterką komiksu. Wykłócała się więc z autorem, krytykowała jego głupie pomysły fabularne, a gdy czuła się już wymęczona - domagała się cięcia i wstawienia w zeszycie jakiejś sub-plot z kimś innym, żeby mogła odpocząć. Krótko mówiąc, czwarta ściana była w tej serii nie tyle przebijana, co całkowicie rozbita wielkim młotem i zgruzowana gdzieś za sceną.

She-Hulk chciała jakichś porządnych marvelowskich kosmitów, a tu rzeczywistość skrzeczy

Przygody She-Hulk również były odpowiednio absurdalne - Byrne pokopał w marvelowskich archiwach w poszukaniu co głupszych konceptów, i odnalazł perły takie jak Spragg, Żyjące Wzgórze, Toad Men z panelu powyżej czy - jak zwykło się ich czule nazywać w fandomie - ludzie-szparagi z planety zniszczonej kiedyś przez Dark Phoenix. Oczywiście, She-Hulk również ignoruje poważną nazwę z apostrofami i innymi cudami i mówi na nich ludzie-szparagi.    

Czasem She-Hulk prosiła o przejście do jakiejś sub-plot, bo był zmęczona; czasem by się w spokoju przebrać; a czasem by spuścić komuś łomot tak potężny, że Comics Code nie puściłby tego na łamy
Żarty z Comics Code - o którym też już wcześniej wspominałem - są w ogóle jednym ze stałych gagów; hey, it's a Code-approved book!, temperuje z udawanym oburzeniem czyjś bardziej pikantny dowcip bohaterka. W innej sekwencji jej przyjaciółka nie może się nadziwić, że pomimo heroicznego boju z łotrem numeru i przebicia się przez parę ścian sukienka She-Hulk nie podarła się ani odrobinę i nadal zakrywa to, co zakrywać powinna:
Comics Code najlepszą ochroną

Przyjaciółka She-Hulk - Weezi - też jest wspaniałą postacią; w latach czterdziestych znana jako Blonde Phantom, w serii Johna Byrne'a wraca jako odpowiednio starsza kobieta, również świadoma tego, że jest postacią komiksową. Celowo wprasza się ona na łamy magazynu, gdyż - jak wiadomo - superbohaterowie i superbohaterki się nie starzeją; przynajmniej tak długo, jak ich przygody są wydawane. Weezi miała czas, by jej wiek poszedł nieco naprzód od ostatniego pojawienia się w druku, ale decyduje położyć temu kres:

Joan Blondell, dla waszej wygody! Czytelnicy z epoki mogli kojarzyć ją z Grease - jednej z jej ostatnich ról - ale gdy była młodsza, mogłaby z powodzeniem grać Blonde Phantom!

Weezi ma już lata praktyki w byciu postacią komiksową, uczy więc Shulkie (bo tak z czułością zdrabniano She-Hulk) paru sztuczek. Wśród nich jest na przykład przechodzenie wprost pomiędzy panelami:

Super metoda transportu - niezależnie, czy trzeba szybko dostać się do restauracji, czy do odległej galaktyki!

Takie zabawy formalne idą jeszcze dalej - She-Hulk potrafi przebić się pięścią na drugą stronę kartki komiksu, zrobić sobie skrót przez kolumnę z ofertami sprzedaży i wydrzeć sobie wyjście z drugiej strony:

Kliknij, by powiększyć do metatekstualnych rozmiarów! Warto, bo w drobnym tekście fikcyjnych ogłoszeń i wycen zeszytów znajduje się kolejny worek gagów. 

Nie mówiąc już o tym, że im dalej w las, tym częściej nasza bohaterka zwraca się również do czytelników, patrząc nam z komiksowego panelu prosto w oczy; a poza jej autorem w ramkach i przypisach zaczyna pojawiać się również Renée Witterstaetter, redaktorka serii - która komicznie naciera uszu Byrne'owi, gdy ten robi nieprzewidziane wojaże w inny styl rysowania, albo spiera się z She-Hulk o to, kto właściwie prowadzi tu narrację i jakiego rodzaju:

She-Hulk jest prawniczką, swoją drogą, i jedna z jej późniejszych serii idzie mniej w kierunku metatekstualnym, a bardziej w stronę komedii sądowej. Co zobaczymy na serialowym ekranie? Kto wie!
Najstraszliwsza kara dla autora! Renée nie zna litości, ale ktoś ich tam musi trzymać w ryzach.

Autoironiczne wymiany mają też miejsce pomiędzy postaciami - jak wtedy, gdy Weezi komentuje kilka ostatnich paneli, w których She-Hulk wdzięczyła się w pin-upowych pozach zdroworozsądkowym kobieto, tu się w głowę puknij:

O faktycznie, tła jakieś takie słabe!

A że seria ta - z racji na humor i sympatyczne postacie - była popularna także wśród czytelniczek, cheesecake był też też okazjonalnie uzupełniany przez swój męski odpowiednik, czyli tak zwany beefcake art - tak jak wtedy, gdy partner She-Hulk po kolejnym boju oddawał jej koszulę (bo tym razem najwyraźniej nie założyła Comics Code approved sukienki):

Zwróćcie uwagę na cieniowanie na klacie Wyatta; She-Hulk marudziła wcześniej właśnie o nowocześniejszy styl cieniowania ("Byrne, wiem że w innym komiksie go robisz, wysil się może tutaj też, co?!")

Tak więc - tak, jest to niezaprzeczalnie a cheesecake book, ale przy tym też pełna uroku i inteligentnego humoru. Współcześnie jej metatekstualny i autoironiczny humor nie jest już być może tak rewolucyjny, jak pod koniec lat '80 - trochę bardziej przyzwyczailiśmy się do przebijania czwartej ściany w różnych mediach - ale nadal jest to rzecz, którą warto znać, a może i wręcz nabiera teraz dodatkowego uroku retro. Znaczące moim zdaniem jest, że w fanowskiej pamięci The Sensational She-Hulk zapisała się nie jako ta seria, gdzie She-Hulk pozuje jak na sesji zdjęciowej, ale jako ta zabawna seria, gdzie She-Hulk rozwala czwartą ścianę. Bohaterka robi w niej to samo, co później Deadpool - i to, moim zdaniem, pod wieloma względami w lżejszy i bardziej naturalny sposób. I nawet ten cheesecake art, gdy już się pojawia, jest zrealizowany w odpowiednim stylu i smaku; tak jak stare grafiki pin-upowe robiony jest z uśmiechem, kolorem i mrugnięciem okiem, nigdy nie dryfując w przesadnie dosadne rejony. It's a Code book, after all.

Skąd mój impuls do powrotu do komiksów z She-Hulk? Poza wpisem, w którym przelotnie o niej wspomniałem, jest ona jedną z postaci w sympatycznej kooperacyjnej karciance Marvel Champions, w którą ostatnio grywamy i o której z pewnością też trochę kiedyś napiszę; no i, jak już wspomniałem na początku dzisiejszego spotkania, w przyszłym roku powinniśmy zobaczyć serial z Jen Walters w roli głównej! Ma on być utrzymany w komediowym tonie, zobaczymy więc, czy pójdzie w stronę przebijania czwartej ściany i She-Hulk będzie wychodzić z planu, trąci reżysera łokciem i przejdzie prosto przez studio do innego kawałka scenografii; czy może będziemy mieć gatunkowo serial prawniczy w stylu Ally McBeal (yup, I'm dating myself here) z superbohaterami - który też może być mocno metatekstualny, gdyż w sądowej rozprawie She-Hulk potrafiła wyciągnąć jako dowód konkretny zeszyt komiksu i pokazać ławie przysięgłych, co oskarżony superłotr zrobił w numerze #43. WandaVision pokazała, że Marvel nie boi się w telewizji odrobiny formalnych zabaw - mam więc nadzieję, że z She-Hulk poszaleją jeszcze bardziej!

Ja tymczasem wynurzę się z tej wyprawy w komiksową historię i rozejrzę za bardziej współczesnymi numerami She-Hulk!

poniedziałek, 22 marca 2021

Muzyczne Poniedziałki: poniedziałek sentymentalny!

Jaki jest twój ulubiony film? Jaka jest twoja ulubiona książka? - podręczniki i maturalne zestawy egzaminacyjne są pełne takich pytań, i sam miałbym duży problem z uczciwym udzieleniem na nie odpowiedzi. Doradzam więc zwykle uczniom i uczennicom, żeby - w razie problemów - nie namyślać się za bardzo i po prostu podać pierwszy tekst kultury, który przyjdzie im do głowy; w zadaniu takim nie chodzi przecież o to, żeby poznać tak naprawdę czyjś gust, ale po prostu upewnić się, że osoba taka potrafi komunikować się na tematy związane z kulturą - użyć trochę słownictwa w rodzaju plot czy character, rzucić, ze film był gripping, a książka była a real page-turner i maksimum punktów już w kieszeni.

Nie miałbym jednak problemu z odpowiedzią na przynajmniej jedno z pytań tego typu: moim ulubionym artystą jest zdecydowanie Mark Knopfler. Nie sądzę też, by coś mogło zagrozić jego pozycji; to nie tylko kwestia samego stylu muzycznego - który tak zręcznie lawiruje pomiędzy rockiem, country oraz elementami folku; to nawet nie tylko kwestia sprawności gitarowego warsztatu, nie tylko tonu i barwy głosu, nie tylko tekstów, które są gęste od odwołań i inspiracji historyczno-kulturowych; to wszystko może docenić każdy.

Mark Knopfler jest moim ulubionym wykonawcą, gdyż jego muzyka jest nierozerwalnie spleciona z moimi wspomnieniami. Jego płyta była pierwszym albumem CD, który kupiłem w życiu za własne pieniądze; jego muzyka była moim tłem, gdy kolejną jesienią wprowadzałem się do kolejnej stancji na studiach, trzysta kilometrów od domu; jego duet z Emmylou Harris był pierwszym, co poszło z głośników na naszym weselu. Rozumiecie więc chyba, że pod kątem personal meaning - he just can't be beat!

Nie jest to muzyka, której słucham najczęściej - ale gdy już słucham, to robię to całymi albumami i delektuję się okazją. Słuchanie kompletnych albumów - i, oczywiście, umiejętność artystycznego stworzenia albumu, a nie prostego zbioru pojedynczych piosenek - to coś, o czym moim zdaniem zawsze warto pamiętać; odbiór różni się dla mnie jak obejrzenie krótkiego klipu na youtube skontrastowane z całością filmu, z którego ten klip został wycięty. Klip też może być fajny - ale nie będzie miał całej emocjonalnej i tematycznej podbudowy, którą daje dłuższa forma.

Muzyczne Poniedziałki poświęcone są jednak pojedynczym utworom, zaproponuję więc wam dzisiaj kawałek, w którym spotykają się moje dwie pasje: muzyka Marka Knopflera i gin!

Już sam tytuł - Madame Geneva - jest klarownym nawiązaniem do ginu. Jak pisze strona guidelondon.org.uk:

Gin became so popular that it took on an identity – Madam Geneva. Geneva was the name initially given to the drink by the English and derives from the Dutch name for it, “Jenever”, which itself comes from the Dutch for Juniper – the berry that gives gin its distinctive flavour. Geneva was eventually shortened to Gin. To understand the figure of Madame Geneva, it should be noted that this was around the same time that the figure of Britannia came into being. Today you’ll find statues of Britannia all around London – from government buildings to national museums and train stations. A lady with a helmet and trident, she represented Britain’s growing self-confidence as a seafaring nation in the 1700s. One could see Madame Geneva as Britannia’s alter-ego, a figure that represented another aspect of Britain – the part that enjoyed a good, stiff drink. There were no statues made of Madame Geneva, but people would praise her, raise toasts to her, write poetry and pamphlets about her and, eventually, hold funerals for her.

Inne nawiązania - czym była Gin Lane, o co chodzi ze sprzedawaniem confessions for a penny a sheet i tak dalej - zostawię już może waszej własnej dociekliwości, by nie przedłużać tego wpisu w nieskończoność. Zachęcam do pokopania w tekstach Marka Knopflera - bo zdecydowanie jest w czym kopać!

niedziela, 21 marca 2021

Panele na niedzielę: ciężki żywot kumpla Supermana

Zastanawiałem się, o czym bardziej miałem ochotę dziś napisać - czy o Jimmym Olsenie, najlepszym kumplu Supermana, którego historie w komiksowej Silver Age były Weird with a capital W, czy może o romansach w Legionie - po czym szybko nastąpił moment inspiracji i myśl well, why not both? Dzisiaj przyjrzyjmy się historii, w której zwykły chłopak z roku 1964 podbija serca nie jednej, nie dwóch, lecz trzech (albo pięciu, bo z Triplicate Girl nigdy nie wiadomo) futurystycznych legionistek! Or does he...?

Why must I be so irresistibly appealing to beautiful girls???!

Na początek nieco tła - Jimmy Olsen, Superman's Pal, był postacią, której zadaniem było nadać nieco ludzkiego kontekstu przygodom Supermana. Tak jak Lois Lane była jego wieloletnią love interest, tak jak Perry White był archetypicznym wymagającym szefem gazety, tak Jimmy był młodszym kolegą Clarka z pracy - cub reporter, jak to się ładnie mówiło. No i tenże cub reporter pakował się nieustannie w mniej lub bardziej poważne tarapaty, ale na szczęście zazwyczaj mógł wykorzystać signal watch, który jednym ukrytym przyciskiem przyzywał na pomoc Supermana.

Ile jednak można powtarzać ten sam schemat z Jimmym jako damsel in distress? Aby uatrakcyjnić jego przygody, Jimmy zaczął szybko rosnąć jako postać - dołożono mu jego własną love interest (żeby nie szukać za daleko, była to Lucy Lane, młodsza siostra Lois) i zaczęto popuszczać wodze kreatywności. Jak bardzo, zapytacie? Spójrzmy tylko na stronę tytułową historii, w której przecinają się ścieżki Jimmy'ego i Legionu:

...yup, that about sums it up.

Czasem łatwo się pochichrać z dziwnych paneli komiksowych wyjętych z kontekstu, ale tutaj macie kontekst jak na tacy: Jimmy trafia na dziwna planetę, na której stopy przyrastają mu do gruntu, a on sam będzie torturowany przez wieczność przez swoje rozmaite alter-egos (takie jak Elastic Lad, Human Porcupine czy Giant Turtle Man); Superman tymczasem macha mu ręką i mówi sorry, Jimmy, łotr, który to sprawił jest tak potężny, że nie mogę narażać dla ciebie życia wszystkich na Ziemi, mówi się trudno

Jimmy jest jednak sprytnym chłopcem - Superman w końcu nie kolegowałby się z byle kim - i krok po kroku udaje mu się wydedukować, że tak naprawdę wcale nie trafił do kosmicznego piekła. Drobne niedociągnięcia widoczne u pozostałych grotesque identities podpowiadają mu, że to po prostu Legion robi sobie z niego jaja:

W rolę Elastic Lada wcielił się zmiennokształtny Chameleon Boy i tak dalej
A dlaczego Legion dręczy młodzieńca z dwudziestego wieku? Jest to po prostu ich klasyczny test inicjacyjny, po którym przyjmują go w swoje szeregi jako honorowego członka. Superman owija go więc w swoją pelerynę jak w ochronny kocyk i przenoszą się do trzydziestego wieku, gdzie odbywa się ceremonia zaprzysiężenia:
Nieco krępujące wejście, ale Legion stara się zachować powagę

...i od tego momentu ścieżki Jimmy'ego i Legionu zaczynają przecinać się jeszcze częściej. I'm... thrilled for Jimmy!, myśli obserwujący zaprzysiężenie dorosły Superman; He's a fine boy! He deserves this great honor! 

Może i Jimmy jest fajnym chłopakiem, ale w życiu romantycznym niekoniecznie mu wychodziło. Z jego romansu z Lucy Lane - młodszą siostrą Lois - starano się wyciągnąć maksimum sitcomowej komedii, przez co Lucy wydawała się okropną małpą, której życiowym hobby było igranie z uczuciami młodego reportera na przemian z kompletnym ignorowaniem jego awansów - a gdy już spojrzała na niego łaskawszym okiem, to jakiś zbieg okoliczności i tak zawsze utrzymywał ją i Jimmy'ego osobno. Taki był już to humor w latach '60 i przy finałowych panelach tych historii można praktycznie słyszeć klasyczny smutny puzon

I tak oto lądujemy w jednej z historii z tego burzliwego związku. Sytuacja jest pozornie idealna: Jimmy zaprosił Lucy do siebie, na dworze szaleje śnieżyca; na stole przygotowana wykwintna kolacja, nastrojowa muzyczka brzdąka w tle, zaś sam Jimmy przyodział się w swoje najlepsze ciuchy. Lucy już od progu wyprowadza potężne ciosy:

Oof-o-meter poza skalą

Jedzenie jej nie podchodzi, konwersacja się nie klei, słowem - cała lista porażek prosto z komedii romantycznej. Jimmy ma jednak asa w rękawie, którym ma nadzieję zrobić wrażenie na Lucy:

Lucy pracowała jako stewardessa, miała więc okazję spotykać sułtanów

No nie wiem jak wy, czytelniczki, ale ja tam byłbym pod wrażeniem monitora pokazującego trzydziesty wiek - przynajmniej na tyle, żeby wypić z Jimmym jeszcze jednego drinka! Ale cóż to się tam dzieje na tarasie?

A TRANSPARENT GLOBULAR CRAFT MATERIALIZED SUDDENLY!

Nic nie ożywi wieczoru tak, jak goście z trzydziestego wieku! Jimmy nie postępuje zbyt po dżentelmeńsku i zostawia Lucy na lodzie, ale cóż, wieczór i tak szedł słabo, a Legion emergency nie sposób odmówić.

Jeśli wydaje wam się, że Jimmy teraz jest lekko creepy - poczekajcie

Z tym emergency to trochę przesada; Jimmy zostaje poinformowany,  że czas po prostu pokazać się w Super-Hero Club i pomóc w misji lub dwóch, aby mógł zachować status aktywnego członka. Pamiętacie pewnie, że nawet honorary members wypada posiadać jakieś moce - Jimmy zażywa więc kilka kropel serum, które umożliwia mu transformację w Elastic Lada. Bardzo podoba mi się, że jego kostium jest podpisany, by nikt nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia! 

Tak czy inaczej, podczas ich wspólnej misji Triplicate Girl musi zająć się bombami podrzuconymi przez łotra, ciężar ujęcia złoczyńcy spada więc na barki Jimmy'ego. Ten bierze się do roboty z ułańską fantazją:

Jimmy wie, że łotr nie ma szans prześlizgnąć mu się przez palce!
Po co po prostu załapać złodzieja za nogę elastyczną łapą, kiedy można uwięzić go w żywym, zmieniającym się labiryncie zrobionym z gumiastych paluchów i dręczyć go tam, aż zemdleje z przerażenia i wyczerpania? Myślicie, że koloryzuję, ale to są niemal dosłowne słowa, któe towarzyszą później tej scenie! What I mean to say, Jimmy may look funny, but I wouldn't mess with him. Triplicate Girl też jest pod wrażeniem:
Dłonie w bezpiecznej pozycji, nie prowokuj Comics Code, Jimmy

W przyszłości Jimmy'emu powodzi się znacznie lepiej! Nasz bohater nie ma jednak czasu na romanse; w towarzystwie Light Lass rusza ocalić pasażerów pociągu przed wykolejeniem. Superbohaterski klasyk!

Każdy superbohater musi obowiązkowo uratować pociag przed wykolejeniem, jest to w kontrakcie

I ten heroiczny czyn nie pozostaje bez nagrody: 

"What is this strange fascination I exert over gorgeous babes?!" - pytanie, które i ja zadawałem sobie nieraz

Kolejnym zadaniem Jimmy'ego jest pomóc Saturn Girl w ujarzmieniu bestii, które wydostały się z kosmicznego zoo - i na tym etapie wiemy już chyba, jak to się skończy:

Chyba jednak wolałem "the Shadow knows!"
Rączki ponownie w bezpiecznej pozycji

Napięcie zaczyna jednak rosnąć, gdy wszyscy wracają już do Super-Hero Club; Jimmy może być elastyczny, ale przecież się nie roztroi (w odróżnieniu od Triplicate Girl)!

No ładnie; jego ciało jest elastyczne, ale uczucia nie są z gumy!

Dochodzi do rękoczynów - kto chce je zobaczyć, niech przewinie wpis do góry - a Jimmy z pewnym żalem wraca do roku 1964, żywiąc nadzieję, że jego czar i powab nie będą przyczyną niesnasek w Legionie. Na szczęście jego obawy są bezzasadne - gdy tylko jego wehikuł znika w otchłaniach czasu, trójka legionistek przybija sobie piątkę i zaczyna zataczać się ze śmiechu:

Triplicate Girl wydała niewinnego aktora na pastwę ohydnych mocy Jimmy'ego!

Ot, znowu młodzieńcze wybryki Legionu! Jimmy trafia w ten sposób do zaszczytnego towarzystwa; Legion robił głupka przecież także z samego Superboya, z Supergirl, ze swoich własnych członków - krótko mówiąc, być może ich przysięga podkreśla, ze nie będą wykorzystywać swoich superpowers dla korzyści finansowych, ale nie ma tam ani słowa o dworowaniu sobie ze wszystkich dookoła! Zresztą, co tu kryć - za to przecież Legion jest kochany jak kosmos długi i szeroki, niezależnie od stulecia. A jak tam miłosne podboje Jimmy'ego w roku 1964? Czy dzięki wysiłkom dziewcząt z Legionu Lucy w końcu go doceni?

Słyszycie ten smutny puzon? Nawet nie trzeba klikać linka!

Nawet trzy futurystyczne superbohaterki nie są w stanie odmienić losu Jimmy'ego! Ten, jak ostatnia buła, próbuje dodatkowo opisać Lucy swoje przygody w trzydziestym wieku, na co Lucy reaguje delikatnym sceptycyzmem (padają z jej ust słowa takie, jak raving nut) i woli już zaryzykować wyjście w szalejącą śnieżycę niż bycie zamkniętą w jednym domu z Olsenem. A jak na fiasko swoich planów reagują dziewczęta?

Wszyscy w kółko podglądają się nawzajem na swoich time-scopes

Who knows indeed! No cóż, ja wiem - podejrzałem na swoim time-scope - i powiem wam, że już niedługo zobaczymy również młodzieńców z Legionu w romantycznych perypetiach! Kiedy to będzie? Jak zwykle... w przyszłości!

 

 

 

(i jeśli myślicie, że największym przegranym tej historii jest Jimmy, to mam dla was radę - jeśli Triplicate Girl zaproponuje wam kiedyś jakoś aktorską fuchę, to nigdy, przenigdy nie zgadzajcie)

"Triplicate Girl, nie tak się umawialiśmyyyyyy"