piątek, 29 kwietnia 2022

Recenzja planszówki: DC Deck Building: Heroes Unite

DC Deck Building to - już od lat - nasza najczęściej wyciągana na stół gra. Premiera pierwszej jej edycji miała miejsce w 2012, obchodzimy więc właśnie dziesięciolecie! To świetna okazja, by przejść przez dokładnie wszystkie wydania tej karcianki - szczególnie, że nigdzie w polskim internecie nie widziałem podobnego cyklu artykułów. Czy jest to niszowa tematyka? Bez wątpienia, ale za to wpasowana w moje hobby z laserową precyzją - jestem w końcu zarówno komiksiarzem, jak i entuzjastą planszówek! Czas więc rozpocząć nowy cykl wpisów; nie będzie regularny i nie chcę narzucać sobie ram czasowych, ale planuję omówić na tych łamach absolutnie wszystko z linii DC Deck Building.

Dziś skupimy się na pierwszym dużym dodatku: Heroes Unite.

Polskiego wydania - póki co - brak!

"Dodatek" to chyba niefortunne określenie, sugeruje bowiem konieczność posiadania gry podstawowej - a Heroes Unite to właśnie druga gra podstawowa w linii DC Deck Building; całe osobne środowisko, nowy base set. Zawartość wszystkich pudeł można, rzecz jasna, mieszać do woli - ale duże pudła nie wymagają posiadania czegokolwiek więcej. Czym więc właściwe Heroes Unite różni się od podstawki?

Pierwszy base set DC Deck Building stanowił wprowadzenie do linii: zawierał najbardziej znane postacie oraz najprostsze mechaniki. Wśród kart bohaterów znaleźli się tam Superman, Batman czy Wonder Woman; złoczyńcy do pokonania to Lex Luthor, Joker czy Darkseid - krótko mówiąc: zestaw, z którego zadowolona będzie nawet osoba bardzo pobieżnie znająca uniwersum DC. Heroes Unite kopie głębiej i serwuje nam galerię postaci drugoligowych: już nie Batman, a Nightwing; nie Wonder Women, a Black Canary. Od strony mechanicznej wnosi zaś dużo więcej interakcji ze stosem discardu, większy nacisk na komba pomiędzy kartami oraz pierwszy alternatywny warunek zwycięstwa! Przyjrzymy się temu wszystkiemu krok po kroku.

Na początek: odświeżona strona wizualna! 

U góry: startowe karty z zestawu bazowego; na dole - z Heroes Unite.

Każdy base set ma nowe grafiki na kartach startowych, i te z Heroes Unite są moim zdaniem całkiem niezłe! Zamiast gęb Batmana i Supermana robiących GRRR WRRR mamy ilustracje w nieco szerszym planie, fajnie do tego operujące bielą - co pasuje szczególnie do "pustej" kart vulnerability. Ale to czysta kosmetyka; jak prezentują się nowe postacie?

Superman i Batman pochodzą z podstawki - Hawkman i Black Canary to nowe postacie!

Hawkman oraz Black Canary to domknięcie cyklu z pierwszego setu - Superman i Batman premiowali superpowers i equipment, zaś nasza nowa dwójka robi dokładnie to samo z heroes oraz villains. Skąd ograniczenie Black Canary do different villains? Ano pewnie stąd, że zdolność ta wlicza również wysoko punktowane karty superłotrów, które cały czas leżą dostępne do kupienia; z tego samego powodu - stała dostępność kart kicków - Superman ma w swojej zdolności podobny zapis. Powyższe postacie to jednak dosyć prostolinijne uzupełnienie podstawki; jak wyglądają te całkiem nowe?

Może i komiksowa druga liga, ale mechanicznie sprawują się doskonale!

Według mnie - są ciekawsze niż te z pierwszego setu! 

Batgirl: możliwość zamieniania startowych punchy na nową kartę to umiejętność, która najbardziej błyszczy w środkowej fazie gry. Z początku lepszy często punch w garści niż potencjalne dociągnięcie vulnerability; pod koniec partii większość punchy będzie zaś zwykle już wyrzucona poza talię. W porównaniu z prostolinijnymi bonusami Hawkmana i Black Canary jest to dużo bardziej ryzykowna postać, która musi idealnie szybko zbudować presję - bo potem szanse zwycięstwa będą się systematycznie rozwadniać. 

Booster Gold: Booster rozpoczyna długą linię postaci premiujących obronę i karty defense. Może to moje subiektywne wrażenie, ale attacking is just more fun; Booster nigdy nie będzie stratny na kupowaniu kart defensywnych, ale to trochę żółw-zamulacz. W rozgrywce dwuosobowej postacie obronne mogą ufortyfikować się tak, że kupowanie ataków przestanie być dla przeciwnika atrakcyjne; Wpływa to na tempo rotacji kart w lineupie i właściwie wycina z gry jedną płaszczyznę. W multiplayerze to, rzecz jasna, zupełnie inna rozmowa; Booster może siedzieć wesoły jak menel w krzakach i obserwować, jak reszta stołu się bije. 

Nightwing: Nightwing zachęca (jak to bat-postać) do budowania talii z masy taniego ekwipunku. Taniego, bo pełne korzyści wyciągamy dopiero z zagrania dwóch - im szybciej przekroczymy więc masę krytyczną, tym lepiej. Czy jest to lepsze niż ten flat boost Hawkmana i Black Canary? Pewnie nie; dlatego też zresztą w kolejnych setach będziemy widzieć coraz mniej postaci na ich modłę. 

Red Tornado: now we're talking! Android premiuje zróżnicowanie; o ile Nightwinga czy Hawkmana można zatrzymać podkupując im kluczowe karty, tak w jego przypadku to praktycznie niewykonalne. Red Tornado zachęca do maksymalnego rozpychania talii, by jak najdłużej działał w swoim wzmocnionym trybie; jego siła w ciekawy sposób zalicza przypływy i odpływy, z którymi trzeba się zgrać. A neat concept, i nie wymaga wcale nieustannego kontrolowania discardu - po przekroczeniu progu jesteśmy zazwyczaj ustawieni aż do kolejnego tasowania. 

Shazam!: NOW we're talking! Cztery power to znacząca inwestycja, ale jeśli w lineupie nie ma akurat nic ciekawego - można zawsze zdać się na łut szczęścia... i może złowimy tę wyśnioną kartę za siedem czy osiem! Ważną częścią analizy jest też to, czego nie mówi ta karta; w tym przypadku - nie mówi "raz na turę", więc z biegiem gry umiejętność Shazama będzie robiła się coraz bardziej kusząca. Ryzyko zapłacenia czwórki za absolutnie zbędny drobiazg keeps Shazam player humble, however.

Podsumowując: wolę bohaterów z Heroes Unite niż tych z bazowego setu - do tego stopnia, że bazowymi nie grałem już od lat. Nowi są trochę bardziej ryzykowni, ale zaczyna się już delikatne prężenie kreatywnych muskułów; zdolności warunkowe i płatne zamiast płaskich premii. Pod kątem flavor też jest w porządku: Batgirl to medium-weight fighter who prefers to win quickly and avoid getting into a slugfest; Red Tornado odpala okresowo swoje tornado, a Booster Gold cwaniaczkuje za polem siłowym. Dlaczego tylko Black Canary dostała villain tribal? Bo ktoś mechanicznie musiał, I guess.

A jak tam nowy zastęp superłotrów?

Chłopcy do bicia! Hm, faktycznie sami chłopcy; w Heroes United nie ma żadnej pani w roli supervillain.

To także nieco mniej znane postacie; już nie liga rozpoznawalności Lexa Luthora czy Jokera. Startowy łotr - Vandal Savage - po pokonaniu zapewnia jednopunktowy bonus do mocy w każdej turze. Niepokoiłem się, czy nie wywoła to efektu kuli śnieżnej... ale na etapie, na którym zaczyna się pokonywanie superłotrów ten jeden punkcik to już nie czynnik decydujący o losach gry, a raczej miły bonus. Weźmy też pod uwagę, że pokonany Vandal musi jeszcze przebyć całą drogę z discardu do ręki, a w turze zagrania jest równorzędny z punchem. Krótko mówiąc - żadnej chyba gry nam nie rozchybotał.

Z pozostałych łotrów na uwagę zasługują Graves, Arkillo i Nekron. Graves zmusza graczy do rozegrania fun little minigame; oczywiście, że najlepiej zniszczyć puncha czy vulnerability za zero... ale może zaryzykuję jednak wymianę jakiejś taniej "prawdziwej" karty na dwie nowe? Szczególnie, że Graves wymaga tylko 9 mocy do pokonania, często jest więc szansa ustawić sobie rękę wprost na pokonanie go... za niską, niską cenę zniszczenia karty. Arkillo i Nekron biorą na celownik lidera z najmocniejszą ręką; te dobre chłopaki próbują walczyć z efektem kuli śnieżnej i potrafią zamieszać nawet w późnej fazie gry! 

A jak tam wypada nowa talia główna? 

Stosik discardu jest w Heroes Unite równie istotny co ręka!

Talia główna jest dużo skupiona na korzystaniu ze stosiku discardu oraz interakcjach pomiędzy kartami. Manhunter, Hawgirl oraz Daughter of Gotham City to dobre przykłady tego pierwszego; discard musi być tu śledzony równie intensywnie, co ręka czy lineup. Manhuntery umożliwiają zbudowanie zabawnego Manhunter tribal - już trzy takie roboty w talii sprawiają, że przeciwnicy czują się mniej pewni siebie. Hawkgirl liczy bohaterów, a Daughter of Gotham City to potencjalnie 3 power... jeśli tylko mamy punche na discardzie. Wszyscy przy stole będą więc właściwie nieustannie kopać w swoich stosikach kart już zużytych - co potrafi zamulić nieco okazjonalną turę. Moja Hawkgirl daje mi dwa... trzy... pięć power... nie, czekaj, pomyliłem się, dwa... trzy... sześć... czyli ogółem mam już osiem... to teraz cofnę z discardu to, kupię tamto, zostało mi trzy, a potem... Do sytuacji takich nie dochodzi co turę, ale gdy już się pojawiają - podcinają jedną z największych zalet DC Deck Building, czyli tempo i płynność rozgrywki.

"...play or have played..."

Karta Hero of the Future pokazuje subtelną zmianę formatowania: na kartach uwzględniających zagranie innych pojawia się teraz fraza "play or have played" (zamiast starego "have played"), co daje więcej dowolności w organizacji tury. Przede wszystkim - nowy tekst reguł zwalnia z konieczności pamiętania sytuacji na stole sprzed iluś zagrań ("a, wtedy miałem jedną defense, więc tylko 4 power, chociaż później wyłożyłem kolejną"). Bardzo wygodna zmiana.

Karty punktujące mają ogromny potencjał - tak duży, że niektóre osoby usuwają je z talii!

Saint Walker i Sciencell to karty nieco kontrowersyjne - dają możliwość bardzo łatwego nabicia punktów zwycięstwa. Podstawka miała podobne w zamyśle Utility Belt oraz Green Arrow, ale zapewniały one maksymalnie po pięć punktów; profity za Saint Walkera i Sciencell nie mają takiego ograniczenia. Jest to niby zbalansowane miernymi pozostałymi efektami - czyste draw a card lub +2 power to efekty dwupunktowe, a kosztują one odpowiednio 5 i 6. Kupując taką Sciencell godzimy się też na pewną specjalizację talii... ale zdecydowanie są to karty, których pojawienie się w lineupie zawsze ożywia atmosferę przy stole.

Siedem kolorów spektrum emocjonalnego - i potencjalnie 49 punktów zwycięstwa!

W bazowym secie obecny był Suicide Squad - tak zwana "karta potęgowa", gdyż każdy jej egzemplarz w talii dostarczał coraz więcej punktów zwycięstwa. Dwa Squads to 4 punkty na koniec; trzy - 9, cztery - 16, i tak dalej. Rolę tę w Heroes Unite pełnią różnokolorowe pierścienie mocy - to ciekawa zmiana, gdyż każdy ma inny efekt! Zbieranie pierścieni stanowi interesującą alternatywną strategię i motywuje do oderwania się na chwilę od składania "idealnej" talii pod naszego bohatera. Karta akurat pod moją strategię czy kolejny pierścień? Ten dylemat pojawia się przy stole nieraz.

Kilka komb obecnych w talii głównej! I powiedzmy dyplomatycznie: nie jest to najlepsza stylówa w historii Starfire.

Heroes Unite szczyci się też kombami kart - powyżej widzicie kilka przykładów: Mad Hattera i jego hipnotyczny cylinder, Starfire i ciskającą Starbolty oraz Jasona Blooda, który - jak to on - może przeistoczyć się w demona Etrigana. To kolejna fajna metoda, by zakupy z lineupu nie były oczywiste; może i karta zbytnio nie wpisuje się w mój zamysł talii... ale jednak na tyle ładnie współgra z już przeze mnie posiadaną, by się skusić? Nie jest to w pełni nowa rzecz - bazowy set miał kartę Batmana czerpiącego dodatkowe korzyści z zagrania Catwoman - ale w Heroes Unite podkreśla ten aspekt kilka razy mocniej.

Alternatywny warunek zwycięstwa!

Heroes Unite dokłada też pierwszy alternatywny warunek zwycięstwa - w osobie zbierającego pierścienie Kyle'a Raynera! It's super cute i potencjał skończenia gry na miejscu jest ekscytujący, ale w żadnej z naszych partii (a trochę ich było!) do takiej sytuacji nie doszło. Owszem, mieliśmy możliwość wygranej Raynerem - ale zawsze już w tak późnej fazie gry, że prościej było pokonać ostatniego superłotra lub dwóch niż manipulować dociągiem i discardem, by złożyć tę rzadką kombinację. Ciekawy (i bardzo tematyczny!) jest też Larfleeze: chorobliwie chciwy przeciwnik Green Lanterns. Po kupieniu go do talii również i waszym mottem stanie się MINE MINE MINE!, gdyż punktuje on za liczbę kupionych kart - mocnych czy słabych, nieważne; grunt, by było ich dużo! To kolejny dylemat: budować przemyślaną talię czy pójść na żywioł i karmić Larfleeze'a?

Tak zwane "signature cards"

Instrukcja Heroes Unite proponuje też dodatkowy tryb zabawy: Super Hero Synergy. Każda postać otrzymuje w nim swoją signature card (Batgirl - Daughter of Gotham City i tak dalej), którą może kupić do talii w dowolnym momencie, opłacając jednak jej standardowy koszt. Pozostałe kopie signature card nadal mogą pojawić się w lineupie i być normalnie kupione przez pozostałych graczy, nie jest to więc wywrócenie rozgrywki do góry nogami - raczej uroczy sposób na wzmocnienie flavoru postaci.

Heroes Unite - pierwsze duże, samodzielne rozszerzenie linii DC Deck Building - zdecydowanie pogłębia mechanicznie wcześniejszy set. Postacie, efekty kart i interakcje między nimi są zwyczajnie ciekawsze! Czy więc poprzednie pudło można spokojnie wynieść na strych? Skądże, coś za coś; wyższa złożoność (szczególnie interakcje z discardem) wiąże się ze spowolnieniem tempa gry. Jeśli wolicie szybkie BANG BANG BANG, dynamiczną turę zaraz po turze - oryginalny set robi to nieco lepiej. Flavor rozszerzenia jest dosyć chaotyczny - niby są nim "postacie drugoligowe", ale nie zobaczycie tu tak naprawdę zbyt wielu łotrów, gadżetów lub miejsc związanych z Batgirl, Hawkmanem czy Black Canary - dominującym tematem są Green Lanterns (oraz inne kolory Latarni). Początkowym założeniem twórców było przenieść na karty "kosmiczną" stronę uniwersum DC z pierwszej dekady nowego wieku - głównie solidny cykl Geoffa Johnsa - ale coś się zamotało, koncepcja się zmieniła i w rezultacie dostaliśmy tematyczny miszmasz.   

Im więcej DC Deck Building, tym lepiej - i Heroes Unite nadal często trafia na nasz stół... ale nie byłby to pierwszy zestaw, którego kupno polecałbym zaraz po podstawce. Te późniejsze - Teen Titans czy Forever Evil - mają wyczuwalnie odmienną tożsamość mechaniczną; Heroes Unite to tylko "podstawka plus" - więcej kart, więcej postaci, więcej opcji. Z drugiej strony: właśnie ta uniwersalność czyni z tego setu doskonałą bazę do małych rozszerzeń (tak zwanych crossover packs), o których napiszę niedługo!

 

~.~

Więcej o DC Deck Building oraz Marvel Champions możesz znaleźć tutaj!

środa, 27 kwietnia 2022

Variety Show: nowy Thor, nie-Thor, bliźnięta i wiewiórki!

Ależ nazbierało się komiksowych drobiazgów! Czas na nieodmiennie wesołe Variety Show; chwytajcie napoje i ruszamy!


Po pierwsze, jak zwykle: nikt nie ucieknie przed komiksowymi trailerami! Tym razem dostaliśmy zapowiedź nowego Thora: 

Wygląda sympatycznie! Utrzymany w podobnie lekkim stylu Thor: Ragnarok to jeden z moich ulubionych filmów Marvela, więc liczę na dobrą zabawę. Od loga niczym z okładki hairmetalowego albumu po fajne komiksowe inspiracje - praktycznie wszystko mi się tu podoba!

O tych inspiracjach nie będę może dziś się szczególnie rozpisywał, ale widać sporo wpływów Jasona Aarona. Z początku nieco mnie to zaskoczyło - Aaron to na wskroś współczesny scenarzysta - ale... to już w końcu czwarty solowy film Thora, więc sięganie do świeższy materiał źródłowy nie powinno chyba jednak dziwić. Dużo środowiskowej radości wywołało wykorzystanie w trailerze kadru właściwie wprost wziętego z komiksu:

Nawet układ skał jest taki sam!

It's cool and all, ale muszę przyznać - bezpośrednie przenoszenie kadrów do filmu to trochę ryzykowny zabieg. Kojarzy mi się zawsze z bombastycznym stylem Zacka Snydera, który próbował tego na przykład w adaptacji Watchmen i efekty były dosyć hit and miss. Kinowy ekran to jednak nie dziewięciopanelowa siatka strony; to, co działa w jednym medium - w innym niekoniecznie musi się sprawdzić. Żeby nie było, there were some pretty gorgeous shots in his movies! Wydaje się jednak, że nowy Thor (konsensus jest taki, że najlepszym tłumaczeniem "Love & Thunder" będzie "Grzmocenie") będzie na tyle it's own thing, że niewolnicza imitacja komiksu nam nie grozi. Oby!   

Inny Thor!

W trailerze przemyka też przez moment Zeus - co przypomina mi, że poza nordyckim panteonem u Marvela występuje też grecki! Dużo rzadziej, ale jednak. Grecka mitologia jest mocniej związana z DC; Wonder Woman jest w niektórych interpretacjach wręcz córką Zeusa, a Teen Titans mieli okazję trafić na Olimp i spotkać prawdziwych tytanów. DC ma również swoją wersję Thora, klasycznie rudobrodego - to ten powyżej! Są to w końcu public domain characters, ale oba wielkie wydawnictwa starają się nie wchodzić sobie przesadnie pod nogi - i stąd DC kładzie większy nacisk na mitologię grecką, zaś Marvel - nordycką.  

Nie jest to jednak żelazna zasada! Jedną z klasycznych marvelowskich postaci jest na przykład Herkules - który sam o sobie mówi tak, tak, właściwie Herakles, ale wszyscy i tak mówią Herkules, więc co się będę szarpał jak głupi. Wspominam o nim dlatego, że jego seria komiksowa z 2008 była cudowna! A już szczególnie moment, gdy przebrał się za Thora, żeby... zobaczcie zresztą!

Co, zapytacie, Herkules miał serię na ponad 130 numerów? No nie, aż tak dobrze nie było; był to okres, kiedy wystrzelili Hulka w kosmos ("Planet Hulk"), więc Herkules z numerem #112 przejął jego magazyn - i tak z "The Incredible Hulk" powstał "The Incredible Herc".

Tak czy inaczej, w wyniku perypetii Herkules musiał przebrać się za Thora, a Thor za Herkulesa:

It does!

W jednym z kolejnych numerów Herkules nie oszczędza nawet klasycznej Silver Age origin story Thora, dokładając do niej adekwatny komentarz:

You tell'em, Herc!

Jak widzicie, w tej interpretacji Herkulesowi przypada rola zabawnego osiłka-cwaniaczka-chwalipięty, zaś Thor jest mężnym i pełnym godności wzorem cnót wszelakich. Przynajmniej do czasu; Herkules odnosi bowiem pewne sukcesy w ściągnięciu go na swój żenujący poziom. W kontrze do obelg greckiego siłacza Thor sam bierze się za tłumaczenie, co zaszło między nimi lata temu:

"Female distracions", mówi Thor, ale marvelowski Herkules - greckim wzorem - jak najbardziej swings both ways!

W końcu dochodzi do boju pomiędzy Hercuthorem a Thorculesem:

Zwróćcie uwagę na piękny efekt dźwiękowy - cała ta seria była pełna takich gagów!

A oto mój ukochany twist: Herkules uznaje, że przecież bycie pokonanym to doskonała sprawa. Podziwiajcie:

No cóż, Thor, w takiej sytuacji niewiele poradzisz!

Oczywiście, koniec końców panowie doceniają się wzajemnie oraz ma miejsce wspólna degustacja trunków. To bardzo zabawna seria, i chętnie zobaczyłbym w kinie podobny ton w relacjach asgardzko-olimpijskich!

Tymczasem w niusach:

A teraz coś z zupełnie innej beczki!

Słuchajcie, bo ja mało z krzesła nie spadłem ze śmiechu: KJ Apa, czyli Archie z serialu Riverdale, wkracza do superbohaterskiego świata! Zaangażowano go do roli Zana, męskiej połowy Wonder Twins z wydawnictwa DC. 

"Wonder Twins powers, activate!"

Postacie kosmicznych Wonder Twins kojarzą się ludziom głównie z telewizyjną kreskówką Super Friends z 1977, gdyż powstały właśnie na jej potrzeby: by obecna w niej Justice League otrzymała nowych kid sidekicks, a młodzi widzowie -  klasyczne point of view characters. Ich wyróżnikiem była konieczność fizycznego kontaktu; dopiero po przybiciu ukazanego wyżej żółwika byli w stanie używać mocy (to koncept, który Marvel zaadaptował w 1985 w postaciach Fenris Twins, but in a much creepier way). Jayna, damska część duetu, posiada umiejętność transformacji w zwierzęta - kubek w kubek jak Beast Boy - zaś Zan potrafi zmieniać się... w wodę. Jak we współczesnej serii podsumowała to Wonder Woman:

Jeden z moich ukochanych paneli ever; wykorzystujcie go mądrze!

KJ Apa w roli Zana? It's just so delightfully absurd - niemal jak Dwayne "The Rock" Johnson jako Krypto Superpies! Ale, z drugiej strony, spójrzcie na poniższe dwie strony ze współczesnej serii autorstwa Marka Russella:

Liceum, kosmici - czy nie brzmi jak Riverdale?

Lust and body fluids - czy nie brzmi tym bardziej jak Riverdale?

Wziąwszy pod uwagę powyższe argumenty oświadczam, że KJ Apa to doskonały angaż do tej roli; quod erat demonstrandum

Ale to nie koniec komiksowych wieści! Kolejnego niusa dedykuję wszystkim osobom, którym wydawało się, że filmowy Morbius to już skrobanie dna beczki w poszukiwaniu postaci:

Podtrzymuję mój komentarz z rozmowy ze znajomymi: "co tam się w ogóle dzieje, nikt już nad tym nie panuje XD"

Jeśli kiedykolwiek poczujecie jakieś kompleksy związane z nieznajomością postaci, wątków czy czegokolwiek: ja sam powoli zaczynam w komiksiarstwie moją już trzecią dekadę, a Spider-Mana czytałem od pierwszych zeszytów z 1962 do współczesności (nie wszystko, ale a reasonable part of it)... ale nie mam absolutnie bladego pojęcia, kim w ogóle jest tajemniczy El Muerto. Po szybkich poszukiwaniach:

El Muerto, aka Juan-Carlos Sanchez, made his debut in Friendly Neighborhood Spider-Man #6 from 2006, making him a relatively new entry into the Marvel canon. Created by Peter David and Roger Cruz for the comic run, El Muerto appeared just twice as a main character (...)

Wiecie co? Śmiałem się, że wszystkie postacie komiksowe trafiają na ekran, ale jeśli projekt z El Muerto wypali - będzie to nowy szczyt tego zjawiska! El Muerto, we salute you... albo będziemy, bo Sony ma jednak historię kasowania wstępnie planowanych filmów. Do przeniesienia na ekran Black Cat przymierzali się przez parę lat, dawkując kolejne historie prasowe, aż w końcu projekt ten umarł śmiercią naturalną. Nie chcę wieszczyć, że El Muerte czeka ten sam los, ale... No nic, czas pokaże!

I ostatni już na dziś nius: wspominałem tu kiedyś o adaptacji marvelowskich New Warriors, który to projekt upadł z racji na korporacyjne weto - rzekomo spowodowane byciem "too gay". Coś jednak się z tego urodziło! Otóż Milana Vayntrub, która miała grać tam Squirrel Girl...

...gra teraz Squirrel Girl w oficjalnym słuchowisku Marvela!

Celowo nie używam tu po prostu słowa podcast, bo to nie po prostu Milana gadająca dziennikarsko o komiksach czy serialach, lecz w pełni wyreżyserowane słuchowisko - z pełną obsadą i efektami dźwiękowymi! Stanowi ono swoistą kontynuację serii pisanej przez Ryana Northa; to te same postacie, ten sam scenarzysta i ten sam rodzaj humoru. Czy jestem więc zachwycony? Na razie może jeszcze nie; it's all good fun, ale - jak już dziś pisałem - przejście z jednego medium do innego wymaga nieco pracy. Sporo humoru w serii Northa i Henderson było przecież humorem wizualnym! Skłamałbym jednak mówiąc, że nie czekam na nowe odcinki; to lekka rozrywka, w sam raz do posłuchania przy robieniu czegoś innego. Pierwszy odcinek zamieszczam poniżej:

...a kolejne można znaleźć pod TYM linkiem - lub na waszych ulubionych platformach podcastowych!

Uff, chciałem napisać jeszcze o paru rzeczach - jak na przykład kolejnym etapie konkursu Round Robin - ale chyba na dziś już wystarczy, bo inaczej będę tu siedział do północy. Wiosna przyniosła widać ożywienie w komiksowym światku!

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Muzyczne Poniedziałki: is it the end you're carrying?

Pisałem ostatnio o Stephenie Kingu od lat próbującym napisać nowy The Stand. Nie chciałem już rozpychać tamtego tekstu, więc jeden smaczek zostawiłem na dziś! Otóż w 1983 ta apokaliptyczna powieść zainspirowała walijski zespół The Alarm do stworzenia poniższego utworu:

Można znaleźć wersje tego nagranie z lepszą jakością dźwięku, ale ucięcie strony wizualnej byłoby przestępstwem! Te pióra, to graffiti w tle... and is it an ascot I see? No cóż, kowboj - a raczej w kowbojską stylówę idzie tu frontman - pewnie obraziłby się na takie słowa i powiedział, że to tak zwana wild rag. Świat chust na szyję jest bardzo zawiły!

niedziela, 24 kwietnia 2022

Panele na niedzielę: The Return of the Teen Titans!

Po świątecznej przerwie - wracamy na znajome tory! 

Po swoim ostatnim występie Teen Titans (przygoda z wielkim uchem, które zostało pokonane rytmami Beatlesów!) chwycili już na dobre: zamiast - jak poprzednio - czekać rok na ich kolejną przygodę, wystarczyło wrócić do prasowego stojaka po sześciu miesiącach. A sześć miesięcy - jak już kiedyś pisałem - w latach '60 było absolutnym minimum na wydawniczą reakcję! Czas więc znowu złapać falę: jeśli w poprzednim zeszycie mieliśmy deski surfingowe i hondy, to dzisiaj - zgodnie z regułami dramaturgii - dostaniemy co najmniej rakietowe latające deski oraz hondę jeżdżącą po ścianach.

Myślice, ze żartuję, but nope; that's Silver Age, baby

Historia: The Return of the Teen Titans; autor: Bob Haney, data: listopad-grudzień 1965.

DIG THIS CRAZY TEEN SCENE!

Bob Haney - wówczas czterdziestolatek, pamiętajmy - miał chyba trzy główne skojarzenie z teen scene: surfing, motorki i młodzieżowe zespoły. W poprzednim zeszycie wszystko to pomogło pokonać łotra numeru - dziś zaś role się odwrócą! Jeśli potęga surfingu jest tak wielka... jakie szanse mają Tytani, gdy zostanie zaprzęgnięta do służby złu?

Już otwierająca narracja łapie mnie za serce: 

TRANSLATION

Nie da się ukryć - Bob Haney jest wręcz karykaturalny w swoim wykorzystaniu nastoletniego slangu. Bardziej autentyczny nastoletni język można w tym okresie znaleźć w dialogach Jima Shootera, który sam przecież miał wówczas naście lat! W Legionie Superbohaterów nie znajdziemy Ultra Boya wołającego hip hop hip - get wise to the beat, daddy-o!; czterdziestoletni Haney pakuje za to do scenariusza każdą frazę, która akurat mu się nawinie. 

W swojej książce Slugfest (o której polskim wydaniu pisałem tutaj) Reed Tucker twierdzi:

Skrytykowałem nieco tę książkę za powierzchowne analizy; przykład, moim zdaniem, widać powyżej: "DC being squeaky clean" to właśnie klasyczny stereotyp budowany przez marketing Marvela; dużą jego częścią było mówienie "jesteśmy inni, nowi, nie jak to starsze wydawnictwo". Legion rozgrywał nastoletni angst na lata przed tym, jak Spider-Man poszedł do liceum - a nawet w historiach z Teen Titans zwrócimy uwagę na motywy konfliktu pokoleniowego i nastoletnich problemów.

W Slugfest można jednak wykopać trochę fajnych ciekawostek! Jedną z nich jest omówienie źródeł językowych inspiracji Boba Haneya:   

Oto telewizyjny Maynard G. Krebs, pierwszy i najpopularniejszy beatnik amerykańskiej telewizji! Postać tę można było oglądać na ekranie od 1959 do 1963 - a więc jeszcze rok przed pierwszą przygodą Tytanów:

Maynard, w beatnikowskim stylu, to oczywiście ten po prawej!

Towarzystwo powyżej przypomina trochę gang z kreskówki Scooby-Doo, prawda? I absolutnie nie jest to przypadek! Wikipedia podaje:

The series inspired the creators of Scooby-Doo, whose four human characters were modeled from characters on the series, with Shaggy Rogers being inspired by Maynard.

Mamy tu więc ładny układ inspiracji: sitcom The Many Loves of Dobie Gillis z 1959; Teen Titans z 1964; Scooby-Doo z 1969. Oto potęga nieśmiertelnej figury Shaggy'ego, czy właściwie - Maynarda Gwaltera Krebsa ("the G is silent")!

OK, dosyć już tła kulturowego! Co tam dziś słychać w trzydzie (naprawdę, cały czas piszę jeszcze automatycznie "co tam dziś słychać w trzydziestym wieku") w latach sześćdziesiątych? Otóż młodzież pędzi na koncert, piszczy, kwiczy z ekscytacji!

"They're the most!" - rozumiem tę konstrukcję; w moim młodzieżowym środowisku używało się tak samo określenia "skrajnie". "Jaki był ten film? Skrajny!"

Emocje te (skrajne) budzi wśród młodzieży zespół The Flips. Ich talenty muzyczne to jedno - ale z pewnością wiedzą, jak dać niezły show! Latająca deska, motor jeżdżący po ścianach, akrobacje! Letnia scena w Sopocie przyjęłaby ich z otwartymi ramionami.

W sumie trochę ta ich piosenka samokrytyczna: mają świadomość, że ich głównymi atrakcjami są "a babe, a board and a bike".

Muszą jednak mieć w sobie to coś, skoro Tytani również ich kochają! Czas na kolejny odcinek Batmana-zgreda, który po prostu nie rozumie. Skrajnie!

Chciałeś mieć nastolatka w bat-jaskini? To teraz get with the times, daddy-o!

Uwielbiam ten panel! Batman-zgred w mocnych słowach określający młodzieżową muzykę jako that noise; Robin rzucający mu w twarz, że jest un-round (czyli square, popularne określenie na sztywniaka); no i w końcu nasz młody heros bez żenady lecący na idolkę w kostiumie kąpielowym. Yeaaah yaaah! 

Na Paradise Island sprawy mają podobnie:

Czy ktokolwiek myślał, że na mitycznej Paradise Island nie ma telewizorów? Think again!

The grooviest group since Orpheus found his sound! Wonder Girl, podobnie jak Robin, też jest już all hot and bothered; gotowa już wyciągać lasso, żeby ujeżdżać motor frontmana zespołu. Yeah! Wawrh!

Okładka może sugerować, że The Flips to jakaś banda łotrów; nic bardziej mylnego. To zwykły nastoletni zespół - na tyle sympatyczny, że przyjmuje nawet zaproszenie do małego miasteczka, by zagrać charytatywnie i pomóc ze stypendiami dla młodzieży:

Ta eksplozja radości w drugim panelu!

Skąd więc ta okładka? Ano widzicie, ktoś wyglądający jak członkowie The Flips - a nawet korzystający z tych samych technologicznych gadżetów - dopuszcza się kradzieży i włamań.

Przy lekturze często jestem zaskoczony dynamiką rysunków Nicka Cardy'ego!

Jak na 1965 - jest to fantastyczna robota! Nie chodzi mi nawet o klasyczne linie ruchu motocyklisty, ale a kilka drobnych detali: pozioma kompozycja kadru nadaje mu dodatkowej dynamiki; policyjny radiowóz bierze zakręt tak ostro, że aż przygina się jego zawieszenie, a jedno przednie światło daje nam po oczach; no i - przede wszystkim - "Jack" dosłownie wyjeżdża ku nam z panelu, ignorując jego dolną krawędź! Neat stuff.

Złodzieje uciekają, a policja ściąga teen idols na małą pogawędkę:

"Joe, idziemy spotkać się z komisarzem!" "OK, już zakładam kąpielówki!"

Cóż, widać The Flips nigdy nie rezygnują ze swojego imidżu, na scenie czy poza nią! Nick Cardy zazwyczaj rysuje bardzo fajnych nastolatków, ale tu odrobinę zaszarżował; szczególnie Jack wygląda jak biedny dziesięciolatek. Zwróćmy za to uwagę na to, co nosi na szyi - to tak zwany ascot, jeden z klasycznych modnych młodzieżowych dodatków z epoki. Skoro już wspomniany został Scooby-Doo, to wielkim miłośnikiem ascotów był Fred:

Ascot - nie szalik!

I jeszcze trochę mody męskiej z epoki!

Co prawda policja nie ma żelaznych dowodów, by wsadzić The Flips za kraty, ale zaplanowany charytatywny koncert staje pod znakiem zapytania. Pomóc mogą tylko Tytani!

Hej, wejście kubek w kubek jak z poprzedniego numeru - ale tym razem Robin wszczepił sobie włosy, bo zakola zniknęły!

Plan jest prosty - aby wszystko przebiegło gładko, The Flips zostaną pod kluczem aż do samego koncertu, ich gadżety zostaną na publicznym widoku w jednej ze sklepowych witryn, a Tytani ruszą na patrol.

Podoba mi się komiczny policjant z wyrazistym nosem; lekkie odejście od standardowego stylu rysowania twarzy w tym tytule!

 A jak pożegnać się przed patrolem?

"See you later, alligator!" "In a while, crocodile!"

Czas na segment muzyczny! Powyższa fraza została spopularyzowana przez rockandrollowy hit Bobby'ego Charlesa, który królował na listach przebojów w 1956:

Sama fraza jest jednak nieco starsza i faktycznie pochodzi ze slangu młodzieżowego. Według strony wordhistories.net, pierwsza wzmianka o niej pochodzi z maja 1952, z magazynu Honolulu Star-Bulletin, a konkretniej - z artykułu Teenagers’ Slang Expressions Are Explained by Columnists autorstwa “Jackie and Jane, Star-Bulletin Teen Columnists”. 

Badanie nad młodzieżowym językiem z 1954 zwracało uwagę na rolę rymowania w slangu. Beluah Racklin pisze:

Rhyming expressions, which are mainly for effect rather than to convey any actual meaning, are very popular and somewhat confusing like ‘Do you know what I mean, jellybean?’ ‘Let me have steak, Jake,’ ‘Have a piece of salami, Tommy,’ etc. In few instances does the person addressed comply with the speaker’s demands. In most cases names are changed for ones that rhyme.

Możemy też przyjrzeć się przypinkom z 1955!

"You're crusin for a bruisin" - wiecznie młode i aktualne; koniecznie powiedzcie to komuś w nadchodzącym tygodniu!

"You're a cube" to oczywiście obelga jeszcze straszliwsza niż zwykłe "you're a square"!

...ale co może oznaczać "Man, that's bath"? Okazuje się, że próbowało to rozszyfrować nawet Chicago Museum of History, ale bez sukcesów. Bath, piszą, zachowało się jako slangowe określenie pasażerskiej przyczepki motocykla - ale nie wydaje się to mieć związku z przypinką. Moja amatorska hipoteza - myślę, że to dryf fonetyczny od man, that's bad; wystarczyło pewnie, by jeden kolega zaseplenił, by powstał enigmatyczny po latach mem.

Wonder Girl patroluje niebo nad miasteczkiem, gdy nagle Jill - obiekt westchnień Robina - strąca ją w locie swoją pałeczką:

Gdzie tam na "curl", prosto na tyłku wylądowała!
 
Chłopaki z zespołu się nie patyczkują; do skoku na bank służy im... granat. Taki klasyczny granat-cytrynka. Kinda hardcore!

♫ Napad bez gitary / nie ma sensu, stary! ♫
 
Skrajnie! Tytani nie prezentują się od najlepszej strony; Kid Flash nie jest w stanie wbiec na klif, po którym wjechał Jack; Aquaman nie nadąża za rakietową deską Joego.

Deska surfingowa to najlepszy pojazd do ucieczki z workami banknotów

Jack and Jill, imiona The Flips, to kolejne nawiązanie - tym razem do tradycyjnej rymowanki:


Gdy Wonder Girl dochodzi do siebie, i ona rusza w pościg - ale chyba zbyt późno! Znajduje tylko wrak motocykla oraz nieprzytomnych Jacka i Jill:

Czyli... to faktycznie The Flips?
 
Zespół twierdzi, że gdy byli zamknięci w pokoju, ktoś włamał się przez ścianę i znokautował ich usypiającym gazem - najwyraźniej po to, by wrobić ich na dobre przez podrzucenie nieprzytomnych na miejscu przestępstwa:

Hej, to policjant z nosem - witaj, stary druhu!

Burmistrz jest gotowy, by zapakować The Flips za kraty, ale Tytani mają jeszcze jeden pomysł...

Yeeow! Yaaaahoo! Skrajnie! Go-go-go!

Mamy parę fajnych scen akcji, ale na pewno domyślacie sie rozwiązania: skoro wszyscy przebierają się za The Flips, to Tytani też! Gdy gang złoczyńców znowu próbuje wejść Flipsom w paradę, nadziewają się na pięść Robina i lasso Wonder Girl. Wielki finał ma miejsce - a jakże - na koncertowej scenie:

Chwila, Robin, gdzie twoja maska? Kid Flash ma klasyczną maskę pod maską, a ty co?
 
Ależ zakazane te kryminalne gęby! Jak to więc w historiach superbohaterskich bywa - cnota zostaje nagrodzona, podłość ukarana, a wszystko kończy się jeszcze jednym koncertem:

Cooo? "The only team of teen super-heroes"? Panie Haney, a co z istniejącym od 1958 Legionem? No nie, idę pisać stanowczy list do redakcji czy coś. Skrajnie!

Dręczy was być może pytanie, skąd The Flips wytrzasnęli rakietową deskę czy motor jeżdżący po ścianach. Ano po prostu samodzielnie je zbudowali! Zajęło im to trzy lata, ale jest to najwyraźniej zdolna młodzież.

Dzisiejsza historia uczy nas, że surfing, motocykle i młodzieżowe zespoły to potęga - potęga, która może zostać wykorzystana zarówno w służbie dobra, jak i zła. Z wielką mocą, jak powiedział wujek innego nastolatka, wiąże się wielka odpowiedzialność! Surfujcie więc odpowiedzialnie, a my - w kolejnych Panelach na niedzielę - spotkamy się już na łamach własnego magazynu Teen Titans.

See you later, alligator!