środa, 11 maja 2022

Komiksiarstwo na ekranie: Doktor Strange w multiwersum obłędu

Wiecie, że nie mam w zwyczaju zakopywania głównej myśli tekstu w piętnastym akapicie - powiem więc z miejsca: Doktor Strange w multiwersum obłędu to moim zdaniem film lepszy, niż Wonder Woman 1984. O ile? Dokładnie o 25 minut, bo o tyle właśnie jest od niej krótszy (126 minut kontra 151 sequela przygód Diany). Postaram się, jak zwykle, podkreślić nieco pozytywnych aspektów, ale generalnie wyszedłem z kina z potężnym meh: ładna strona wizualna nie była w stanie uratować scenariusza, charakteryzacji i dialogów. Więcej - wraz ze spoilerami - pod plakatem!

Poniżej wchodzicie już w multiwersum spoilerów!

No dobrze, skoro więc film mnie nie przekonał, zastosujemy tu (podobnie jak w przypadku Wonder Woman 1984) nauczycielską metodę feedbacku na kanapkę - dobre, niedobre, a na koniec znowu nieco dobrego - żeby nie było tak smutno na koniec. Co więc dobrego można znaleźć w tym (niech sprawdzę) dwudziestym ósmym filmie w marvelowskim kinowym serialu?

Nadal wygląda to nieźle!

Po pierwsze: jest wizualnie ładny. Jak to zwykle u Marvela, czuć wpompowane w projekt pieniądze: potwory są potworne, a efekty zaklęć - efektowne. Surrealistyczne sanktuarium pomiędzy wymiarami, ukryty mistyczny klasztor, grobowiec na górskim szczycie - takiej właśnie scenerii oczekiwałbym od historii z Doktorem Strangem! Niezłe były też kostiumy - i to całkiem bliskie komiksowych interpretacji. Różnym wersjom Doktora przydzielono odmienne wariacje na temat jego stroju Master of Mystic Arts - jedną bardziej komiksową i barwną, inną mroczniejszą oraz bardziej dyskretną; Scarlet Witch ma klasyczną rogatą tiarę i czerwony gorset; nawet postacie pojawiające się w cameos szaleją w klasycznych kostiumach. To już zdecydowanie nie era pierwszych nowoczesnych filmów komiksowych, gdzie X-Meni musieli nosić matriksowe czarne skóry, bo studio obawiało się, że publiczność nie łyknęłaby kolorowego spandeksu.    

Elizabeth Olsen daje radę!

Po drugie: Elizabeth Olsen nieźle wypadła aktorsko jako Scarlet Witch, główna antagonistka. Przyjemnie oglądało mi się ją już w WandaVision, gdzie dostała nieco więcej rozpiętości materiału niż we wcześniejszych kinowych występach - tutaj gra raczej na jedną nutę, ale jako bad guy filmu potrafi być odpowiednio scary and creepy.

Problemem jest tylko - i tu przechodzimy do krytycznej części - że Scarlet Witch jest antagonistką. Tak, to adaptacja komiksowej historii (główne motywy pochodzą z serii Avengers Disassembled Briana Michaela Bendisa z 2004), ale fabuła ta stanowi zwyczajnie kiepski wybór. Ekspresowo streszczając: na skutek niewinnej konwersacji przy basenie Wanda Maximoff - Scarlet Witch - przypomina sobie, że miała kiedyś dwójkę dzieci, istnienie których zostało wymazane z jej pamięci. Dzieci te nie przyszły na świat w naturalny sposób: były stworzonymi przez nią magicznymi istotami (jej partner był przecież androidem). Stało to na fundamentach ekstremalnie dziwacznej fabuły jeszcze z lat '80, kiedy to istnienie magicznych bliźniaków zostało wymazane z pamięci Wandy po tym, jak... ich dusze zostały zaabsorbowane przez demonicznego superłotra i stały się jego nowymi rękami. Yup, it makes about as much sense in the context.

OK, w filmie go nie ma - ale czy mógłbym przepuścić okazję, by na blogu pojawił się Master Pandemonium z bobasami zamiast rąk?

It's a lot of comic book nonsense, but the point is: kiedy Wanda przypomniała sobie o tym w 2004, she went absolutely, completely crazy. Na tyle crazy, że jej szaleństwo zaczęło udzielać się reszcie zespołu - co doprowadziło do niejednej śmierci i tytułowego rozwiązania Avengers.   

Janet van Dyne - Wasp - musiała sobie potem pluć w brodę za ten komentarz

Historia ta doczekała się od czasu premiery tony analiz, mało której pochlebnej. Zwracano uwagę na odbiegającą od kanonu postaci charakteryzację; krytykowano niepotrzebne śmierci, których jedynym celem było dostarczenie krótkoterminowej shock value i iluzji "doniosłości" (rozwiązanie Avengers trwało mniej więcej... miesiąc, aż do wydania pierwszego zeszytu New Avengers). Najbardziej Bendis oberwał jednak za (świadome lub nie) powielanie seksistowskich motywów: że posiadanie dzieci to absolutny sens życia kobiety, że nic poza dziećmi się nie liczy - a naruszenie relacji "matka-dziecko" zmienia bohaterkę w groźną i niestabilną histeryczkę, która jest gotowa poświęcić rodzinę, przyjaciół i drużynę, która gotowa jest magicznie napisać na nowo rzeczywistość, byle tylko móc gotować chłopcom obiadki.

Dosłownie!

Motyw magicznie stworzonych dzieci pamiętacie pewnie z WandaVision, gdzie zrealizowany był zdecydowanie z większą gracją niż w komiksach. Obiecywałem więc sobie sporo po obecnym w trailerze dialogu, w którym Wanda bierze na celownik podwójne standardy: kiedy Strange magicznie manipuluje rzeczywistością, jest bohaterem; kiedy robi to ona, zostaje nazwana zagrożeniem. Naprawdę liczyłem, ze będzie to punkt wyjścia do ciekawej dyskusji - tej jednak w filmie kompletnie zabrakło; dostaliśmy irracjonalną Wandę-histeryczkę maniakalnie skupioną na nieistniejących dzieciach.

Fabuła filmu twardo powtarza wszystkie błędy komiksowej historii: dziwną charakteryzację, tanio traktowane śmierci, niefortunne implikacje.

Avengers Disassembled to nie jakaś nieznana jakość - to historia sprzed ponad piętnastu lat, recenzowana i analizowana od tego czasu na wszystkie strony. W najbardziej wyrozumiałej interpretacji - było to metaforyczne rozbicie jajek, którego Bendis potrzebował, żeby przetasować trochę status quo w Avengersach; mimo wszystko, praca bardziej siekierą niż skalpelem. Nie widzę za bardzo sensu w przenoszeniu tej konkretnej historii na ekran - szczególnie, że serial WandaVision rozgrywał już jej motywy lepiej!  

Brak ciągłości charakterologicznej względem WandaVision to jeden z największych mankamentów filmu. Wiodącym wątkiem serialu była Wanda radząca sobie z traumatycznymi doświadczeniami: kulminacją tej ewolucji była jej świadoma rezygnacja z iluzji rodziny, pogodzenie się ze stratą, rozpoczęcie procesu leczenia. Nowy Doktor Strange wydaje się zupełnie ignorować tę podróż i raz jeszcze funduje nam niestabilną Scarlet Witch. Tłumaczone jest to złowrogim wpływem Darkhold, mrocznej księgi będącej marvelowską wersją Necronomiconu... ale - jakiego uzasadnienia by nie dopisywać - to znowu ten sam motyw. Sam reżyser przyznał, że w trakcie produkcji miał bardzo pobieżny kontakt z WandaVision... i niestety mocno to widać. 

No ale przynajmniej potwory były! O dylemacie "Gargantos czy Shuma-Gorath" pisałem już tutaj.

Może więc lepiej byłoby - paradoksalnie - oglądać ten film bez znajomości reszty? Osobiście łyknąłbym wtedy łatwiej wytłumaczenie "a, Wanda jest teraz zła, bo ją zła księga opętała, just roll with it". Jeśli jednak ktoś oglądał serial, będzie widzieć tu pęknięcia w fasadzie szczycącego się własną spójnością MCU. I dalej na podobną nutę: multiwersum oraz zła wersja Stephena zrobiłyby na mnie większe wrażenie, gdybym nie widział tego samego w animowanym serialu What If...?; połączenie z innymi franczyzami (tutaj: przez obecność profesora Xaviera, Reeda Richardsa i Black Bolta) byłoby efektowniejsze, gdyby Spider-Man nie zrobił wcześniej tego samego; tytułowego "madness" nie było wcale przesadnie dużo - lecz i tak motywy kruszejącej poczytalności ciekawiej eksplorował serialowy Moon Knight.

Można by pewnie przymknąć oko na wtórność sztuczek, gdyby na pierwszym planie były pełnokrwiste, ciekawe postacie. Niestety, o tytułowym bohaterze nie dowiadujemy się właściwie niczego nowego; większość jego scen to dialogi ledwie funkcjonalnie: popychające fabułę do przodu i upstrzone czasem standardowymi marvelowskimi dowcipami (parę niezłych, żeby nie było!). Nowa młoda bohaterka, America Chavez, nie otrzymuje praktycznie żadnego charakteru poza ogranym "och nie, jestem młoda i niedoświadczona, nie umiem korzystać ze swoich mocy". Dla porównania: komiksowa America jest pewna siebie, agresywna i zadziorna; to hothead zespołu, która najchętniej od razu brałaby się za klepanie po szczękach. Filmowa to bardziej pożądany przez wszystkich obiekt niż samodzielny podmiot.

No i to jest America! Filmowa różni się też od niej zestawem mocy, ale to już kosmetyka.

Americe nie pomagały też dialogi, o których w tym biznesie mówimy "pisane łokciami". Miałem wrażenie, że połowa konwersacji z jej udziałem brzmiała mniej więcej tak:

- Odbiorę ci moc!
- Nie, nie odbieraj mi mocy!
- Ale muszę odebrać ci moc!
- Nie rób tego! Nie możesz odebrać jej mocy!

Szkoda młodej aktorki; dobrze dawała sobie radę na ekranie, ale dano jej materiał na poziomie dialogów, które mogliby wymieniać stareńcy He-Man ze Szkieletorem. 

Reżyserski styl Sama Raimiego to kwestia gustu; jak dla mnie - odrobinę niewypał, koniec końców zbyt asekurancki. Sam wykorzystywał cały arsenał charakterystycznych dla horroru klisz - drżące na wietrze płomienie świec jak z wiktoriańskiej powieści, "straszne" fortepianowe akordy, koślawego zombie prosto z czarno-białej klasyki, wiedźmę wychodzącą z lustra a'la The Ring, rozmaite jump scares, trochę body horroru, trochę splattera... i ciągle nie czułem, czy w całej tej mieszance film ma być braną na poważnie historią grozy, czy głupkowatym, halloweenowym tunelem strachów. To jakby ktoś robił zupę z absolutnie wszystkiego, co znalazł w lodówce; ani to rosół, ani barszcz, ani zupa mleczna. Lubię przemyślane mieszanie kontrastujących konwencji, ale w tym właśnie problem - nie czułem u Raimiego zamysłu. Bawił się pewnie przednio realizując motyw po motywie - to naprawdę kompilacja best of narzędzi filmowego horroru - ale nie działało to, według mnie, na korzyść historii. Too silly to get emotionally invested; too serious to enjoy the silliness.

Zamknijmy więc tę feedbackową kanapkę czymś pozytywnym! Podobnie jak w przypadku Wonder Woman 1984, będzie to finałowe cameo - Charlize Theron jako Clea.

Yay!

Charlize is a kickass lady, na kolejną część Doktora Stange'a wybrałbym się dla niej samej! Komiksowa Clea to klasyczna romantyczna partnerka Stephena; pochodzi z Dark Dimension (był przez chwilę widoczny przez portal!) i jest siostrzenicą złowrogiego Dormammu, głównego łotra pierwszej części filmowego Doktora. Jasne, cameo Profesora X i grający motyw muzyczny z animowanych X-Menów to pewnie większy crowd pleaser, ale Clea sugeruje głębsze zanurkowanie we historię, charakter i własną mitologię Doktora Strange'a - a więc właśnie to, czego zabrakło mi w multiwersum obłędu.

Filmowy Marvel wydaje się mieć problem z tak zwanym sophomore slump. Drugi Thor, drugi Iron Man, drugi Ant-Man, drudzy Guardians of the Galaxy - wszystko to było forgettable; jedynym wyraźnym wyjątkiem była dla mnie druga część Kapitana Ameryki. Po sequelu Doktora Strange'a jestem więc disappointed, but not surprised; nie straciłbym wiele oglądając go - jak Eternals - pół roku po premierze, z drinkiem na własnej kanapie. Agresywnie zły? Nie, ale koniec końców there's little magic in it.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz