Zwykle oferuję wam sześciopak komiksowo-ekranowych wrażeń, ale dziś - w ramach niezwykłej promocji - do standardowego sześciopaku dołożymy jeszcze jeden serial gratis! Generalnie udało nam się zaliczyć bardzo dobry okres dla komiksiarstwa na ekranie: filmy co prawda były takie sobie, lecz od dawien dawna powtarzam, że superbohaterszczyzna błyszczy przecież w serialu: dłuższej, epizodycznej formie bardziej zbliżonej do poetyki oryginalnych zeszytowych historii. Zaczynajmy więc, i to od razu z grubej rury!
Venom, Morbius, a teraz Madame Web; jaka to seria filmów? Oczywiście SUABA (Sony Uniwersum Arachnida Bez Arachnida, jestem bardzo dumny z prawdziwie komiksowego akronimu)! Madame Web (pol. "Pani Internet") zebrała absolutnie fatalne recenzje, wianuszek nominacji do Złotych Malin i co tam jeszcze tylko wymyślicie; jak zwykle, chciałem jednak podejść do seansu uczciwie. A nuż krytyka tego filmu to kolejny internetowy mem, który rozhulał się ponad miarę?
Przez pierwszą połowę - jak najbardziej; to całkiem estetycznie nakręcony (jak niemal cała SUABA seria, która ma zaskakująco dobre zdjęcia!) lekki thriller, w którym tytułowa bohatera zaczyna doświadczać wizji przyszłości i musi uratować trójkę dziewcząt na celowniku mordercy. Jest nieco komedii, gdyż dziewczynom trudno uwierzyć w paranormalne moce Cassandry (rozumiecie, Kasandra-prorokini, ooh); jest element edukacyjny, gdyż Cassandra jest ratowniczką medyczną i uczy podopieczne podstaw resuscytacji. Jest nawet nieco uroku retro: akcję osadzono w roku 2003, widzimy więc całkiem adekwatną modę, a do tego zagrają Britney Spears z jej Toxic, Meredith Brooks z Bitch oraz Mis-Teeq ze Scandalous. Hey, that's honestly fun!
Co prawda jestem znanym entuzjastą kina klasy B, ale nawet bycie fun contrarian ma swoje granice: mniej więcej w połowie Madame Web sypie się całkowicie i ten (wręcz uroczy!) lekki thriller retro zalicza kompletną katastrofę praktycznie w każdym aspekcie: od scenariusza, przez dialogi, po aktorstwo i efekty specjalne. Nie ma co wymieniać poszczególnych problemów, bo mamy do czynienia z płonącym wrakiem; czy nie zmieniłeś filmu, kiedy wyszłam do łazienki?, dziwiła się podczas seansu żona.
Lubię nastoletnie postacie superbohaterskie, byłem więc entuzjastycznie nastawiony do Madame Web choćby z racji na obecność Anyi Corazon, nieco zapomnianej młodej pajęczej bohaterki. Podejrzewałem co prawda, że sprawdzi się zasada "95% wprowadzenia, finałowe 5% w kostiumie na jedną scenę akcji"... ale okazało się, że jest nawet gorzej: dziewczęta były w superbohaterskich wcieleniach tylko w jednej wizji hipotetycznej przyszłości w środku filmu, blink and you miss it. Tak źle jeszcze na kostiumowym poletku nie było!
Po raz kolejny, podziwiam jednak wytwórnię Sony: nagrać pilota serialu i wypuścić go do kin jako pełnoprawną produkcję? Nie każdy miałby, ujmijmy rzecz dyplomatycznie, hart ducha i samozaparcie!
Po ostatnim sezonie Lokiego - na którym wynudziłem się jak mops - nie miałem wysokich oczekiwań wobec serialowej gałęzi Marvela, a tu proszę: przed Halloween ukazał się nienajgorszy trailer Agatha All Along, po którym pisałem:
...jeśli tylko Kathryn Hahn przeniesie to przymrużenie oka, nieco tej scenicznej teatralności na ekran, będę bawił się całkiem nieźle. W końcu jeśli aktorzy dobrze się bawią - to i ja powinienem!
Tak też się stało! Zarówno ona, jak i reszta obsady grają tu z niemal jasełkową swadą, mieszając humor i horror w dobrze wyważonej halloweenowej mieszance. Czy jest to głęboka historia? Skąd, ale klikając play wsiadamy do wagonika jadącego przez rozrywkowy tunel strachów: są tam wiedźmy, zagadki, pułapki... i nawet sama Śmierć wpadnie z wizytą - nie mówiąc już o tym, że dostajemy na ekranie kolejnego członka drużyny Young Avengers.
Podobało mi się zbudowanie fabuły dookoła centralnego (wpadającego w ucho!) motywu muzycznego; The Ballad of the Witches' Road jest ważna również w świecie przedstawionym, motywując lub komentując decyzje postaci. Wiadomo, jest magia w muzyce i muzyka w magii; wszystko w rytuałach jest symboliczne... ale co jest prawdziwym rytuałem, a co tylko prestidigitatorską sztuczką dla niewtajemniczonych? Finałowy odcinek dostarcza na to pytanie bardzo ładnej, moim zdaniem, odpowiedzi.
Krótko mówiąc, solidna sezonowa zabawa; jeśli do tej pory nie zdarzyło wam się obejrzeć Agatha All Along, poczekajcie z tym na kolejne Halloween.
Oh wow, słyszałem od znajomych mających już seans za sobą, taki miłośnik komiksu jak ty na pewno będzie zachwycony! Tyle tam różnych smaczków i nawiązań, które my wyłapaliśmy, a co dopiero pewnie ty znajdziesz! I to właśnie jest, moim zdaniem, kluczowe: Deadpool & Wolverine to film skrojony dla raczej okazjonalnych fanów, na których ma sprawiać wrażenie, że za powracającymi aktorami oraz komiksowo/filmowymi cytatami kryje się coś więcej, podczas gdy tak naprawdę... jest tam wielkie, brzęczące nic, płytki festiwal fasadowości. Tak jest, czas na raczej niepopularną opinię, ale jeśli miały być szczere wrażenia komiksowego weterana - well, that's them apples!
Fabuła to standardowe mambo dżambo: ratowanie gałęzi multiwersum, srutututu - ale przecież jasne, że nie o fabułę chodzi: cały projekt miał być okazją do zobaczenia Hugh Jackmana w klasycznym komiksowym kostiumie oraz posłuchania Ryana Renoldsa rzucającego deadpoolowe suchary. Na tym poziomie - pełen sukces i spełnienie obietnic! Deadpool & Wolverine pełni dla filmowego uniwersum Fox (czyli głównie X-filmów) tę samą rolę, którą dla serii ze Spider-Manem odgrywał No Way Home: to wielki zjazd rodzinny, powrót starych znajomych (swoje kilka minut dostają Wesley Snipes jako Blade, Jennifer Garner w roli Elektry, Dafne Keen jako X-23 - i o wiele więcej), którzy raz jeszcze pomachają nam z ekranu i powiedzą ej, pamiętacie? Pamiętamy, pewnie, ale podobnie jak w przypadku No Way Home same nostalgiczne wspominki to nieco za mało. W roku 2005 ekscytowalibyśmy się pewnie każdym nawiązaniem i gościnnym występem, linijka dialogowa "skonsultujemy to z doktorem Bannerem" budziłaby pewnie reakcję "łooo pewnie chodzi o Bruce'a Bannera czyli tak naprawdę Hulka może zrobią film z Hulkiem!!1!", ale dziś? Dziś wypada już zapytać, co z tego. Ano nico, jajco; przecież przy takiej liczbie cameos nie ma szans, by powracające postacie zrobiły na ekranie coś więcej, niż rzuciły jakimś wicem i może efektownie umarły.
Emma Corrin była bardzo fajna jako Cassandra Nova, ale uczciwie mówiąc szkoda jej trochę - i aktorki, i postaci (w końcu dużej x-menowskiej antagonistki z ery Morrisona) - na ten film. W przypadku pozostałych występów - co z tego, że pojawiła się X-23, jeśli nie ma czasu na jakikolwiek autentyczny emocjonalny rozwój? Co z tego, że pojawił się Gambit, jeśli zagrany jest jako humorystyczna parodia? Wesley Snipes jako Blade dostał przynajmniej, moim zdaniem, najzabawniejszą scenę filmu - podkreślał z godnością że "there is only one Blade, there's only ever gonna be one Blade", na co Deadpool mrugał do widowni, bo wicierozumicie, kręcimy właśnie nowego Blade'a... po czym marvelowski projekt spalił na panewce i wyszło na to, że Snipes miał rację. Heh.
Generalnie poziom humoru w filmie egzemplifikuje dla mnie dowcip wizualny, w którym nasi bohaterowie kroczą w zwolnionym tempie, a za nimi widać wyraźnie (bardzo wyraźnie) witrynę sklepu Liefeld's Just Feet. Rob Liefeld - współtwórca Deadpoola oraz rysownik znany z dyskusyjnego warsztatu - nie lubił rysować stóp; zwykle były one poza kadrem albo zasłonięte byle czym. Darcie z tego łacha było uczciwie zabawne w latach '00, ale współcześnie? "Liefeld nie umie rysować stóp" to tak ograny, zajeżdżony dowcip, że po dwudziestu latach można powiedzieć tylko "no owszem; hej, widzę że dopiero wchodzisz w to hobby i odkrywasz starocie sprzed lat, good for you". To taki żart znajomego, który powierzchownie liznął temat, wydaje mu się, że jest in na całego, a tak naprawdę nie zaktualizował swojego repertuaru dowcipów od kurde bitych 20 lat. "A wiesz, że w komiksach Wolverine to śmierdzący, włochaty kurdupel, a nie wysoki model jak Hugh Jackman?"
Diable jo, garnij mie z tym; jeszcze może zapytaj, dlaczego Superman nosi majtki na spodniach, rzuć twitterowym edgy memem, że Batman to miliarder znęcający się nad chorymi psychicznie i dodaj, że Aquaman ma najgłupsze moce, bo gada z rybami. To ten poziom humoru, i niestety nie staje się lepszy dlatego, że podano go w filmie kinowym, a nie w skeczu z Family Guya.
Nie chce jeździć po produkcji, która z założenia miała być przecież głupim letnim popcornowym blockbusterem i do takiej roli jak najbardziej się nadaje, ale jako miłośnik komiksu nie byłem pod wrażeniem. Postacie są papierowe, fabuła abstrakcyjna, żarty too basic for my taste; uczciwie doceniam Deadpoola & Wolverine'a najbardziej jako historyczną rundę honorową wytwórni. Ale jeśli nie zdarzyło wam się słyszeć wcześniej wszystkich tych dwudziestoletnich żartów - to zapewne będzie również i śmiesznie!
Żeby nie zakopywać kluczowej informacji w głębi tekstu: The Penguin to najlepsza produkcja z naszego dzisiejszego siedmiopaku; soczysty mafijny kryminał, w którym wszystko jest udane: od zdjęć, przez scenariusz, aż po muzykę oraz aktorstwo. Colin Farrell w roli tytułowej robi swoje z techniką oraz fantazją, ale show kradnie i tak Cristin Milioti jako Sofia Falcone; ambitna, poorana traumami mafijna księżniczka.
Picture this: po wydarzeniach najnowszego filmowego Batmana Gotham jest strefą klęski żywiołowej, zaś udzielny władca miasta - boss Carmine Falcone - odszedł z tego padołu łez. Schedę po nim przejmuje dwójka dzieci, Alberto oraz Sofia. Tytułowy Pingwin - niższy rangą mafioso, de facto znany poważniejszym graczom tylko dlatego, że dawniej był kierowcą Sofii - próbuje w tym zamieszaniu uszczknąć coś do siebie i rozkręcić własną w miarę dochodową operację, ale arogancki młodzik Alberto wyśmiewa ambicje starszego mężczyzny... więc Pingwinowi puszczają nerwy i ładuje w gówniarza kilka kulek. Nie ma co, super start nowego przedsięwzięcia; Pingwin musi teraz zatuszować przypadkowe morderstwo, uciec podejrzeniom Sofii (która kochała brata jak nikogo na świecie), w miarę możliwości rozkręcić mimo wszystko swój wyśniony biznes na boku... i do tego zadbać o schorowaną mamę, bo przecież nawet gangsterzy kochają swoje mamy.
Dużo roboty jak na jednego faceta; Pingwin przyjmuje więc do terminu młodego protegowanego, biednego chłopaka, który próbował zawinąć mu samochód (ciekawa paralela z Batmanem oraz drugim Robinem, którzy spotkali się w bardzo podobnych okolicznościach). I jak to w podobnych mafijnych historiach: stary gangster wprowadza młodego w mafijność oraz dorosłość, udziela mu lekcji życia... z których czołową jest przecież, by w tym fachu nie ufać absolutnie nikomu. Jaki będzie więc finał ich relacji?
The Penguin to oddech świeżego powietrza po napchanych cameos komiksowych produkcjach w rodzaju Deadpoola & Wolverine'a: historia skupiona na jednej, centralnej postaci, bez gromady superłotrów wpadających z wizytą z Arkham, bez komisarza Gordona na tropie. Jedynym śladem bat-proweniencji jest reflektor z sygnałem, krótko widoczny na chmurach nad miastem; fabuła nie opiera się na szerszym uniwersum jak na kulach i działałaby równie sprawnie, gdyby zamiast w Gotham rozgrywała się w jakimkolwiek innym deszczowym mieście, a protagonistą był autorski gangster Szynszyl. Komiksowość widać w odrobinie wizualnej fantazji: gdy dochodzi do mafijnych porachunków, zamiast zaciukać wrogów i się ulotnić - ktoś będzie symbolicznie kroczyć pomiędzy ciałami w masce gazowej i przy wtórze ilustracyjnej muzyki. Historia jest naturalistyczna i przyziemna, ale zarazem ma nieco tego visual flair oryginalnego medium.
Trudno nie kibicować Pingwinowi, który w świecie młodych kryminalnych byczków i bezwzględnych pięknych kobiet jest starszym, kulawym, mało urodziwym facetem; he has that underdog charm. Trudno nie brzydzić się Pingwinem, który w imię własnych interesów odstawia takie maniany, że mózg dęba staje. Trudno od tego serialu się oderwać, i polecam go śmiało nawet osobom, których stosunek do superbohaterszczyzny jest ambiwalentny!
(Jedna drobniutka, ale niezrozumiała dla mnie modyfikacja to podmiana nazwiska Pingwina na "bardziej realistyczne"; to już nie Oswald Cobblepot, jakby wywodzący się z British old money, a Oz Cobb, amerykański wielkomiejski cwaniaczek. Myślałem, że już nie wstydzimy się komiksowych nazwisk... ale to taki tam tylko detal!)
A skoro już mowa o Pingwinie: ależ niósł się po internecie kwik standardowych zawodowych oburzaczy, że w serialu animowanym Batman: Caped Crusader zinterpretowano go jako kobietę, śpiewaczkę kabaretową Oswaldę Cobblepot! A był to w rzeczywistości sprawny manewr pokazujący od pierwszego odcinka, że mamy do czynienia z inną niż poprzednie wersją Batmana. Oswalda pokazała też dobitnie, że nie jest to animacja dla dzieci, kiedy w pierwszym odcinku zamordowała swojego najmłodszego syna (pewnie, młody se nagrabił, ale żeby zaraz tak?).
Caped Crusader to projekt bliźniaczy wobec X-Men '97: duchowy następca klasycznej kreskówki z lat '90. Nie mamy jednak do czynienia z bezpośrednią kontynuacją dawnych wątków; Caped Crusader to osadzona explicite w latach '40 (nie w szeroko zdefiniowanej "współczesności" podlanej tylko sosem art déco!) wersja Batmana, która czerpie wpływy z komiksowej Golden Age, a więc autentycznych lat '30 i '40.
Branżowa wstawka: w jednym z artykułów (cytowanym nawet na wikipedii) wpadłem na opinię, że widać tu wpływy starego Batmana z lat '40 oraz... '60. To oczywista pomyłka, pomieszanie Golden Age - w której Batman był mrocznym, często niesympatycznym detektywem, nieznanym jeszcze na tyle, że gotowym do strzelania do przestępców - oraz Silver Age, w której za sprawą umoralniającego Comics Code mściciel w pelerynie został ugładzony dla dziecięcego czytelnika i przeżywał humorystyczne przygody w rodzaju boksowania się gorylami w kosmosie czy ukrywania podwójnej tożsamości przed wścibską ciotką. Caped Crusader nie ma istotnych wpływów z tej drugiej ery.
A więc nie, Batman nie wojuje tu z gorylami; problemem jest zorganizowana przestępczość, korupcja władz miejskich, bezlitośni zabójcy - poważne elementy, które w Silver Age były dosłownie zakazane literą prawa. Nasz bohater ma status miejskiej legendy, policja jest wobec niego nieufna (z wzajemnością, jak to w tonacji noir) i generalnie jesteśmy w okolicach Year One, kolejnego retellingu ekscytujących, niepewnych pierwszych przygód.
Główny anachronizm (poza superłotrami dysponującymi szaloną technologią) widać w uwspółcześnionych relacjach rasowych: Caped Crusader generalnie nie skupia się na tym aspekcie realiów lat '40, traktując osoby różnego pochodzenia w sposób - jak to się mówi po angielsku - colorblind. Mamy więc czarnego komisarza Gordona i nikt nie widzi tego jako rzeczy niezwykłej; jego córka jest zaś prawniczką i też nie słyszymy na sali sądowej zszokowanych szeptów "whoa it's a black lady". A co do Barbary Gordon - mamy właśnie okazję rozpracować jedną z najgłupszych rasistowskich koncepcji w analizie mediów, zapnijcie więc pasy; czas na segment edukacyjny!
Otóż część amerykańskich (...i nie tylko, ale skupmy się na krajobrazie Stanów) rasistów to rasiści w pełni otwarci, którzy mówią z marszu "hej, ta postać jest czarna, nie lubię czarnych". Ale istnieje również kategoria cwaniaczków, którzy próbują zachować pozory społecznej akceptowalności i nie podają powyższego sentymentu wprost; zamiast tego ukuli przekomiczny termin "ginger erasure", czyli zastępowania w komiksowych adaptacjach rudowłosych postaci osobami niebiałymi. Wielkim proponentem oraz popularyzatorem tego hasła był Ethan Van Sciver, rysownik komiksowy (głównie pamiętany za pracę przy Green Lantern) oraz współcześnie - nie ma co przebierać w słowach - rasistowski aktywista, od lat spalony przez to w wiodących wydawnictwach.
Każda osoba znająca się na historii komiksu wytłumaczy z łatwością, dlaczego w historiach z lat '30-'60 mieliśmy takie natężenie rudych postaci: było to podyktowane fatalną jakością gazetowego druku (kolor czerwony łatwo się wizualnie wybijał) oraz potrzebą, by postacie były rozpoznawalne nawet w przypadku zmiany rysownika (standardowo mieliśmy więc postać blond, ciemnowłosą i rudą; dzięki temu wszyscy ogarniali, kto jest kto - nawet w przypadku zamazanego druku oraz nietypowej kreski gościnnego artysty). Mniej popularny rudy był kolorem zarezerwowanym przeważnie dla postaci drugoplanowych: kolegi głównego bohatera (Jimmy Olsen u Supermana), obiektu jego romantycznych westchnień (Mera z Aquamana, Jean Grey z X-Men) lub młodocianego pomocnika (Kid Flash).
Współcześnie, myśląc o wizualnej rozpoznawalności postaci oraz bardziej realistycznym obrazie społeczeństwa, często obsadza się w tych rolach osoby różnych etniczności, co jeszcze w latach '60 byłoby nie do pomyślenia (pierwsze czarne postacie - podkreślam, pełnokrwiste postacie, nie komediowe i często rasistowskie stereotypy - zaczęły na dobre pojawiać się w wiodących wydawnictwach komiksowych w 1970; świetnym przykładem jest Mal Duncan, pierwszy z czarnych Tytanów). Ot i całe słynne "ginger erasure"; siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat temu przedstawienie czarnych w mediach było w Stanach zbyt ryzykowne, dla wizualnego urozmaicenia wrzucano więc nadreprezentację rudych - a współcześni rasiści wzdychają do tych czasów jako do swojej złotej ery. Finałowym argumentem świadczącym o bzdurności całego konceptu jest ogłaszanie "ginger erasure" również w przypadku postaci, które... pozostały rude, ale do tego są teraz czarne (jak właśnie Barbara Gordon w Caped Crusader czy Starfire w serialowych Titans). Huh; zupełnie, jakby wcale nie chodziło o kolor włosów, wink wink, nudge nudge.
Wybaczcie wywód historyczny; powinienem chyba wrócić do pisania Paneli na niedzielę, żeby pospełniać się pod tym kątem! Tak czy inaczej, Caped Crusader to serial bardzo łatwy do polecenia: nastrojem przypomni wam o kreskówce z lat '90, ale pamięta też, że widownia jest już o parę dekad starsza. Pojawia się sporo nieoczywistych postaci (Onomatopoeia, Papa Midnite!) oraz uroczych mrugnięć okiem (dzieci występujące w jedynym z odcinków noszą imiona kolejnych Robinów... ale żadna "wielka fabuła" z tego nie wynika, to tylko tzw. pozdro dla kumatych); moim jedynym zastrzeżeniem jest, że przy całej oryginalności w innych aspektach... po raz kolejny opowiedziana jest historia prokuratora Harveya Denta. No cóż, nie ma rzeczy doskonałych - ale Caped Crusader i tak jest prawdopodobnie najlepszą adaptacją staromodnego Batmana z Golden Age: takiego, któremu bliższy jest Zorro i The Spirit (realne inspiracje stojące za postacią!) niż nolanowski żołnierz sił specjalnych z gadżetami a'la Iron Man. No i słuchajcie, nie chcecie zobaczyć Catwoman nie w lateksie, ale w klasycznej zielonej pelerynie i sukieneczce z lat '40?
Hej, kolejna SUABA produkcja! Venom był koniem pociągowym Sony od początku tego projektu i nic dziwnego; filmy były może schematyczne do bólu, ale Tom Hardy w całkiem udany sposób spełniał się komediowo grając naprzeciw smolistego komputerowego muppeta. Venom 3 nie jest inny: fabuła jest durna jak wiadro gwoździ, komiksowe inspiracje są odfajkowane w wersji absolutnego minimum, aktorstwo postaci drugoplanowych jest tak złe, że zęby bolą. To tak naprawdę centralna scena akcji oraz dorzucone dla picu fabularne przybudówki... and it's eminently watchable.
Słuchajcie: mamy tu kosmicznego potwora, który pożera faszerujących go kulami żołnierzy tak szybko, że nawet ich nie trawi: wytryskuje ich przez tył głowy jak mechaniczny rębak do drewna pluje trocinami. Mamy prysznic z kwasu (HYPERACID), który służy do dezynfekcji ciężarówek... przez ich stopienie. Mamy Venoma wchodzącego w błyskawiczną symbiozę z kolejnymi zwierzętami - koniem, żabą, rybą - zmieniającego wszystkie po kolei w komiczne zębate monstra. Mamy wyjętą z gorączkowego snu sekwencję, w której Venom tańczy jak bóg parkietu ze znajomą azjatycką emerytką, która akurat obłowiła się w kasynie i rezyduje w luksusowym apartamencie (w rytm Dancing Queen, no less). A skoro już jesteśmy przy muzyce, usłyszycie tu również Queen, Davida Bowiego czy... Maroon 5!
Nie jest to film dobry w tradycyjnym znaczeniu, ale nigdy przecież nawet nie próbował być: to B-movie through and through, bezwstydnie i radośnie; produkcja, która zostawi was w fotelu z myślą "co to w ogóle było". Moje jedyne uczciwe zarzuty dotyczą nietrafionych akordów emocjonalnych: sceny Eddiego oraz Venoma wyznających sobie uczucia oraz żegnających się ("Last Dance" zobowiązuje) są ckliwe, melodramatyczne i kompletnie podkopane przez absolutnie bzdurny ogólny ton filmu (...oraz muzykę Maroon 5). Nie wszystkie żarty są udane, ale żenujące, wywołujące jęczenie widowni dowcipasy to kluczowy element takiego kina; udzielam więc wybaczenia i błogosławieństwa.
Tak, powiem to: lepiej bawiłem się na Venomie 3 niż na Deadpoolu & Wolverinie. Deadpool to film klasy B, który udaje film klasy A; Venom nie ma z kolei absolutnie żadnych pretensji, nie udaje niczego ambitniejszego i jest autentycznie przedziwny oraz szalony w sposób, który najemnik w czerwonej skarpecie na głowie może tylko aktorsko imitować.
O, dostajemy też na ekranie Knulla, bardzo strasznego boga pustki i nicości starszego niż sam wszechświat! Knull was a crappy villain in the comics and he is a crappy villain here, a więc adaptacja jest w stu procentach wierna komiksom. Przemówiłem!
O Creature Commandos oraz stojących za nimi inspiracjach pisałem już dokładniej, ale gwoli przypomnienia: oryginalnie był to komiks wojenny z lat '80, do którego - była to już w końcu schyłkowa era tego gatunku - dla ożywienia formuły wprowadzono klasyczne potwory w roli bohaterów. Koncept ten w jasny sposób wyprzedzał Hellboya (1993), który zbudował całą swoją tożsamość na bazie niejednoznacznych potworów walczących z nazistami; w przykładzie wtórnej inspiracji wydawnictwo DC imitowało Hellboya z kolei, kiedy Creature Commandos wrócili na łamy w 2011 (w serii Frankenstein, Agent of S.H.A.D.E.).
Jest więc bardzo zabawne, że David Harbour - odtwórca roli Hellboya w raczej chłodno przyjętym filmie z 2019 - udziela tu głosu potworowi Frankensteina! Ale do rzeczy: Creature Commandos to kolejny projekt Jamesa Gunna opowiadający o grupce skazańców zmuszonych do utworzenia nieoczywistego zespołu (Guardians of the Galaxy, Suicide Squad...) - tym razem podany w formie krwawego serialu animowanego. Tytułowe Komando otrzymuje zadanie uchronienia przed zamachem księżniczki fikcyjnego, plus-minus bałkańskiego kraiku; pojawiają się komplikacje (w rodzaju potwora Frankensteina trafiającego na trop swojej Narzeczonej i darzącego ją niechcianą stalkerską miłością), sojusze ulegają zmianom, krew leje się obficie. Wszystko to sprawnie napisane; każdy dwudziestominutowy odcinek posuwa do przodu główną fabułę, ale też - w klasycznym manewrze - skupia się w retrospekcjach na dawnych losach jednego z członków lub członkiń komanda, by była okazja odpowiednio emocjonalnie się z nimi związać. A nie wszyscy zakończą misję żywi!
Akcja jest wartka, muzyka świetna - dużo tu inspiracji wschodnioeuropejskim folkowym brzmieniem! - i wręcz choreograficznie zgrana z tym, co widzimy na ekranie; uderzenia pięści i kul nierzadko wchodzą dokładnie w ten bałkański rytm, zaś każdy odcinek wydaje się obowiązkowo mieć przynajmniej jedną centralną sekwencję muzyczną (think Fineas & Ferb, but with grindhouse gore). Jest emocjonująco i emocjonalnie - nawet, jeśli Gunn nieco zbyt banalnie gra swoimi przewidywalnymi akordami (zobacz, zwierzątko cierpi, czy to nie smutne?; pamiętacie, jak męczyli Rocketa w Strażnikach?).
Gdybym miał mieć jakiś zarzut, byłoby to pewnie zbędne epatowanie seksem; biuściasta księżniczka paradująca w negliżu, Narzeczona Frankensteina tracąca w boju fragmenty stroju, ass shot after ass shot of naked Nina Mazursky (she's a fish lady, but still) i cała sekwencja rozgrywająca się w burdelu z minimalnie odzianymi paniami. Tak, wiem, to metoda pokazania, że ta animacja jest "dla dorosłych", ale i tak wydaje się to kinda sleazy; szczególnie, że analogicznej męskiej golizny jest tam może jedna scenka. Jeśli celowało to w grindhouse'owy paradygmat, to zabrakło samoświadomości, autodyskusji; pokażę wam kiedyś serię komiksową, która robi ten sexy grindhouse flavor w udany sposób oraz w lepszym smaku - obiecuję!
Ale poza tym jest to solidnie napisana, dynamiczna porcja zabawy - i nie trzeba chyba dodawać, że G. I. Robot oraz jego prosta, kluczowa dyrektywa strzelania do nazistów wzięły fandom komiksowy memetycznym szturmem. Cóż, takie czasy!
I to tyle w tym pakiecie; tym razem bez Testu Tytanów z poprzednich wpisów, żeby nie doić już ponad miarę jednego żartu! Największe pozytywne zaskoczenie to moim zdaniem The Penguin, co jest osiągnięciem samo w sobie: słyszałem, że to dobry serial, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Największe rozczarowanie? No cóż, Deadpool & Wolverine; przed seansem spotkałem się z wieloma pochlebnymi opiniami i być może zbudowałem sobie zbyt wysokie oczekiwania, a okazało się, że to generalnie kolejna część Deadpoola i tyle - zaś ani pierwszy, ani drugi nie były moim zdaniem filmami szczególnie pamiętnymi.
Bywa i tak! Generalnie był o jednak solidny okres dla komiksowych adaptacji; trzymam kciuki, by dobra passa trwała!







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz