Z wiadomych przyczyn w wielu miejscach słychać teraz muzykę z Ukrainy. Do tej pory zbyt wielu artystów i artystek stamtąd nie znałem - ale właśnie nadrabiam! Szczególnie w ucho wpadła mi Katya Chilly - z fajnym połączeniem elektroniki i tradycyjnych rytmów. Jej debiutancki album, Rusalki in da House, został wydany w 1998... i to dla mnie super muzyczna kapsuła czasu.
I powiedzcie szczerze - trudno o lepszy tytuł albumu. Rusalki in da House!
Rozpoczynamy odliczanie! Koniec legionowej Silver Age zbliża się wielkimi krokami - włączając dzisiejszą, omówimy już tylko trzy historie, które klasyfikowane są jako należące do tej ery. Rozdział pomiędzy komiksowymi Silver oraz Bronze Age jest rzecz jasna umowny; jak każdy proces kulturowo-historyczny, zmiana ta była stopniowa i płynna. Nie było momentu, w którym do biura DC wszedł redaktor naczelny i zawołał ej, od dzisiaj mamy Bronze Age, macie tu nowe wytyczne co do stylu, założeń i problematyki! Do różnych tytułównowa wrażliwość wślizgiwała się w różnym tempie; w przypadku Legionu takim umownym punktem orientacyjnym jest wejście na łamy magazynu Superboy. Ale nie uprzedzajmy faktów!
Dziś jesteśmy jeszcze w Silver Age, gdzie - i powiem to z przyjemnością - E. Nelson Bridwell serwuje nam jedną z moich ulubionych fabuł swojego autorstwa. Tak, sporo było we wcześniejszych wpisach krytykowania tego pana (by przypomnieć tylko jego fatalną historię z Devil's Dozen), ale czy Legion nie jest all about second chances? Przekonajmy się więc, że nawet twórca straszliwego Prince Evillo jest w stanie nakreślić a cute and fun little story... a nawet nadać jej odrobinę progresywnego posmaku!
Historia: Zap Goes the Legion!, autor: E. Nelson Bridwell, data: marzec 1970!
Wśród koszmarów Saturn Girl: pająk-szkielet oraz brodata goryloośmiornica! Scary stuff, kids.
Kim jest rudowłosa panna, która najwyraźniej soluje Legion przy pomocy swego wrestlingowego pasa? Przekonamy się już niebawem! Ale po kolei: co tam dziś słychać w trzydziestym wieku?
I nad więzienną planetoidą Takron-Galtos słonko czasem wesoło wstaje!
Kiedyś wspominaliśmy o medycynie w trzydziestym wieku - dziś przyglądamy się więziennictwu! Otóż na koniec odsiadki skazańców poddaje się newage'owo brzmiącej prism therapy, która ma usunąć z ich mózgów pokusę czynienia złego. Brzmi to lekko creepy; taka kryształowo-hipnotyczna lobotomia. Pierwszy na fotel trafia postawny brodacz noszący cudowne nazwisko Hawkor Phuy:
Ta broda, te czerwone buciki! Myślę, że Hawkor Phuy to istocie rozbójnik Rumcajs.
Rumcajs goes straight pod wpływem kryształów; odkłada pistolet na żołędzie i rusza na rodzimą planetę, by pogodzić się z księciem panem. Czas najwyższy! Kolejna w kolejce do kryształoterapii jest rudowłosa Uli:
Gdy poczujecie pokusę czynienia złego - pamiętajcie, to przemawia ta evil part of your brain! Możecie poeksperymentować i spróbować ją sobie wydłubać.
Uli faktycznie pojawiła się wcześniej na łamach Legionu, ale nie omawialiśmy tej historii, była to bowiem mało odkrywcza fabuła-zapchajdziura. Szybciutko ją dla was streszczę: otóż pewnego dnia legionowy superkomputer oświadczył BZZZ BZZZ W TYM POKOJU JEST ZDRAJCA! Legion zapytał, o kogo dokładnie chodzi, na co komputer odpowiedział BZZZ TOŻSAMOŚĆ ZDRAJCY TO BZZZZ BZZZZ TRZASK TRZASK ZEPSUŁEM SIĘ. Myślicie, ze koloryzuję, ale tak to właśnie właśnie wyglądało! Finałowo okazało się, ze tak zwanym amongusem (pol. "wśródnasem") była właśnie Uli, która wykorzystała swoje bliżej niesprecyzowane moce panowania nad światłem do podszycia się pod Shadow Lass.
Ale - tu dramatyczna muzyka - kryształoterapia nie zadziałała na Uli; jej moc kontroli światła uodporniła ją na hipnolobotomię! The fools!, myśli - i swobodnie opuszcza więzienie.
Co tymczasem porabia Legion? Otóż nasza nastoletnia grupa udała się do time-cinema, gdzie w trójwymiarze podziwiają słynny mecz bokserski z 1910:
Hej, to chyba pierwszy moment, gdy na łamach Legionu pojawił się ktoś niezaprzeczalnie czarny!
Owszem - w jeden ze starszych historii w tle pojawiała się grupka być może czarnych tubylców, ale kolorowanie ich skóry było niejednoznaczne... no i poza tym było to niezbyt pochlebne sportretowanie w stylu "przepaski na biodrach i wielkie afro". Shadow Lass, jak pamiętacie z innego z naszych spotkań, miała być pierwszą czarną bohaterką w Legionie... ale sprawa jakoś się rozjechała. Oddam zatem honor E. Nelsonowi Bridwellowi - to w jego fabule, w 1970, na łamach Legionu pojawił się ktoś bezdyskusyjnie czarny!
I to sam Jack Johnson!
Wybór meczu bokserskiego również jest znaczący - czas na segment edukacyjny! Walka czarnego Jacka Johnsona z białym Jamesem J. Jeffriesem z 1910 to słynne wydarzenie nie tylko sportowe, ale i szerzej kulturowe. Promowany jako "walka stulecia", pojedynek ten był naładowany problematyką rasową; czarny mistrz wagi ciężkiej miał bronić tytułu przed przeciwnikiem, którego pisarze i prasa (od Jacka Londona po ówczesne wydania The New York Times) nazywali "wielką nadzieją białych". Sam Jeffries podgrzewał jeszcze rasistowskie emocje mówiąc przed walką: "I am going into this fight for the sole purpose of proving that a white man is better than a Negro"; mocne słowa, ale uppercut Johnsona w czwartej rundzie był mocniejszy - i taki był koniec "wielkiej nadziei białych".
Znaczące jest, że Bridwell wybrał tu do pokazania w time-cinema moment chwały czarnego sportu i czarnej społeczności. Dlaczego w 1970 wybrał akurat mecz bokserski wcześniejszy o 60 lat? Gdybym miał zgadywać, byłoby to pewnie wydarzenie wystarczająco "historyczne", na tyle przetrawione i odległe w czasie, by nikt nie mógł zgłosić do tego realnych obiekcji. Kto wie!
Zauważmy też: w trzydziestym wieku, bardziej pokojowym i rozwiniętym, boks jako sport wypadł już z łask. Kiedy Legion wychodzi z kina (i zamierza udać się do apetycznie brzmiącego Arcturus Grill) zaczepia ich bojowo nastawiona Uli:
"Where'd you get that line", odpowiada jej rozbawiony Cosmic Boy, "from an old-time comic mag?"
Ta autoironia to jasny sygnał: Uli, nikt już tak nie mówi, urwałaś się z początku Silver Age? Teraz jesteśmy bardziej nowocześni! Przestępczyni jest wkurzona brakiem poważnego traktowania i zmusza Legion do akcji doprowadzając do awarii pobliskiego ruchomego chodnika. W konfrontacji okazuje się, że za sprawą swojego pasa jest w stanie odwracać supermoce przeciw osobom korzystającym z nich:
Saturn Girl zostaje unieszkodliwiona wizjami pająków-kościotrupów i goryloośmiornic, jak na panelu tytułowym!
Z Legionem była w kinie również Night Girl - członkini Substitute Heroes! To fajny detal pokazujący, że oba zespoły żyją ze sobą na bardzo koleżeńskiej stopie. Ale nawet ona nie jest w stanie stawić czoła rudowłosej przeciwniczce:
Dlaczego właściwie Uli pragnie pojedynkować się z Legionem? Well, for funsies, apparently; nie wspomina ona o żadnej głębszej motywacji.
Uli robi sobie przerwę, ale w parę chwil zdążyła nieźle namieszać: Lightning Lad potrzebuje zamknięcia w specjalnym bateriowym łożu, Cosmic Boy ma połamane kości, Night Girl musi odzyskiwać siły w całkowicie zaciemnionym pomieszczeniu...
...a Saturn Girl może pomóc wyłącznie maszyna do robienia trwałej!
Gdy następnego dnia Uli ponawia wyzwanie, Legion jest już nieco lepiej przygotowany:
"In six Earth-hours!"
Asteroida Talus to po prostu kosmiczny szrot - składowane są tam wraki rakiet. I właśnie te wraki są integralną częścią planu Brainiaca 5:
Złom zostaje "zrobotyzowany", ożywa i zaczyna atakować Uli!
Brainiac 5 lekko się jednak przeliczył; Uli jest w stanie namierzyć skonstruowane przez niego cybern-centers (tak, z tym "N" przy cyber-!), zniszczyć je pociskami wystrzelonymi z pasa i zmienić wraki z powrotem w zwykły złom. Zadowolona z kolejnego sukcesu Uli uznaje, że po raz kolejny zwyciężyła z Legionem i odlatuje w nieznane. Albo i znane!
Trzydziesty wiek to nie tylko jasne i strzeliste miasta przyszłości - nawet na Ziemi można znaleźć nuklearne pustkowia!
Interesujące, że Bridwell - dbający zawsze pieczołowicie o continuity - wybrał właśnie ruiny Midway City. Miasto to było znane jako baza operacji Doom Patrol, ale nie zostało ono zniszczone w fabułach z tą grupą; widać nasz autor kładł tu podwaliny pod jego przyszłe losy!
A że komiksy to komiksy, ktoś inny podjął ten wątek... trzydzieści osiem lat później, kiedy podczas tak zwanego Final Crisis Midway City w końcu się oberwało:
Przypadek czy celowe nawiązanie? Wspomnienie o promieniowaniu sugeruje to drugie!
Midway City pojawiło się też na kinowym ekranie - było to zdemolowane miasto, do którego wysłano Sucide Squad w pierwszym filmie pod tym tytułem! Naprawdę zastanawia mnie, czy w biurach DC leżą stosy grubych teczek z danymi na temat continuity; i czy kiedy potrzeba jakiegoś zrujnowanego miasta, jakiś przypominający człowieka-kreta archiwista wynurza się z dokumentami w ręce i mówi "no, hm, ja bym zasugerował Midway City, ten jeden komiks z 1970 mówi, że to radioaktywna ruina".
Uli jednak wcale nie jest taka nieuchwytna - gdy ona wojowała na szrot-planecie, w jej pojedźcie kosmicznym ukryła się bowiem Phantom Girl!
Ghostly Girl, fajny aliteracyjny nickname - ale jednak się nie przyjął
Phantom Girl może być znokautowana, ale do ruin Midway City przybywają Brainiac 5 oraz Ultra Boy. Pierwszy udziela legionistce pomocy, zaś ten drugi - romantyczny partner Phantom Girl, mocno więc teraz wkurzony - rusza przeszukiwać ruiny w poszukiwaniu napastniczki:
"I sure am!"
Ultra Boy, by przypomnieć, posiada cały pakiet mocy na kryptoniańskim poziomie - niewrażliwość, latanie, ultra-siłę - ale może korzystać tylko z jednej naraz. Uli przy pomocy swego pasa jest w stanie skontrować chyba każdą supermoc... na którą więc zdecyduje się nasz bohater?
Bardzo podoba mi się ta seria paneli! Ultra Boy zbliża się, z coraz bardziej wkurzoną miną...
WHAP!
To rozwiązanie wyjątkowo proste i eleganckie! Jak pokonać osobę, która odwraca supermoce przeciw korzystającym z nich? Ano zwykłym, przyziemnym, staromodnym uppercutem, wyjętym prosto z meczu bokserskiego z 1910! Gdyby komuś to umknęło - Bridwell tłumaczy analogię w finałowych panelach:
Oj, Bridwell, Bridwell, we all get it!
Znów trochę się tu nabijam z E. Nelsona Bridwella, ale naprawdę lubię tę krótką historię! OK, motywacja Uli jest właściwie nieistniejąca, a swój super-pas wyciągnęła nie wiadomo skąd - ale finałowy twist w pełni mi to wynagradza! Ta sekwencja czterech paneli ze zbliżającym się Ultra Boyem to chyba dla mnie najbardziej pamiętny moment w legionowej karierze tego autora.
Jaką
więc niedzielną naukę wyciągniemy z tej historii? Skoro już tyle dziś było o boksie, to tylko jeden sławny sportowiec może ją dla nas podsumować:
Thank you, Mike!
Możemy tu oczywiście intelektualizować i gadać coś o węzłach gordyjskich i tak dalej... ale przecież przesłaniem tej legendy było, by nie intelektualizować za bardzo! Czasem najprostsze rozwiązania mamy tuż przed nosem. Gdy więc w nadchodzącym tygodniu staniecie przed rozmaitymi dylematami oraz wyzwaniami, spójrzcie na dyskutanta i zadajcie sobie dobroduszne, spokojne pytanie: a może właśnie luj ogłuszacz? Tylko nie przesadzajcie, byśmy jednak spotkali się na tych łamach... w przyszłości!
Hej, to Variety Show! Mam nadzieję, że poprawię wam trochę humor przed nadchodzącym weekendem; kawa i głupoty miewają moc magiczną!
Po pierwsze: nie ma ucieczki przed komiksowymi trailerami! Głównym daniem jest - po spotach emitowanych w trakcie Super Bowl - nowy klip reklamujący kolejnego Doktora Strange'a:
Podobnie jak w pierwszej części - podobają mi się wizualne fajerwerki! Komiksowy Doktor Strange już w latach '60 miał reputację tego - nomen omen - dziwnego komiksu, przy lekturze którego uniwersyteccy hipisi fajczą zielsko lub wręcz idą w stronę potężniejszych rozszerzaczy świadomości. Jak pisał o tym okresie Roy Thomas, jeden ze scenarzystów: "People who read Doctor Strange thought people at Marvel must be heads [drug users], because they had had similar experiences high on mushrooms." Osobliwe istoty (często zaczerpnięte z rzeczywistych mitologii), surrealistyczne pejzaże innych światów, fabuły odwołujące się do konceptów Junga czy wschodniego mistycyzmu... a wszystko to jeszcze przed głównym amerykańskim boomem na Daleki Wschód. Doktor Strange, jak przystało na czarnoksiężnika, sprawnie przewidywał przyszłość - lub, jak twierdzą historycy medium, sam pomagał kształtować kiełkującą kontrkulturę!
Jeden z "tych słynnych" paneli z tego okresu
"I AM ETERNITY!" Swoją drogą - wiecie, że Doktor Strange początkowo miał nazywać się Mister Strange? Stan Lee postawił jednak temu weto twierdząc, że "Mr. Strange" to prawie to samo co "Mr. Fantastic", członek Fantastycznej Czwórki
O samym trailerze można pewnie długo mówić - fajnie że wraca Scarlet Witch; fajnie że pojawia się America Chavez, jedna z młodych marvelowskich bohaterek - ale najzabawniejszym detalem jest dla mnie pojawienie się na ekranie mackowatej kreatury znanej jako Shuma-Gorath:
Shuma-Gorath pojawia się w komiksach po raz pierwszy - wrzesień 1973!
Jeśli imię tej bestii oraz jej ogólna mackowatość przywodzi wam na myśl Lovecrafta - bardzo słusznie! Shuma-Gorath pochodzi bowiem z tekstów Roberta E. Howarda, a konkretniej - z opowiadań o Kullu Zdobywcy (mniej popularnym niż Conan tego samego twórcy), w których pojawiało się takowe mroczne bóstwo. Skąd więc trop lovecraftowski? Ano stąd, że Rober E. Howard, H. P. Lovecraft czy Clark Ashton Smith tworzyli literacko-towarzyskie kółko znajomych wymieniających się listami, pomysłami i tekstami! Dlatego właśnie Howard umieścił w swoich barbarzyńskich historiach lovecraftowskie monstrum, a Lovecraft robił sobie żarty z Clarka Ashtona Smitha tworząc postać starożytnego kapłana Klarkash-Tona ("Klarkash-Ton" stało się w ogóle epistolarną ksywą Smitha)! Listy te w ogóle ładnie odzierają Lovecrafta z tej publicznej, mitologicznej maski mrocznego "samotnika z Providence" - z prywatnej korespondencji wyłania się obraz człowieka zaskakująco ciepłego i dowcipnego (tak!), skupionego na pielęgnowaniu kontaktów ze znajomymi, uwielbiającego swoją rodzimą okolicę oraz, jak sam pisał, nieżywiącego niechęci do żadnej żywej istoty.
Anglisto, całkiem z sympatią piszesz tu o Lovecrafcie, ale czy nie był on rasistą aż huczało?, zapytacie; ano niezaprzeczalnie był, i wiele jego poglądów budzi dziś mocne oof, ale i tutaj czarna legenda jest raczej przesadzona. Łatwo odnaleźć w jego twóczości rozegranie problematyki rasowej jako horroru - Cień nad Innsmouth, w którym protagonista odkrywa "nieczystość" swojej krwi jest tekstem bardzo emblematycznym - ale prywatnie nie był wcale jakimś groteskowym klansmanem. W jednym z esejów (celowo zresztą zaczepnym i niepoważnym) wymienia na przykład różne istoty, z którymi nie ma żadnej zwady: monkeys, human beings, negroes, cows, sheep, or pterodactyls. Z dzisiejszej perspektywy - super racist, z ówczesnej... no również super racist, nie oszukujmy się, ale zwróćmy uwagę na dwa detale. Po pierwsze: sam kontekst, w którym mówi właśnie o szanowaniu wszystkich tych stworzeń; po drugie: ten extra step związany z dodaniem "małp" na samym początku, żeby było jasne, że nie tworzy tu wartościującej gradacji. Nie chcę tu absolutnie usprawiedliwiać poglądów Lovecrafta - far from it - ale Lovecraft był jedną z moich uniwersyteckich specjalności. Powiem więc może tak: kiedy współcześnie czytam komentarze rasistów o tym, "jak to bardzo Lovecraft nienawidził czarnych" i że przewracałby się pewnie w grobie za sprawą czarnych aktorów w jego adaptacjach... to nieustannie przewracam tylko oczami z myślą ech, chłopie, nawet ten problematyczny Lovecraft sto lat temu był od ciebie ździebko mądrzejszyi bardziej zniuansowany.
Uff, ciężki temat! Wracając więc do Shuma-Gorath i komiksów - w filmie nie usłyszymy imienia tej bestii; zastąpione one zostanie innym, "Gargantos". Dlaczego? Ano właśnie z racji na zaczerpnięcie go z tekstów Roberta E. Howarda i związany z tym bagaż prawny. W kinie jednak pamiętajcie... Shuma-Gorath!
Na trailerowy deser - DC przygotowało jednominutową wspólną zapowiedź nadchodzących filmów: Batmana, Black Adama, Flasha i Aquamana:
I... naprawdę podoba mi się ten format! Wspólne przesłanie, budująca muzyka, klip w trochę innej formie niż streszczenie 70% fabuły; z tego montażu najbardziej podekscytowany jestem ekranową obecnością Justice Society! Doctor Fate, Hawkman, Cyclone, Atom Smasher - to całkiem silna reprezentacja i pozwala chyba mieć nadzieję, że Black Adam będzie czymś więcej, niż tylko solowym występem Dwayne'a Johnsona.
No i, co tu kryć, the world does need heroes. Are you in? - bardzo podobają mi się te finałowe słowa Flasha. Rozmontowuje bowiem pewne opaczne rozumienie gatunku superbohaterskiego - jego przesłaniem nie jest bierne czekanie na nadczłowieka, który rozwiąże nasze problemy; jego przesłaniem jest zachęcenie nas do odnalezienia w sobie tego pierwiastka siły i światła - dla siebie oraz dla innych wokół. Wiem, wiem, napuszone słowa, ale do cynizmu wróćmy może kiedy indziej; pozwólmy dziś sobie na trochę optymizmu i nadziei! The world needs heroes.
I know you're in.
A jeśli superbohaterowie wydają się wam dziś niepoważni: pamiętajcie, że nie bez powodu powstali w latach '30 i '40 ubiegłego wieku. Twórcy Supermana to synowie żydowskich imigrantów; Ida, matka Josepha Shustera, była Ukrainką z Kijowa. Joe Simon i Jack Kirby, twórcy Kapitana Ameryki, również mieli żydowsko-imigranckie korzenie; a jak wyglądała pierwsza ich wspólnie stworzona okładka, przypominać chyba nie trzeba:
Jack Kirby nie był mocny tylko w słowach i rysunkach - dwa lata później osobiście lądował na plaży Omaha!
Próbuję więc chyba powiedzieć, że i za tymi postaciami kryje się historyczno-kulturowe tło, z którego nawet dziś możemy zaczerpnąć trochę inspiracji. A na pewno poczuć pewną łączność z ich twórcami oraz emocjami sprzed osiemdziesięciu lat, które doprowadziły do powstania tych figur. All art comes from somewhere.
A żeby nie kończyć w tonie takiego wysokiego C: dlaczego w zeszłym
tygodniu blog głucho milczał? Ponieważ wybraliśmy się z żoną na pierwszy
od dawna urlopowy wypad! Oto więc urlopowa galeria (starannie wyselekcjonowanych) zdjęć:
A tak naprawdę to Lubań, o którym to szczycie można na wikipedii przeczytać doskonałą legendę: "Według ludowych podań Lubań to miejsce przeklęte i magiczne zarazem.
Miejscowi czarownicy toczyli tam między sobą spory. Po wypowiedzeniu
przez jednego z baców-czarowników straszliwego przekleństwa całe stado
owiec wraz z juhasami zapadło się pod ziemię. Podobno w dniu św. Jakuba (25 lipca) z tego miejsca wydobywają się spod ziemi okrzyki juhasów i dzwonki owiec."
Dni nadal krótkie - ale udało nam się wyrobić przed zmrokiem! Widoki były tego warte.
Zabraliśmy ze sobą planszówkę, ale nie zagraliśmy ani razu - bo nasza kwatera miała na stanie Scrabble! Nie scrabblowaliśmy od lat, więc z przyjemnością usiedliśmy do tego planszowego klasyka!
Wordle wordlami - ale co plansza, to plansza! Nasza pierwsze rozgrywka była jeszcze nieporadna, dopiero potem przypomnieliśmy sobie o taktyce, blokowaniu i tak dalej.
W jednej z okolicznych restauracji wpadliśmy na tajemniczą pozycję w karcie dań:
Nie wystarczyło mi odwagi, by zamówić tajemnicze "coś". Może następnym razem! Zupę rybną mieli za to przednią.
A wieczorem - zaszaleliśmy i wynajęliśmy gorącą balię na dworze! Podziwianie śniegu i gór podczas pławienia się w parującej wodzie sprawiło...
Nie był to wyjazd długi, ale wyczekiwany; od czasu do czasu trzeba wyrwać się z domu! Biorę się więc za robienie zupy rybnej - zobaczę, czy dorównam tej restauracyjnej - a wam powiem tylko na początek weekendu: it all gets better eventually.
W jednym z ostatnich wpisów - za sprawą obecności zielonego kartofla Doopa - wspomniałem o X-Statix, rewelacyjnym tytule z 2001. Ech, X-Statix, ależ to było, pomyślałem wtedy; ciekawe, jak trzyma się po latach. Sięgnąłem więc na półkę... i przypomniałem sobie szybko, dlaczego tytuł ten jest jednym z moich ulubionych komiksów Marvela wszech czasów.
Historia X-Statix, żeby nie było zbyt prosto, rozpoczyna się na łamach innego tytułu - a konkretnie #116 numeru X-Force, jednej z wielu pod-grup marvelowskich mutantów. Ówczesny redaktor Marvela, Joe Quesada, zapragnął (po trudnych latach '90) odświeżyć markę z iksem; jednym z frontów tej małej rewolucji było oddanie X-Force nietypowej parze twórców: brytyjskiemu scenarzyście Peterowi Milliganowi oraz amerykańskiemu rysownikowi Mike'owi Allredowi.
Panowie wjechali w X-Force jak pług śnieżny. Drużyna mutantów (i zarazem medialnych supergwiazd) otrzymała lukratywne zadanie uwolnienia porwanego boysbandu; piękna, szybka misja, takiej właśnie wasz wizerunek potrzebuje, mówi im ich menedżer. Porywacze to bardzo klarowni przestępcy, zero powiązań politycznych, zero sympatii publiczności; the kind of bad guys we very rarely get nowadays. PR-owe marzenie! X-Force wchodzi więc do akcji...
...po czym niemal cały zespół zostaje krwawo rozsmarowany ogniem z helikoptera.
W tym numerze Marvel po raz pierwszy od lat zrezygnował z aprobaty Comics Code Authority, co dodatkowo podkreślało oryginalność nowego kierunku
Ale bohaterowie są tymczasowi, a marki - wieczne. X-Force musi trwać - co inaczej stałoby się z ich kontraktami reklamowymi czy siecią sklepów? Menadżer drużyny dobiera więc nowy skład: do dwójki ocalałych ze starej ekipy (teleporterki U-Go Girl oraz czarnego mutanta o pseudonimie Anarchist) dołączają Mr. Sensitive, obdarzony czułkami mistrz sztuk walki; kontrolujący swoją tkankę tłuszczową Phat (biały chłopak zafascynowany gettowym stylem) oraz zmieniający się w futrzastą bestię Vivisector (w cywilu intelektualista z wyższych sfer). I od razu się zaczyna.
Może to z powodzeniem być motto zespołu!
U-Go Girl, weteranka poprzedniego zespołu, ma za złe menedżerowi, że funkcję przywódcy ma pełnić świeżo zrekrutowany Mr. Sensitive. Anarchist, komfortowo grający rolę zespołowego angry black man, patrzy się na białego ghetto-wannabe Phata jak na jakiś dziwny okaz. Sam Phat decyduje, że nie ma wystarczająco dużo media appeal, więc dogaduje się z Vivisectorem, by przed kamerami odgrywać parę gejów. Ale czy aby wyłącznie odgrywać? A sam Mr. Sensitive jest wrażliwy do stopnia absurdu - nawet powiew wiatru sprawia mu ból - co wieczór siada więc w swoim luksusowym apartamencie, wyjmuje rewolwer, ładuje do niego jedną kulę... i sam ze sobą gra w rosyjską ruletkę.
Krótko mówiąc, these guys have issues.
Ta inkarnacja X-Force, niedługo potem przemianowana na X-Statix, to postmodernistyczna dyskusja z kulturą medialną dwudziestego pierwszego wieku. Superbohaterowie to celebryci, a celebryci to superbohaterowie. Marketing i opinia publiczna są wszystkim; czy zespołowe romanse i konflikty są autentyczne, czy stanowią tylko szopkę dla gawiedzi? Czy można w ogóle odróżnić jedno od drugiego? X-Statix, nieustannie filmowany przez kamerzystę-mutanta Doopa, zmienia swoje funkcjonowanie w reality show; lawiruje pomiędzy uwielbieniem a nienawiścią tłumów, rozgrywając obie te emocje. Nie mogą być przecież zbyt uniwersalnie kochani, bo zmienią się wtedy w jakiegoś nudnego goody two-shoes Kapitana Amerykę i stracą swój subversive edge! Wszystko musi być przekalkulowane; they need your love, but they also need your hate, your jealousy, your judgement. It keeps them interesting.
Dla Tike'a bycie "tym czarnym" członkiem zespołu jest "superpower" równie istotną, jak jego kwasowe pociski; jak zareaguje, gdy do drużyny dołączy młodszy i "czarniejszy" konkurent?
Wszyscy nieustannie występują, odgrywają role, debatują nad nowymi kontraktami marketingowymi. Dla niektórych wstąpienie do X-Statix to faustowski pakt; wiedzą, że luksusy oraz towarzystwo pięknych i możnych okupią zapewne brutalnym zgonem podczas jednej z misji. Ale nie jest to fabuła w stu procentach cyniczna; pod maskami celebrytów kryją się prawdziwe emocje i ambicje, które przebijają się czasem na światło dzienne. Bo przecież, zdaje się mówić Milligan, pomimo medialnego cyrku, pod całą skorupą cynizmu, ludzie generalnie nadal są dobrzy; nadal chcą być bohaterami. To, że z tysiąca powodów często nie dajemy rady, zasługuje bardziej na współczucie niż wyśmianie.
W gatunku superbohaterskim metafora maski jest kluczowa; X-Statix do standardowej podwójnej tożsamości - prywatnej i superbohaterskiej - dokłada trzecią, celebrycko-medialną. To fantastyczna, wybuchowa mieszanka!
Even those screw-ups want to love and be loved. Czasem podejmą moralnie słuszną decyzję, ale - jak wiadomo - żaden dobry uczynek nie uchodzi bezkarnie; zadba o to żądna wrażeń publiczność oraz rozczarowani sponsorzy. Czasem zaś, jak w amerykańskim wrestlingu, nawet protagonistom wypada z pełną świadomością zawalić jakąś konfrontację i dostać w zęby; gdzie byłoby napięcie, gdzie dramaturgia, gdyby za każdym razem odnosili sukcesy?
Uczucia uczuciami, ale biznes jest biznes!
Wszystko to osadzone jest twardo z początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy telewizja stanowiła jeszcze medium popularniejsze niż internet, a amerykańska interwencja na Bliskim Wschodzie była w pełnej mocy. Milligan nie ucieka od tematów politycznych; osią jednej z fabuł jest dociekanie, kto pracował (lub nie) z Saddamem Husseinem i dostarczał mu (lub nie) broni chemicznej (lub nie). Latający na misje na całym świecie zespół X-Statix musi zadać sobie pytania o naturę imperialnego interwencjonizmu; czy różnią się tak naprawdę od (w najlepszym wypadku) sił stabilizacyjnych lub (w gorszym) jakiegoś zespołu CIA od mokrej roboty? I jak rozegrać to marketingowo?
Vivisector próbuje wytłumaczyć Hawkeye'owi trudne realia światowej polityki; ten drugi grany jest jako naiwny i nienajbystrzejszy, ale przynajmniej piękny i przystojny.
Dead Girl, inna członkini zespołu (and a literal unkillable zombie), rozgrywa kolejny gorący wówczas medialny temat - standardy urody i medialne wzorce:
"I never wanted to be a role model, just a... sex symbol!"
Tak jest, sporo problematyki X-Statix jest - jak to się ładnie mówi - ripped from the headlines, wyrwana z ówczesnych pierwszych stron gazet. Scenariusz to jednak nie wszystko; X-Statix nie byłby z pewnością tak rozpoznawalny bez rysunków Mike'a Allreda. Allred to jeden z moich absolutnie ulubionych artystów; na ścianie gabinetu mam nawet jego grafikę z autografem! Korzysta on z uderzającej pop-artowej estetyki inspirowanej latami '60, zaś jego styl to amerykańska wersja (znanej z klasycznego komiksu frankofońskiego) techniki ligne claire, "czystej linii". Wyraźne kontury i minimalistyczne cieniowanie przywodzą na myśl commercial cartooning z lat '50, ale Allred potrafi wzbogacić je o interesujące perspektywy i kadrowanie:
Są powody, dla których wolę stylizowane prace Allreda od imitacyjnego fotorealizmu!
Nawet drobne detale tła budują surrealistyczny nastrój: spójrzcie na przykład, jak wyglądają meble na panelu poniżej. Allred konstruuje tu estetykę w bardzo przemyślany sposób - od op-artowej wręcz tekstury połogi, przez kiczowate retro-wzory na fotelu, aż po telewizor jakby żywcem wyciągnięty z ery złotych marzeń o podboju kosmosu.
Niewielkie figury postaci i odległy kadr pozwalają nie tylko naświetlić surrealistyczne dekoracje, ale również oddać niezręczną atmosferę oraz emocjonalny dystans pomiędzy dwójką bohaterów
Allred, jakby trochę w inspiracji Jackiem Kirbym, odwołuje się też czasem do techniki kolażu. Nie są to kompozycje równie bombastyczne co u Kirby'ego, ale warto zwrócić uwagę na ich obecność, rzadką w końcu w mainstreamowym komiksie! Czasem, jak poniżej, będzie to wykorzystanie konkretnej tekstury; czasem wklejenie autentycznych komiksowych plakatów lub okładek; czasem stworzenie tła przez wykorzystanie kolażu tłumu.
To zestawienie konturowanej, symbolicznej kreski oraz elementów hiperrealizmu jest dla mnie fascynujące!
Ciekawe jest też, że Mike Allread pracuje zazwyczaj z żoną, Laurą, która nakłada kolory w jego pracach! Czuć, że są wyjątkowo zgranym duetem.
A z ciekawostek: X-Statix nie tylko opowiadał o fikcyjnych kontrowersjach i medialnych burzach - miał też na koncie własne! Mówię tu oczywiście o planach dołączenia do zespołu samej zmarłej księżnej Diany:
Oryginalna, niewykorzystana okładka! Fabuła ze zmartwychwstałą Dianą miała nosić tytuł "Di Another Day"
Może się to wydawać szokujące, ale zarazem stanowi przeniesienie filozofii fikcyjnego X-Statix na grunt realnego świata. Czy mogę skorzystać z wizerunku zmarłej księżnej Diany jako superbohaterki-zombie? A czemu nie, zdaje się mówić Peter Milligan; na pewnym poziomie sławy celebryci przestają być osobami, a stają się markami i ideami; it's all fair game. Tak jak fikcyjny X-Statix wyczyniał dla popularności najdziwaczniejsze publicity stunts, tak i Milligan - Brytyjczyk, pamiętajmy - wziął się za jedną z największych ówczesnych narodowych figur. Wietrząc kontrowersję (na co autor na pewno liczył), tabloid Daily Mail rozkręcił kampanię oburzenia na zapowiedziany "sick comic":
Później następują słowa oburzenia, projekt potępia anonimowe "źródło w pałacu Buckingham" i tak dalej!
W planach było nawet dołożenie do Diany innej ówczesnej angielskiej świętości, Davida Beckhama! Medialny szum sprawił jednak, że ostatecznie Marvel zmiękł i zalecił Milliganowi odpuszczenie sobie figur realnych celebrytów i celebrytek:
Lady Di została na szybko przepisana jako "Henrietta, international pop star", ale jej mimika, medialna praca na rzecz ofiar pól minowych i mnóstwo innych detali nie pozostawiają wątpliwości, z kim mamy do czynienia!
Słuchajcie - kiedy ostatnio komiks Marvela był podobnie obrazoburczy i metatekstualny? Nie chcę tu absolutnie wchodzić w pozycję starego dziada mówiącego ooo, kiedyś to było, ale od czasów Milligana nie widziałem w tym wydawnictwie podobnej hucpy. A co najlepsze - nie był to wyłącznie media stunt; autor wyraźnie miał tu coś do powiedzenia na temat kultury medialnej. Bo czy - posługując się wizualną metaforyką komiksu - nie naświetlił właśnie tego, co robiono wówczas z Dianą: zmieniania jej po śmierci w odrealnioną figurę, w tabloidową zombie?
Ale - oczywiście - był to też pierwszej wody media stunt. Fiction becoming reality becoming fiction becoming...
A na koniec, by odejść od zawiłych analiz: Doop! Zielony latający kartofel, kamerzysta zespołu oraz jedna z moich ulubionych X-postaci. To właśnie na łamach X-Statix zdobył on moje serce!
Język Doopa - rozumiany przez wszystkich w drużynie - to prosta transliteracja angielskiego na fikcyjny alfabet! Nie dajcie się też zwieść jego roześmianej mordzie - i on ma swoją niepokojącą stronę.
Rozszyfrowywanie okazjonalnych kwestii Doopa to miła przyprawa do metatekstualnej zabawy, którą jest X-Statix. I owszem, łatwo znaleźć (nawet na tym blogu!) klucz do szyfru, ale warto dać mózgowi popracować nad tymi zabawnymi little brain-teasers. Jak to z podobnymi szyframi: gdy już rozpracujecie, gdzie mamy słówka w rodzaju a/an, the, and, is, are, will, reszta pójdzie gładko - szczególnie z kontekstem. A gdy poczujecie się komfortowo z czytaniem Doopspeak...
...to dobrze, bo w kolejnych numerach zaczną się nią okazjonalnie posługiwać inne postacie!
Ale nie zniechęcajcie się - to tylko drobny bonus, nie żelazny wymóg do zrozumienia narracji! Doceniam jednak, jak autor komplikuje te zagadki wraz z biegiem serii - zaczynają się od prostego angielskiego, później zdarzają się emocjonalne kwestie ALL CAPSEM (czyli zmodyfikowanymi symbolami!), jeszcze kiedy indziej Doop mówi slangiem lub w językach innych niż angielski. It's really cute, i czuć zabawę z czytelnikiem!
To wszystko jednak poboczne ciekawostki. X-Statix to komiks, o którym mógłbym pisać i pisać; jedna z najbardziej tematycznie i artystycznie interesujących serii mainstreamowego (mimo wszystko) komiksu z początków dwudziestego pierwszego wieku. Scenariusz Petera Milligana dobrze balansuje cynizm z humanizmem, a artystyczna fascynacja Mike'a Allreda latami '60 trafia idealnie w mój gust! Dla osoby zainteresowanej komiksem superbohaterskim jest to, moim zdaniem, lektura absolutnie obowiązkowa.
Na koniec trochę zaszaleję, ale dajcie mi ten benefit of doubt: X-Statix jest w moich oczach serią równie istotną, co WatchmenAlana Moore'a. W połowie lat '80 Moore przesunął paradygmat superbohatera w stronę mrocznego, aspołecznego wyrzutka nękanego własnymi kompleksami i traumami; skodyfikowało to kierunek gatunku na ponad dekadę. X-Statix, w 2001, zaprezentował kolejny wzorzec: superbohatera jako celebryty, media animal, wdrukowanego w kulturowy krajobraz równie mocno jak artyści, sportowcy czy politycy. Tak, mówi tutaj Milligan, wszyscy rozumiemy tych udręczonych mścicieli na modłę Moore'a, ale bez przesady; ich głównym zadaniem jest dostarczać rozrywki, entertain! Świat się zmienił przez te piętnaście lat, zmieniła się kultura mediów oraz postrzeganie naszych własnych ról i ambicji w społeczeństwie. Postmodernizm Moore'a i postmodernizm Milligana dokonują wiwisekcji figury superbohatera na dwa kompletnie różne sposoby.
Kiedy w 2006 zaczął ukazywać się komiks The Boys (dziś do obejrzenia w formie serialowej, ponieważ wszystkie komiksy są ekranizowane), pomyślałem przy lekturze: well, that's just X-Statix... but lacking charm and with its teeth pulled out; niby bardziej "dojrzały" za sprawą seksu i brutalnej estetyki gore, ale w gruncie rzeczy paradoksalnie ugrzeczniony w porównaniu z ciętymi komentarzami Milligana. Garth Ennis używał młota tam, gdzie Milligan ciął skalpelem. Samo jednak istnienie podobnych serii jest, moim zdaniem, najlepszym dowodem na przełomowość X-Statix!
Dlaczego więc tytuł ten nie doczekał się sławy Watchmen czy The Dark Knight Returns? Gdybym miał spekulować: wspomniane komiksy wydawane są głównie jako prestiżowe graphic novels - zamknięte historie o powieściowej budowie - podczas gdy X-Statix był comiesięcznym magazynem, pisanym na bieżąco i zamkniętym (choć z gracją!) wtedy, gdy było to dla Marvela finansowo opłacalne. Łatwo posłać taki tytuł na krytyczny margines z założeniem oh, it's just another X-book, there's like eight of them every month now. Po drugie: jasny styl graficzny i humorystyczne dialogi nie sugerują na pierwszy rzut oka metatekstualnej, społecznej satyry; pokutuje tu przekonanie, że poważne rzeczy muszą być mroczne.
Nie muszą. Słuchajcie, wiem, że po takich peanach łatwo się rozczarować - ale X-Statix to tytuł, który twardo będę zawsze polecał każdej osobie, która interesuje się komiksem superbohaterskim. Współczesne wydania zbiorcze są na szczęście sensownie zorganizowane, ale w razie czego pamiętajcie - przed samą serią X-Statix mamy jeszcze zeszyty pod szyldem X-Force, od #116 do #129! A że jest to tytuł w dużej mierze niezależny od szerszego Marvela, mogę go też z przyjemnością ostemplować: