poniedziałek, 28 lipca 2025

Muzyczne Poniedziałki: who's next?

Odszedł ostatnio Mark Snow, kompozytor niezapomnianego motywu otwierającego Z archiwum X; odszedł Ozzy Osbourne, sława tak wielka, że pół internetu pogrążyło się we wspominkach. Dziś z kolei gruchnęła wieść, że z padołem łez pożegnał się Tom Lehrer... i była to jedna ostatnia niespodzianka z jego strony, gdyż ten amerykański muzyk oraz satyryk święcił triumfy jeszcze w latach '50. Lehrer dożył pięknego wieku 97 lat i zdarzało mu się powtarzać - choć zdecydowanie był to element scenicznej kreacji - że odszedł od muzyki, gdyż rzeczywistość dawno już przegoniła jego satyryczne pomysły. 

Chociaż niektóre elementy starych tekstów Lehrera mogą współcześnie wydawać się sorta mean, zawsze był progresywną postacią - i wcale nie był niewolniczo przywiązany do scenicznego wizerunku posługującego się perfekcyjną angielszczyzną eleganta. Gdy jego kawałek Old Dope Peddler doczekał się wykorzystania w 2012 na debiutanckim albumie rapera o barwnym pseudonimie 2 Chainz, Lehrer był wniebowzięty, że 60 lat po premierze rzecz nadal jest pamiętana...

...co wyraził następująco: 

"As sole copyright owner of 'The Old Dope Peddler', I grant you motherfuckers permission to do this. Please give my regards to Mr. Chainz, or may I call him 2?"

Tom Lehrer zrobił też bardzo interesującą rzecz: jeszcze za życia zrzekł się wszelkich praw do swoich tekstów i kompozycji, włączając je świadomie do domeny publicznej.  


Notka (zamieszczona na stronie artysty) kończy się następująco:


THIS WEBSITE WILL BE SHUT DOWN AT SOME DATE IN THE NOT TOO DISTANT FUTURE, SO IF YOU WANT TO DOWNLOAD ANYTHING, DON’T WAIT TOO LONG.
Tom Lehrer
November 26, 2022

Jeśli macie ochotę uczcić pamięć Toma lub zapoznać się z jego twórczością, odwiedźcie więc witrynę tomlehrersongs.com!

piątek, 25 lipca 2025

Komiksiarstwo na ekranie: Superman

Dawno nie poświęciłem pełnego wpisu na jeden film, ale hej - to Superman, kwintesencjonalny superbohater oraz oficjalne już nowe otwarcie kinowego uniwersum DC! Jak zwykle, spodziewajcie się tu raczej perspektywy wieloletniego entuzjasty komiksów niż znawcy kina - lecz z miejsca zdradzę, że wyszedłem z kina zadowolony: James Gunn podjął wiele bardzo dobrych decyzji (...oraz kilka dość dziwnych, ale bez nich nie byłby to chyba film Gunna). 

Spoilerów będzie po kokardę, no bo jak tu solidnie omówić film bez nich? 

Po pierwsze: uff, nareszcie! Nowe uniwersum DC rodziło się długo i w bólach: mieliśmy projekty przejściowe (Blue Beetle, drugi Suicide Squad), mieliśmy "to nie jest stare uniwersum, ale nowe chyba też raczej nie" (The Batman, Pingwin), mieliśmy "no to już właściwie nowy kanon, ale jeszcze się nie deklarujmy, co nagle to po diable" (Peacemaker), mieliśmy "niekanoniczne, ale wybadajmy wody i zróbmy taki test run nowego uniwersum w humorystycznej animacji" (My Adventures with Superman), mieliśmy "no teraz to już zdecydowanie nowe uniwersum, ale oficjalnie poczekajmy do filmu kinowego" (Creature Commandos)... no i teraz w końcu, w końcu możemy już oficjalnie mówić o nowym kinowym uniwersum DC.

Gods and Monsters, brzmi organizacyjny wspólny tytuł pierwszego rozdziału tego projektu - i fraza ta pojawia się już w pierwszych minutach najnowszego filmu. Dowiadujemy się, że era metahumans (jak zwykło się określać super-postacie w DC) trwa już od około trzystu lat, zaś Superman znany jest światu od trzech - co z jednej strony sprawnie wrzuca nas in media res (bo czy naprawdę ktoś potrzebuje tłumaczenia, kim jest Superman czy Lex Luthor oraz kolejnej origin story?), a z drugiej - nie przywiązujmy się przesadnie do tych dat, bo gwarantuję, że wylecą za okno przy pierwszym wymagającym tego projekcie (cała komiksowa iluzja continuity to przecież jeden wielki misz-masz). Rozumiem jednak wprowadzenie tego elementu na ekran: potrzebujemy jakiegoś kontekstu, jakichś ram czasowych, i te są nie gorsze niż jakiekolwiek inne.

Nie dziwię się, że jedne z pierwszych oficjalnie pokazanych kadrów pochodziły z tej sceny: 

Był to kadr z Supermanem zakładającym buty, który wywołał w internecie jakieś osobliwe poruszenie: "ale jak to Superman zakłada buty?!?!" albo "coś tam się dzieje za oknem, a ten siedzi z butami, co to za superbohater?!?!?"

Film dostarcza jednak pełnego kontekstu: to scena ważnej, intymnej rozmowy pomiędzy Supermanem a Lois. Owszem, za oknem widać jakieś kolorowe dziwo - jest to ponoć imp z piątego wymiaru, mrugnięcie okiem do klasycznej postaci Mr. Mxyzptlka - ale jest ono już tłuczone przez innych superbohaterów, w tym Green Lantern dość komicznie nawalającego wielkim zielonym bejzbolem. Sekwencja ta stanowi, moim zdaniem, klucz tematyczny do całego filmu, jeśli nie całej filozofii stojącej za nowym DC: potwory i superbohaterowie są tam... może nie "codziennością", ale niezaprzeczalnym faktem natury. Ważniejsi niż kolorowa maszkara za oknem są jednak ludzie oraz ich osobiste, emocjonalne historie; Green Lantern już tam pałuje tego impa, skupmy się na relacji Lois i Supermana. Dzięki light show za oknem powolna, emocjonalna scena dialogu nie jest wizualnie nudna - i otrzymujemy solidną porcję kontrastowego humoru. Zabawne było obserwowanie na sali kinowej, jak różne progi absurdu mają poszczególne osoby na widowni: jedna chrząknęła śmiechem szybciutko, inna zaczęła rechotać dopiero po chwili. Patrząc z perspektywy komiksowej: mamy współczesne, realistyczne odwzorowanie emocji oraz relacji międzyludzkich, ale w zabawnym tle wyciągniętym niemalże z komiksowej Silver Age, z szalonych i wesołych lat '60.       

A skoro już mowa o Silver Age, nie sposób pominąć... 

Superpies Krypto! Superroboty! Forteca Samotności! (Szybki aside: wiecie, że Fortress of Solitude to arktyczna baza, z której korzystał... Doc Savage, pulpowy bohater z lat '30? Batman zrzynał od pulpowego The Shadow i Zorro; Superman miał własny krąg inspiracji!)

Scena w Fortecy jest jedną z pierwszych i - ponownie - doskonale ustawia ton całości. To już nie smutny, tragiczny, "unowocześniony" Superman Zacka Snydera; to pulpowa, kreskówkowa zabawa. Skąd wziął się Krypto? Czy to nie dziwne, że inna planeta wydała nie tylko istoty bliźniaczo podobne do ludzi, ale i do naszych psów? Czy to nie dziwne, że Kal-El to niby taki ostatni ocalały, a okazuje się, że nawet pieska wysłali z tej umierającej planety? Czy to nie dziwne, że ten piesek nosi pelerynę? Odpowiedź na te wszystkie te "zatroskane realizmem" pytania jest prosta: tak, a o co chodzi? Obecność Krypto (i to w bardzo klasycznej wersji!) to kolejna deklaracja; Gunn decyduje się nie wstydzić szalonej Silver Age i porzucić nolanowsko-snyderowski "realizm" na rzecz radosnego campu. Jak dla fana komiksów - trudno o lepsze wieści!   

Adventure Comics #210, 1955; autor - Otto Binder, późniejszy twórca Legionu Superbohaterów (1958)! Jak wiele postaci z tej ery, Krypto był w zamierzeniu jednostrzałową, humorystyczną postacią w przygodach Superboya; bardzo pozytywny czytelniczy odbiór pomógł mu jednak trwale wejść do komiksowej obsady.

Ciekawa jest ekranowa ewolucja psiej postaci: Krypto z Supermana nie jest nawet pierwszym Krypto w aktorskim projekcie na przestrzeni ostatnich lat. W serialu Titans (2018-2023) super-czworonóg nie tylko doczekał się występu, ale był bez mała jedną z głównych postaci. OK, zaszalejmy, dajemy superpsa, wyobrażam sobie dialog w pokoju scenarzystów, ale nie idźmy może na całość w Silver Age...  

... i tak Krypto stał się efektem całkiem ziemskich eksperymentów nad kryptoniańskimi genami, podobnie zresztą jak Conner - ekranowy Superboy.

W Supermanie wahadło nastrojów realism-whimsy wychyliło się już w pełni ku fantazyjności: podobnie jako w 1955 otrzymujemy pieska w pelerynce. A że przecież lubimy zwierzaki, Krypto to gwiazda każdej sceny: czy to demoluje otoczenie, czy szarpie kogoś za nogawkę, czy z wywalonym jęzorem goni za supertechnologicznymi T-Spheres niby za piłeczką w parku ("to nie są tanie rzeczy", strofuje go zrezygnowany Mr. Terrific).  

Ano właśnie, Mr. Terrific i reszta ekipy!

Gunn - swoim zwyczajem - zdecydował się umieścić na ekranie nie do końca zgrany zespół mniej znanych postaci. Zamiast klasycznej Ligi z trójcą Superman/Batman/Wonder Woman widzimy więc drużynę sponsorowaną przez Maxwella Lorda (komiksowego sponsora Justice League International), która nie może jeszcze nawet zdecydować się na odpowiedni szyld; Justice Gang, próbuje przepchnąć Green Lantern, na co reszta ekipy wywraca oczami.

Zdecydowanie są to geny właśnie wspomnianej JLI: relatywnie mniej znane postacie, Maxwell Lord u steru (choć w filmie dostał raptem jedną scenkę, gra go Sean Gunn, brat Jamesa; wnioski na przyszłość można wyciągnąć), Green Lantern Guy Gardner jako komediowy buc i palant. Będę zdziwiony, jeśli w którymś z kolejnych projektów nie pojawi się chyba najsłynniejsza scena z Gardnerem: ta, w której wkurzony rzuca się z łapami na Batmana i zbiera w ryja - po pojedynku trwającym dokładnie... one punch

"What happened to him? Is he dead? Naw... we couldn't be that lucky!"

Sekwencja powyżej pochodzi z komiksu Justice League #5 z września 1987; "International" pojawiło się w tytule dopiero od numeru #7. W Supermanie pierwsze skrzypce drużyny (do której Kal-El nie należy) gra zdecydowanie czarny heros Mr. Terrific: pewny siebie do stopnia chłodnej arogancji, ale uczciwie popierający to kompetencjami... oraz okazjonalnie pozwalający sobie na odrobinę dry wit. Chociaż Mr. Terrific kojarzy się współcześnie właśnie z Michaelem Holtem, czarny geniusz pojawił się dopiero w 1997 i jest tzw. legacy hero; pierwszą osobą noszącą tytuł był Terry Sloane - to on zapoczątkował tradycję noszenia na kostiumie sloganu FAIR PLAY. Ciekawe, czy ekranowy Mr. Terrific również ma podobną historię!

Senasation Comics #1, styczeń 1942

I jeszcze jedna ciekawostka: live-action Krypto pojawił się wcześniej w serialowych Titans, Mr. Terrific był zaś jedną z głównych postaci serialu Arrow - tam w nieco innej interpretacji, gdyż zamiast "Michael" miał na imię "Curtis" i był grany raczej jako młody heros-praktykant pod skrzydłami Oliviera.

Echo Kellum nosił jednak w tej roli maskę i kurtkę nie gorsze niż te filmowe - z obowiązkowym FAIR PLAY na rękawach!

Nie sposób też nie wspomnieć o pojawiającej się króciutko w Supermanie... Supergirl! 

W tej roli Millie Alcock!

Byłem pod wrażeniem tej krótkiej scenki, ponieważ - jak wiele scen w Supermanie - działała sprawnie na kilku poziomach. Powierzchownie była to sekwencja komediowa; Kara zataczając się wpada podchmielona do Fortecy Samotności, mówi na kuzyna bitch, bawi się przez moment z Krypto; the audience laughs.

Tymczasem - to była scena tragiczna.

Kara jest tu w klarowny sposób - od sytuacji aż po brązowy płaszcz - wyciągnięta z otwarcia komiksu Supergirl: Woman of Tomorrrow, moim zdaniem najlepszego z komiksów Toma Kinga. Jako Kryptonianka musi oddalić się od żółtego słońca, by móc poczuć wpływ alkoholu; odwiedza więc planety pod czerwonymi gwiazdami, gdzie może się w spokoju znieczulić. A potrzebuje tego, by zagłuszyć wyniszczający kompleks ocalałej; Superman opuścił Krypton jako niemowlę, ona była już świadomą nastolatką (ich widoczna różnica wieku jest tłumaczona relatywizmem czasu, podróżami kosmicznymi, takie tam). Kontakt Kal-Ela z rodzimą planetą to garść nagrań i nieco technologii; Kara była świadkinią więcej niż jednej apokalipsy i hurtem grzebała zmarłych zanim osiągnęła pełnoletniość. Z początku Woman of Tomorrow Kara jest pełna autodestrukcyjnej rezygnacji: albo ktoś ją zadźga w kosmicznej tawernie pod czerwonym słońcem, albo chociaż się upije; both are fine with her

Supergirl: Woman of Tomorrow #1, 2021. Zwróćcie uwagę na płaszcz!

Otrzymujemy więc migawkę Kary, która przez trzydzieści sekund może wydawać się fun party girl i budzić radość widowni... ale to nie to, i spodziewajmy się, że Krypto zostanie ranny pod jej opieką, a Maid of Might - tknięta złością i poczuciem winy - ruszy w kosmiczną odyseję, by postawić pieska na nogi. Solowy film Supergirl już w przyszłym roku!

Inna istotna scena to oczywiście ta dotycząca mediów: Superman robi dobrą minę do złej gry, ale jest mu bardzo przykro, że ludzie w internecie piszą o nim niemiłe rzeczy. Gdy później zostaje pojmany przez Lexa Luthora i wtrącony do kazamatów miliardera widzimy krótką przebitkę na źródło nienawiści: Lex pokazuje z dumą farmę botów, czyli - z komiksową wizualną fantazją - halę pełną klepiących w klawiaturę wściekłych małp z chipami w mózgach. 

"SUPERMAN NAJGORSZY!!!1!"

Scena wywołała jeden z największych śmiechów podczas seansu i nic dziwnego; małpy=śmiesznie, stare prawo, a do tego metafora była bardzo sprawna. Ale głupie, może oburzyć się ktoś dbający o realizm, czy Lex Luthor nie mógłby zwyczajnie napisać jakieś bota AI? Po co mu te małpy? Ale małpy są potrzebne dla szerszej metafory: wyszczerzone, wściekłe pyski i groźne pokrzykiwanie to dobry karykaturalny obraz emocjonalnego internetowego trolla, zapadający w pamięć dużo bardziej niż "realistyczna" farma botów (a do tego: czy nie kojarzycie może jakiegoś realnego miliardera, który wszczepia małpom chipy do mózgu?). Bez małp nie mielibyśmy też ładnego zamknięcia metafory pod koniec filmu: gdy Lex zostaje pokonany, uwolnione z ciemnej serwerowni małpki wybiegają pospołu na światło dzienne, ciesząc się naturą, wspinając na drzewa, bawiąc z Krypto. Nawet dla tych zafiksowanych internetowych trolli jest nadzieja, mruga do nas okiem Superman; koniec końców są tylko (często sterowanymi przez potężniejsze siły) więźniami nienawiści, hopefully there is a way to free them. Bez tej ostatniej sceny byłaby to tylko dehumanizująca karykatura; małpki na wolności pogłębiają wymowę konceptu.

W innym wątku o mocno humanistycznej wymowie: ostateczny upadek Luthora przychodzi nie za sprawą kryptoniańskich pięści, a jego własnej antypatycznej osobowości. Ludzie - początkowo skuszeni blichtrem sławy i bogactwa - ostatecznie zwyczajnie nie chcą pracować z furiatem i zazdrośnikiem; od technika nadzorującego systemy aż po Eve Teschmacher, dziewczynę Lexa, która ostatecznie woli skromnego dobrego chłopca Jimmy'ego Olsena.  

W tej roli Skyler Gisondo!

Cieszę się bardzo z całkiem sporej ekranowej obecności Jimmy'ego; choć niepozorny, to jedna z ważniejszych figur w analizie komiksu superbohaterskiego (nie wierzcie mi na słowo - Grant Morrison pisał o tym obszernie). W jednej strony: Jimmy, Superman's Pal, reprezentuje ludzkość w wielu jej twarzach i odsłonach; z drugiej - jest cudownie szaloną w swych wielorakich transformacjach figurą. Superman skupił się na jego dziwnym magnetycznym uroku:   

"What is this strange fascination I exert over gorgeous babes?"

Może nawet było to komediowo zagrane za mocno, bo Jimmy wydawał się koniec końców nie zwyczajowym niewinnym barankiem, a odrobinę zbyt cynicznym reporterem kapitalizującym na uczuciach Eve... ale film nadrobił to podkreślając, że Eve nie jest bynajmniej słodką idiotką trzaskającą sexy focie. Mam nadzieję, że Jimmy doczeka się pogłębionej charakteryzacji; ma w końcu prowadzić własny serial, będzie więc na to miejsce - i mogę tylko trzymać kciuki, by doskonała seria Superman's Pal Jimmy Olsen Matta Fractiona była inspiracją równie mocną, co Woman of Tomorrow w przypadku Supergirl. 

A co do postaci negatywnych... 

Nicholas Hoult świetny w roli Lexa!

Kolejny dobry wybór: wiele ekranizacji superbohaterszczyzny (ale w sumie i mediów ogółem) przyzwyczaiło nas, że łotr musi być złożony, godny współczucia, najlepiej jeszcze o tragicznej przeszłości lub motywowany zrozumiałymi przesłankami; just misguided or going too far. To oczywiście zrozumiałe, ale czasami - dla przełamania monotonii - przyda się też złoczyńca, który jest mwa-ha-ha evil; a gdzie lepsze na to miejsce, niż w historiach superbohaterskich? Lex jest antypatyczny, kierowany najniższymi przesłankami, socjopatyczny w traktowaniu otoczenia; nawet jego "charyzmatyczne" momenty mają posmak pozerstwa, cynicznej autokreacji oraz pragnienia zbierania poklasku od internetowych przydupasów. To nie jest postać do analizy pod kątem charakterologicznej złożoności; to przykład negatywny, encyklopedyczna ilustracja stwierdzenia "te cechy charakteru są okropne, nie ma tu czego usprawiedliwiać". W jednej z finałowych scen słyszymy nawet - morał wbijany młotkiem do głowy, ale czasem trzeba - że "niezależnie od poglądów politycznych możemy się wszyscy zgodzić, że Lex Luthor to ćwok". Nie szukaj tu głębi oraz usprawiedliwień, zdaje się mówić Gunn; to zły koleś - dbaj po prostu, żeby nie być jak on.   

I jak mu łezki poleciały ze złości, kiedy wszystko mu się posypało, jak ładnie to zagrał!, cieszyła się po seansie żona. 

And then there is The Engineer.

Engineer, Angela Spica - nazwana nawet tak w Supermanie, nie ma więc mowy o jakiejś innej Engineer o podobnych mocach - to oryginalnie... postać pozytywna, dziwnie było więc widzieć ją jako popleczniczkę Luthora. Nie wywodzi się nawet z głównego DC, a z WildStorm - początkowo osobnego wydawnictwa założonego na fali creator-owned biznesów z lat '90, później zaś imprintu DC zachowującego jednak status osobnego uniwersum (...a w końcu w pełni zintegrowanego z głównym DC, ale nie kopmy dziś przesadnie w wydawniczych zawiłościach).  

The Authority #6, październik 1999

Engineer należała do Authority: zespołu, który miał być "nowoczesną" odpowiedzią na powtarzane od lat zarzuty wobec narracji superbohaterskich: że bohaterowie są reaktywni, nie proaktywni, że ich działania nie mają tak naprawdę realnego wpływu na świat. The Authority - drużyna będąca ekwiwalentem Justice League - szczyciła się więc swoją "proaktywnością": powodowała wielkie zmiany w kształcie całego świata, łotrów mordowała raz na zawsze, takie tam. Czujecie pewnie, że nie byłem szczególnym fanem, ale zresztą pisałem o tym nieraz: był to moim zdaniem cynizm pomylony z  dojrzałością, któremu towarzyszyło szybkie scenariuszowe zapisanie się w kozi róg i stale spadająca sympatia do postaci. Nie przeczę, że była to całkiem dobra szerokoekranowa rozrywka - inwazje z innego wymiaru, konfrontacja superbohaterów z Bogiem - ale ostatecznie był to też wykwit nieznośnej na dłuższą metę edginess wczesnych lat '00, z synonimicznymi wręcz z takimi klimatami autorami jak Warren Ellis (miałem już o nim kilka słów do powiedzenia) czy Mark Millar.

The Authority to - w nowym rozdaniu filmowego DC - jeden z planowanych filmowych projektów. Żywię więc nadzieję, że (jeśli dojdzie do skutku) będzie to nie imitacja bezwładnego, skupionego na szoku i widowisku cynizmu lat '00, a współczesne rozliczenie z tą erą; Engineer jako postać negatywna w Supermanie może tu sugerować podobny kierunek, i kto wie, być może dostaniemy rekonstrukcjonistyczny w wymowie projekt w rodzaju What's So Funny About Truth, Justice and The American Way?, po prostu z The Authority w miejscu drużyny The Elite. 

Nasuwa się jeszcze jedno ostatnie porównanie: kinowe uniwersum Marvela wyrosło właśnie na kanwie The Ultimates, zmodernizowanego i cynicznego obrazu Avengersów z wczesnych lat '00 (autorstwa wspomnianego Marka Millara zresztą). Linia Ultimate miała stanowić uproszczoną, zwięźlejszą i ogólnie bardziej sexy wersję marvelowskiej continuity dla czytelników dwudziestego pierwszego wieku i przez parę lat był to wielki sukces - aż pojawiły się klasyczne problemy, czyli nowa continuity robiąca się praktycznie równie nieprzystępna i wykluczająca dla świeżaków, co ta stara. Podobny proces obserwowaliśmy na kinowym ekranie; po pierwszym zachwycie coraz częściej słychać już było głosy, że trudno oglądać kolejny film z serii jako niezależną produkcję, a fiksacja na "budowaniu spójnego uniwersum" (w praktyce obciążaniu produkcji często pozbawionymi kreatywnej radości "gościnnymi występami", byle tylko zbudować podwaliny pod kolejny projekt) staje się ważniejsza niż same indywidualne historie.

Mam więc nadzieję, że kinowe DC - czerpiąc już z nowych wzorców oraz bogatsze o dwie dekady komiksowych doświadczeń - nie będzie próbowało imitować tej sztywnej continuity, a przybierze formę bardziej mitologiczną. Jak coraz częściej mówią współczesne komiksy: czy to kanon, czy nie? A co to za różnica; jeśli nie kłóci się z niczym innym, to kanon, jeśli kłóci, to wybierz swoją preferowaną wersję. Mity mogą być przecież równoległe, alternatywne, konkurujące, same wręcz sobie zaprzeczające - i nie trzeba tego uzasadniać multiwersami czy podróżami w czasie; taka przecież, od starożytności, jest natura mitów i legend.

So let's see where Gods and Monsters take us.

poniedziałek, 21 lipca 2025

Muzyczne Poniedziałki: mylące pseudonimy i moc elektryczna!

Ależ klasyk na ścieżce dźwiękowej, pomyślałem oglądając ostatnio marvelowską Ironheart (pozytywne zaskoczenie i całkiem sprawnie pomyślany serial, swoją drogą)! A że i tak miałem ochotę na podzielenie się dzisiaj jakimiś wakacyjnymi rytmami, pasuje idealnie - oto Chaka Khan oraz Ain't Nobody

Kiedy lata temu zobaczyłem gdzieś na albumowej liście wykonawców "Chaka Khan" natychmiast wyobraziłem sobie oczywiście stojącego za konsoletą tytanicznego Mongoła obwieszonego czaszkami wrogów. Rzeczywistość okazała się inna: pod pseudonimem tym kryje się królowa funku Yvette Marie Stevens! "Chaka" wzięło się od afrykańskiej ceremonii nadawania imion (słówko oznacza "ogień"), zaś Khan to po prostu nazwisko faceta, z którym swego czasu zetknął ją los.

No cóż! Nadal jednak lubię sobie wyobrażać, że ten mój wyimaginowany mongolski wódz obsługuje gdzieś tam w zespole syntezator. Z ciekawostek: w 1984 utwór ten znalazł się na soundtracku filmu Breakin', który sam w sobie nie zawojował może świata... ale błyskawicznie (po siedmiu miesiącach!) doczekał się sequela o tytule żyjącym dotąd nieśmiertelną sławą: Breakin' 2: Electric Boogaloo.


♫ So don't miss it! Breakdance 2!

If you forget it, you'll regret it - ELECTRIC BOOGALOO! 

Gdzie zaginęła ta szkoła tworzenia trailerów! Breakin'/Breakdance, gdyż film otrzymał różne tytuły na różnych rynkach.

piątek, 18 lipca 2025

Power Girl: Power Trip

Przy okazji jednego z ostatnich sezonów animowanej Harley Quinn część fandomu Nightwinga była zniesmaczona komediowym zredukowaniem go do jednej cechy - a mianowicie tego, że ma fenomenalny tyłek (co jest zresztą żartem uświęconym wieloletnią tradycją). Na to z letargu obudził się fandom Power Girl, mruknął kids, you know nothing about a character being reduced to their body i przewrócił się na drugi bok chrapać dalej (tak, jestem częścią tego fandomu).

Dzisiaj weźmiemy na warsztat świetną serię Power Girl: Power Trip!  

Piszę "serię", gdyż dostępne aktualnie na rynku wydanie zbiorcze zawiera zeszyty oryginalnie ukazujące się co miesiąc od 2007.

Zacznijmy od poruszonej już powyżej kwestii oczywistej:

"I suggest getting one."

W szerokiej percepcji pierwsze skojarzenie z Power Girl to przeważnie "biust", którym kuzynka Supermana wyróżnia się nawet na tle innych - i tak przecież często obficie rysowanych - superbohaterek. Co czytasz?, spytała mnie ostatnio żona, a gdy usłyszała odpowiedź - natychmiast się ucieszyła: ooo, Boobs Girl! Co tam u niej? Ano właśnie w ostatnich latach nie za dużo, gdyż czasami pojawia się seria na tyle udana i definiująca dla postaci, że aż trudno po niej przejąć pałeczkę (na dobrą sprawę Power Girl otrzymała ponownie solowy tytuł dopiero w 2023). Taka właśnie była Power Girl autorstwa Amandy Conner oraz Jimmy'ego Palmiottiego! Niemal dwadzieścia lat po premierze nadal jest to, moim zdaniem, definitywny obraz Power Girl - w ten sam sposób, w jaki Fraction i Aja stworzyli wersję Hawkeye'a, którą mogę tylko określić jako the Hawkeye.

It's cute and clever; it's both humorous and respectful to the character; but above all, it's really fun.  

Wejście naszej bohaterki - pamiętam, że w 2007 złe roboty z pierwszego numeru budziły skojarzenia z komputerowym BioShockiem (komiks ukazał się miesiąc wcześniej niż gra, ale jedno i drugie potrzebuje dłuższego procesu twórczego, więc to raczej przypadkowa zbieżność).

Kim właściwie jest Power Girl? Zazwyczaj jest to alternatywna wersja Supergirl z równoległego świata; również kuzynka Supermana, ale - pomimo girl w przydomku - już zdecydowanie woman: starsza, dojrzalsza i pewniejsza siebie. Komiksowa continuity jest oczywiście bardzo płynna, ale miejsce pochodzenia naszej bohaterki - Earth-2 - to tradycyjnie pierwsza z alternatywnych Ziem oraz miejsce wydarzeń klasycznych komiksów z Golden Age. Superbohaterowie istnieli wystarczająco wcześnie, by walczyć w trakcie drugiej wojny światowej,  a Superman miał już skronie przyprószone siwizną i nosił imię Kal-L - w kontraście do Kal-Ela z "naszej" rzeczywistości.

W 1986 miało miejsce znaczące przetasowanie realiów DC: Crisis on Infinite Earths, komiks będący wzorcem dla całej linii późniejszych publikowanych zarówno przez DC, jak i przez Marvela "multiwersalnych kryzysów", w których zderzają się oraz giną całe światy. W rezultacie dramatycznych wydarzeń Earth-2 przestała istnieć i tylko garstce osób udało się z niej ocaleć; jedną z nich była właśnie Power Girl.

...ale czy na pewno?

Od tego właśnie pytania rozpoczyna się Power Trip - pierwsze zeszyty w wydaniu zbiorczym to JSA Classified #1-4; to one dały zresztą tytuł tomowi. Scenarzystą tej opublikowanej w 2005 rozbiegówki był Geoff Johns, architekt całej ery wydawnictwa - i, jak na architekta przystało, podjął się niewdzięcznego zadania usystematyzowania historii naszej bohaterki.

Ktoś jednak musiał to zrobić!

Na przestrzeni lat Power Girl obrosła bowiem bagażem: w pewnym momencie miała być nie Kryptonianką, a rzuconą przez czas wnuczką arcymaga z Atlantydy, Ariona. A może jeszcze inaczej? Inkarnacja Legionu Superbohaterów z lat '90 - nieformalnie tzw. Archie Legion, od stylu graficznego przypominającego komiksy z nastolatkami z Riverdale - nie mogła akurat wykorzystać Supergirl; jej miejsce wypełniono więc podobną (lecz wcześniej niewidzianą) kosmiczną blond-bohaterką o imieniu Andromeda. Czyżby zatem Power Girl miała być właśnie Andromedą z przyszłości? Sugeruje to pojawiający się u Johnsa Legion...

...nie do końca!

W uroczym metanarracyjnym zabiegu Geoff Johns pokazuje kompletne skonfundowanie głównej bohaterki sprzecznymi, wykluczającymi się biografiami - by w końcu zdradzić, że całe zamieszanie było (jakżeby inaczej!) dziełem superłotra, który mieszając jej w głowie próbował doprowadzić ją do szaleństwa.

Owszem, po prawej widzimy też pragnący zawłaszczyć Power Girl złowieszczy Crime Syndicate z Ziemi-3. Powiedzcie - jak tu zachować zdrowe zmysły przy tylu równoległych wersjach własnego życia? 

Johns rozcina ten węzeł gordyjski w najbardziej klasycznie komiksowy sposób: Power Girl daje superzłoczyńcy w ryja, wszelkie iluzje rozpływają się na wietrze i zostajemy z jedną ugruntowaną wersją: Power Girl jest definitywnie Kryptonianką z Ziemi-2, kuzynką Supermana.

Nim przejdziemy do głównego dania - czyli serii Conner i Palmiottiego - skupmy się na jeszcze jednej scenie z JSA Classified: tej, w której Power Girl rozmawia z kuzynem na temat swojego boob window.

"I wanted to have a symbol like you (...) close the hole (...) but I haven't."

Cóż powiedzieć - Geoff Johns trochę się tu zagalopował w dokładaniu modnej wówczas "nowoczesnej reinterpretacji", i obecnie scena ta jest przywoływana raczej jako przykład kompletnie niepotrzebnej i nieprzekonującej racjonalizacji (co tu kryć, nawet w 2005 jej odbiór był podobny).

Obecność czterech zeszytów JSA Classified w tym tomie to historycznie zrozumiała rzecz - jak pisałem, stanowiły one test run przed solową serią, były rysowane przez jej późniejszą artystkę oraz ugruntowywały historię postaci. Z drugiej strony - Power Girl pod piórem Geoffa Johnsa jest nietypowo przybita, zdezorientowana oraz płaczliwa; spójrzcie tylko na jej mimikę w powyższych panelach! Na pewnym poziomie to zrozumiałe: przechodzi właśnie przez prywatny kryzys tożsamości oraz jest atakowana na pełnym gazie przez empatyczne, halucynogenne moce superłotra; trudno w takich warunkach zachować emocjonalną stabilność.

Ale - wraz z ostatnimi stronami tej fabuły - dog days are over. Power Girl po raz pierwszy od dawna czuje się swoją własną osobą i jest gotowa do ruszenia na podbój świata... a jest przecież co podbijać, gdyż jej cały oryginalny świat odszedł w niebyt! Jest imigrantką w dwójnasób - z Kryptona oraz z alternatywnego wszechświata - nie powinna więc dziwić symbolika finałowej strony:   

Geoff Johns nie jest tu szczególnie subtelny w metaforyce, ale pomyślcie - dwadzieścia lat później i tak nadal mamy ludzi zdziwionych, że historia postaci przybywających z planety Krypton do Stanów ma proimigrancką wymowę. 

Od tego momentu - czyli od zeszytu Power Girl #1 z 2007 - jedziemy już na pełnych obrotach! Rysowniczką jest Amanda Conner, która wnosi na łamy barwny, dynamiczny cartoony style pełen ekspresyjnej mimiki oraz wybuchowych scen akcji; za scenariusz odpowiada zaś jej mąż - Jimmy Palmiotti - oraz jego stały współpracownik, Justin Gray. Jak to często bywa w przypadku komiksowych sukcesów, zespół ten nie jest dziełem przypadku, to nie machinalne "kto jest akurat dostępny do projektu" - these guys actually like each other (to the point of being spouses), są stałą i dotartą ekipą. 

Jedna z pierwszych przygód: Ultra-Humanite, stary wróg JSA, znowu mąci i próbuje przeszczepić swój mózg w coraz potężniejsze ciała; przeszczep z wielkiego goryla do ciała Kryptonianki byłby krokiem milowym! 

Już od tej pierwszej przygody widać, że Conner i Palmiotti (oraz Gray - pamiętam o nim, nie chcę po prostu za każdym razem wymieniać trzech nazwisk!) nawet w pozornie awanturniczej fabule przemycają sporo ciekawych tematycznie kwestii. To przecież historia dotycząca na wskroś body issues; ciało Power Girl jest tu dosłownym obiektem pożądania dla superłotra, który planuje się do niego chirurgicznie przesiąść. Z jednej strony - kwestia fizycznej atrakcyjności jest dla Ultra-Humanite'a drugorzędna, zależy mu bardziej na kryptoniańskich supermocach; z drugiej - jego porażka jest (jak widzimy w kadrach powyżej) konsekwencją stereotypowego, opartego na kulturowych schematach myślenia: she's not a dumb blonde horror victim, she's a clever, kickass lady.

Samo w sobie nie jest to może rewolucyjne, ale wysyła już istotny sygnał: seria opowiadająca o przygodach "Boobs Girl" nie będzie uciekać od kwestii fizyczności, płciowości, seksualności. Zamiast zamiatania kwestii pod dywan (czy wypada mieć taką bohaterkę?), Conner i Palmiotti stawiają raczej pytanie: jak to jest żyć jako jeden z symboli seksu w uniwersum DC, co na to sama główna zainteresowana? To ważne, że na pytania te odpowiada nie jakiś ledwo wypuszczony ze studiów horny scriptwriter, a małżeński duet; odpowiedzi podawane są z klasą, a Power Girl - sex icon or not - stale wydaje się pełnokrwistą, pełną charakteru osobą.

Jak każe superbohaterski obyczaj, Power Girl ma cywilne alter ego - ubraną w spodnie i garsonkę Karen Starr, dyrektorkę firmy technologicznej. To, czego nie zdoła zrobić w kostiumie - jak na przykład wysiłki na rzecz ekologii - stara się urzeczywistnić na tym froncie, wprowadzając w życie pomysły Erica Drexlera (całkiem realnego inżyniera, który spopularyzował terminy "nanotechnologia" czy grey goo).  

"I can overlook his staring at my chest. It's something I had to get used to a long time ago."

Takie właśnie są codzienne interakcje społeczne Power Girl; nawet dobremu chłopcu Jimmy'emu Olsenowi w końcu oczko wędruje w dół. Jak to Kryptonianka, Power Girl podchodzi do tego z humorem oraz dobroduszną rezygnacją... ale jednak nie z biernością! Tutaj widzimy palec podnoszący stanowczo podbródek pracownika; na jednym z wcześniejszych paneli - przypomnienie ...eyes up here. How about "thank you for saving my life"? Czy jest uprzedmiatawiana przez otoczenie? Jest, ale należy tu poruszyć dwie kwestie:

  • Power Girl - power fantasy w końcu w pewnym stopniu będąc - zawsze jest in control. Bez obaw reaguje i adekwatnie odpowiada na te wszystkie wędrujące oczka, nie traci samokontroli, ma zawsze pod ręką zabawną, wychowawczą ripostę;
  • pokazanie, że to uprzedmiatawianie i postrzeganie przez pryzmat fizyczności nie jest wyłącznie domeną ulicznych oblechów czy jednowymiarowych superłotrów; wędrujące oczka okazjonalnie zdarzają się również naprawdę równym, sympatycznym facetom (oraz niektórym paniom, żeby nie było) i samo w sobie trudno to traktować jako wyznacznik charakteru.  

W tym drugim punkcie nie chodzi o hurtowe usprawiedliwianie podobnych zachowań - raczej o ukazanie, jak męczące może być stykanie się z podobnymi małymi przejawami seksizmu na co dzień. Czy ich istnienie to jeden z faktów życia? Tak, i czasem trzeba kryptoniańskiej cierpliwości oraz samokontroli, by nie zjechać jednego kolesia za przewiny kilku poprzednich. Conner i Palmiotti mogli łatwo stoczyć się banał i w zerojedynkowej kliszy wiązać seksizm wyłącznie z czarnymi charakterami, ale świat jest przecież, stety lub niestety, bardziej skomplikowany. 

Czyli co?, może ktoś tu zapytać; ciężar reakcji i zachowania decorum ma być wciąż na kobiecie? Absolutnie nie; problemowe sytuacje inicjuje przecież przełamanie tego decorum przez osobę, która zaczyna gapić się na cudzy biust - to na jej konto należy zapisać porażkę w zachowaniu. Power Girl oferuje po prostu rozmaite metody satysfakcjonującej reakcji, sugerując, kiedy wystarczy prztyczek w nos... a kiedy lufa w ryj.

Całość jest też w klarowny sposób dialogiem z czytelnikiem. Czy kupiłeś nasz komiks dla biustu Power Girl? Jeśli tak, masz tu prztyczka w nos i ogarnij się - zobacz, jaka to fajna bohaterka z całkiem innych powodów; nie sprowadzaj jej wyłącznie do tego. Weźmy na przykład poniższą sekwencję, w której - standardowa superbohaterska fabuła #17 - ktoś robi zdjęcia Power Girl, by szantażować ją wiedzą o podwójnej tożsamości:  

Dwuznaczne "perfect": szantażysta widzący dobre ujęcie, oblech zwracający uwagę na niezły biust, jedno i drugie?

W przypadku Supermana czy Batmana identyczna scena miałaby jednak inną wymowę: tutaj dochodzi kwestia kulturowej seksualizacji kobiecego ciała, kontroli nad własnym wizerunkiem (w postaci zdjęć czy filmów), związanych z tym wojerystycznych wręcz emocji. Conner i Palmiotti po raz kolejny stawiają pytanie: kto, de facto, patrzy tutaj przez soczewkę podglądackiego aparatu?

"Ale to oni - jako zespół kreatywny - postawili mnie w tej sytuacji, proszę mi tu nic nie wmawiać!", może ktoś zaprotestować, na co moim zdaniem odpowiedź jest dość prosta: ale czy sięgając po komiks z Power Girl nie chcesz być w takiej sytuacji? Czym różni się patrzenie na kadr z dorysowaną soczewką aparatu od patrzenia na dowolny inny kadr? Rzecz jasna, koniec końców Power Girl nie jest prawdziwą osobą, której prywatność moglibyśmy w jakiś sposób naruszyć, ale chodzi o postawienie pewnych pytań związanych z patrzeniem na osoby całkiem już realne; być może nawet uwrażliwieniem nas na kwestie autonomii i prywatności.

Jaką jeszcze standardową superbohaterską fabułę - ale z odpowiednim twistem - mogłaby realizować podobna seria? Oczywiście taką o niechcianym natrętnym zalotniku! W Power Girl rolę tę odgrywa komiczny macho-man Vartox, czempion planety, która padła niestety ofiarą "bomby antykoncepcyjnej" i jej populacja wymrze w jednym pokoleniu. Jedyna nadzieja w tym, że jakaś super-lady pomogłaby Vartoxowi w repopulacji:

Vartox mówi o sobie w trzeciej osobie; that's how Vartox rolls!

O dziwo, Vartox nie powstał wcale na potrzeby humorystycznej Power Girl! Jego historia sięga aż roku 1974 i nie będzie raczej zaskoczeniem - czerwone majtki, buty do połowy uda i potężny wąs - że stojącą za nim inspiracją był sam Sean Connery z filmu Zardoz

Zapytany o podobieństwa Cary Bates - scenarzysta - niczego się nie wypierał: "absolutely, I remember giving Curt a bunch of Zardoz stills as swipes".

Vartox planuje zrobić wrażenie na Power Girl przy pomocy macho posturing: pokonując potwora, którego sam sprowadził na Ziemię. Oczywiście, wynikają komplikacje, a Power Girl nie jest szczególnie pod wrażeniem amanta - i pod piórami wielu innych scenarzystów fabuła skończyłaby się tym, że w ryja dostaje najpierw potwór, potem Vartox; kurtyna.

Conner i Palmiotti znowu nie zatrzymują się na najbanalniejszym poziomie. Gdy poskrobać głębiej, okazuje się, że bucowaty początkowo Vartox naprawdę ma na sercu dobro będącego pod jego opieką społeczeństwa - i jest to okazja do dyskusji o różnych twarzach męskości. Godna podziwu męskość to nie chojraczenie z owłosioną klatą, nie aroganckie podrywy, nie nawalanie się na pięści; to troska o innych, odwaga przyznania się do błędu, zaufanie związane z odsłonięciem szczerych emocji.

A więc nawet Vartox w kosmicznych slipach pokazuje, że nie jest jednowymiarowym ćwokiem, zaś Power Girl daje się nieco ugłaskać i nie zostawi przecież planety w potrzebie; they go on a kinda-sorta apology date...

...co - jak widać po kipiących już garach - jest okazją do klasycznej randkowej komedii. Z "repopulacją" planety w potrzebie wiąże się zaś humorystyczne rozwiązanie, którego może tutaj zdradzać nie będę!

Tak czy inaczej, po nocy pełnej wrażeń (najróżniejszego rodzaju!) nasza bohaterka wraca w domowe pielesze:

...gdzie czeka na nią proza życia!

Superbohaterskie przygody są zabawne i one same wystarczyłyby, by tę serię mi sprzedać - ale tym, dzięki czemu ją uwielbiam są wszystkie te scenki obyczajowe. Jak pisałem już kiedyś w tekście dotyczącym Spider-Woman,

Kiedy siedzi się już w tych historiach latami, to więcej radości przynosi nie She-Hulk w super scenie akcji, w której nokautuje łotra numeru, ale She-Hulk odwiedzająca przyjaciółkę z paką pieluch w prezencie. Nie Captain Marvel ścigająca się z wrogim kosmicznym myśliwcem czy dowodząca stacją orbitalną podczas kryzysu, ale Captain Marvel pozwalająca sobie na założenie makijażu na macierzyńską imprezę i wykorzystująca moce latania, by porozwieszać dekoracyjne sznury lampek. Oglądanie wszystkich tych postaci w codziennym życiu jest tym zabawniejsze, że znamy je z ich kinda silly heroicznych inkarnacji; a z drugiej strony, przygody tych bohaterskich, action-oriented osobowości stają się bardziej emocjonujące dzięki temu, że znamy taką Spider-Woman również jako niewyspaną i tonącą w pieluchach Jessicę Drew. I właśnie ta dychotomia, ta symbioza obu narracji sprawia, że superhero stories can be so much fun.  

Conner i Palmiotti wiedzą o tym doskonale i dają nam sekwencje jak ta poniżej:

Kot wystawiający się do ciebie tyłkiem - cieszący autentyzmem koci klasyk; mina Power Girl - cieszący autentyzmem klasyk właścicielki kota.

Czy pod pewnymi względami jest to titllating shower sequence? Zapewne, lecz podobnie jak w przypadku podobnych sekwencji w Dazzler - pełni ona narracyjnie większą rolę. To świetne odzwierciedlenie podwójnego życia, kontrapunkt wobec superbohaterskiego glamour; od czasu do czasu trzeba umyć zęby, ogolić nogi (wykorzystując heat vision) i powąchać koci tyłek. Takie jest życie, a przyziemne, intymne sceny doskonale budują przywiązanie do postaci. Zwróćmy też uwagę, że pomimo intymności - brak tu mocnej seksualizacji, tych wspomnianych wcześniej podglądackich emocji. Kiedy Power Girl bierze prysznic, kadr pokazuje uśmiechniętą twarz, nie seksowną sylwetkę; później widać raptem kawałek gołej nogi, jak w najbardziej niewinnym burleskowym show z lat '50.

Ubawiła mnie mina skonfrontowanej z kocimi zapachami Power Girl i muszę podkreślić: cała seria jest absolutnie pełna doskonałych komediowych rysunków. Power Girl bierze pod swoją pieczę Atlee, młodą superbohaterkę znaną jako Terra (nie Terra z Teen Titans oraz Judas Contract, to zupełnie inna postać) - a ponieważ Terra pochodzi z fantastycznego podziemnego królestwa, wprowadzanie jej w arkana codziennego życia na powierzchni to humorystyczna kopalnia złota. Trudno pod kątem mimiki przebić na przykład scenę, w której Power Girl i Atlee udają się do kina na pierwszy horror młodej bohaterki: 

Tyle kreskówkowego dynamizmu! Power Girl jest fanką horrorów, dla Atlee to dopiero smak nabyty.

Atlee to po prostu sama radość. Jako nauczyciel jestem zawsze fanem komiksowych relacji mentorskich - szczególnie takich, w których obie strony uczą się od siebie nawzajem; tak podobało mi się w to serii Hawkeye, gdzie relacja Clinta i Kate jest intrygująco złożona, i tak też podoba mi się to tutaj. Generalnie Atlee jest w Nowym Jorku komediową fish out water... ale jest też po prostu bystrą dziewczyną:

Cóż mogę dodać? Słuchanie z szacunkiem uczniów i uczennic to klucz do bycia dobrym nauczycielem lub nauczycielką!

A co do shopping oraz humorystycznych talentów Amandy Conner: nacieszmy się wspólną wyprawą bohaterek do znanego sklepu meblowego IKEA ӒIDIJA... 

...oraz mnogością zabawnych detali! Amanda Conner już wcześniej była uznaną twórczynią, ale to właśnie Power Girl ugruntowała jej reputację jako topowej humorystycznej rysowniczki. Później pod jej pieczę oddano na przykład miesięcznik z Harley Quinn!

Innym źródłem humoru w Power Girl są metanarracyjne mrugnięcia okiem. Spójrzmy na przykład, jak Atlee porównuje konwencjonalną strukturę komedii romantycznej oraz superbohaterskiego magazynu:  

Oczywiście, Atlee! Od dekad powtarzam, że komiksy superbohaterskie to po prostu soap opera z kolorowymi kostiumami.

Podobne obserwacje padają zarówno z ust bohaterek, jak i postaci negatywnych. Oto na przykład Satana (on the nose naming nie dziwi, gdyż to kolejna postać wygrzebana z mroków komiksowej historii, tym razem aż z 1940) ma kilka słów do powiedzenia odnośnie superbohaterskich pseudonimów:

Cięta riposta na miarę wujka Staszka! Hej, Atlee dopiero się uczy.

Na analizie humoru w Power Girl mógłbym spędzić tu pół dnia: nad sekwencją związaną z nazywaniem kota ("Stinky it is", brzmi puenta, co bawi mnie za każdym razem, gdy moja żona - idąc tokiem myślowym Power Girl - czule nazywa naszego kota Smrodkiem); nad parodystycznym trailerem, który Power Girl i Atlee oglądają w kinie (to okazja to bliskiego nam również i dziś "I hate when they give entire movie away in the trailer!" oraz jednocześnie zgrywy z komiksowych "wielkich wydarzeń"); w końcu nad prostym humorem a'la Austin Powers, gdy nasza bohaterka jest już w przypadkowym negliżu, ale strategicznie umiejscowiony pęk warzyw keeps it PG-13.

Conner i Palmiotti odnoszą w Power Girl ogromny sukces: biorą koncept, który łatwo byłoby zredukować do a sexy lady punches things i wypełniają go humorem, witalnością oraz charakterem. Przygody Power Girl są tematycznie konsekwentne i często dotyczą kwestii kobiecości, seksualności oraz feminizmu - robiąc to wszystko w elegancki, dowcipny, zniuansowany sposób i nie staczając się w rewiry dydaktycznej pogadanki. Godna podziwu męskość - jak ukazano w przypadku wąsatego Vartoxa - to nie macho posturing, ale to samo jest przecież prawdziwe względem kobiecości: Power Girl nie jest zaprezentowana jako role model tylko dlatego, że potrafi dać łotrowi w mordę. Jak to Kryptonianka, idzie o krok dalej - i wyciąga pomocną dłoń nawet w stronę przeciwników; dba o swoją wychowankę oraz kota, stara się prowadzić satysfakcjonujące życie, ma swoje hobby.

Krótko mówiąc - jest bardzo sympatyczną, łatwą do polubienia osobą; much more than just a set of boobs.  

Jednym z hobby Power Girl jest zbieranie śnieżnych kul z miejskimi panoramami - i po raz kolejny widać tu kilka warstw autorskiej świadomości. Pozornie to prosty żart - "oczywiście, że z Power Girl kojarzą się kuliste obiekty" - na głębszym zaś poziomie to reprezentacja nostalgii za utraconym domem; pamiętajmy, jaką rolę w kryptoniańskiej mitologii pełni zamknięte w butelce miasto Kandor.

Zespół Conner/Palmiotti mógł niestety poświęcić projektowi tylko rok - tych dwanaście numerów zawiera jednak więcej charakteru i treści niż niejedna wieloletnia seria. Power Girl była bezpośrednio kontynuowana numerami #13-27, ale nowy scenarzysta (Judd Winick) uznał, że nie jest w stanie imitować tonu poprzedniego zespołu; w rezultacie napisał więc po prostu bardzo standardowy komiks superbohaterski skupiający się na konsekwencjach morderstwa przyjaciela z zespołu głównej bohaterki. Zeszyty Winicka nie są może obiektywnie złe, ale zmiana jakości oraz tonu od numeru #13 szarpie drastycznie i nie jestem raczej w stanie ich uczciwie polecić; brak im po prostu lekkości oraz finezji, które charakteryzowały Power Girl Conner i Palmiottiego.

A zatem... czy tom Power Girl: Power Trip to dobry punkt wejścia? Bezdyskusyjnie! Przekazuje wszystko, co trzeba wiedzieć o postaci oraz stanowi serię samodzielnych przygód.  

A do tego doczekał się całkiem niedawno reprintu!

(A jako mały bonus: odrobinkę tła historycznego postaci znajdziecie w tym wpisie na temat DC Deck Building!)

poniedziałek, 14 lipca 2025

Muzyczne Poniedziałki: radio by your side!

Cofnijmy się dziś do 1974, kiedy to na listach przebojów królowała piosenka śpiewana przez Australijkę Helen Reddy! Tak, data jest bardzo ważna - przynajmniej, odkąd na stół trafił Hitster i raptem wyrobiliśmy sobie w gronie znajomych nawyk pytania "a z którego to roku?"

Autor piosenki - Alan O'Day - pomyślał ją jako surrealistyczną, ale generalnie prostą historię: oderwana od świata dziewczyna imieniem Angie kocha muzykę tak, że kiedy nachodzi ją jakiś evil boy, jest w stanie dziwną magią zmniejszyć go i uwięzić w odbiorniku. Jak sam pisał, to uczciwie mówiąc wszystko - ale wiadomo, interpretacja żyje niezleżnie od artysty. Angie Baby była więc celebrowana jako empowering women's lib song, zaś australijski didżej znalazł własną odpowiedź! Jak wspomina autor...  

...when “Angie Baby” was a hit in Australia, I got an unexpected 3 a.m. phone call from a disc jockey there, saying he had figured out the riddle of what Angie Baby did with the boy. Sleepy but wanting to be polite, I asked, “OK, what?” Triumphantly he answered, “She turned him into a disc jockey!” Actually, I wish I’d thought of that!

Ale powiem szczerze, utwór ten robiłby na mnie wrażenie nawet i bez żadnego tekstu. It's a trip and a story either way; pozornie prosty, ale wsłuchajcie się jednak w pojawiające się tam harmonie czy niespodziewanie zmieniające się partie instrumentalne!