poniedziałek, 31 stycznia 2022

Muzyczne Poniedziałki: po sąsiedzku!

Ukraińska folktronica? Tego jeszcze tu nie było! Mowa oczywiście o zespole Go_A, który z tym utworem (chociaż mocno innej wersji) występował nawet na Eurowizji! Wolę jednak aranżację i teledysk poniżej: 

Zawsze cieszy mnie, gdy usłyszę w głośnikach te pierwsze nuty! A o czym śpiewają? Jak mówi tłumaczenie:

I nasz Szum ma zielone futro
Dziewczyny hulały, futro porwały
Sieję-wiję, sieję-wiję, konopia
Sieję-wiję, sieję-wiję, widliczenki
 
Hej, szybko-szybko zapleciemy Szuma
Szuma zapleciemy, hulać pójdziemy
Sieję-wiję, sieję-wiję, konopia
Sieję-wiję, sieję-wiję, widliczenki 

niedziela, 30 stycznia 2022

Panele na niedzielę: Half a Legionnaire!

Weszliśmy ostatnio w erę backupowego Legionu - w 1969 roku nasza drużyna trafiła na prestiżowe łamy Action Comics, ale przypłaciła to zmniejszeniem liczby stron na historię. Zamiast space opery o wielkiej skali mamy więc małe historie skupione na postaci lub dwóch - ostatnio byli to Timber Wolf oraz Light Lass, dzisiaj zaś spotlight dostaje inna z legionowych par - Duo Damsel oraz Bouncing Boy! Historia: Half a Legionnaire; autor: Jim Shooter: czas: wrzesień 1969!  

Dylemat moralny!

Nie mogłem odmówić sobie chwili poszukiwań; czy znany był jakiś przypadek, w którym hook tej historii - bliźniak syjamski popełniający przestępstwo - trzeba było rozpatrzyć w rzeczywistości? Ten artykuł mówi, że owszem; nie były to co prawda sprawy aż tak dramatyczne jak morderstwo; bardziej nieostrożne zachowanie za kółkiem samochodu. Tak czy inaczej, sędzia w tej sprawie zdecydował, że nie ma prawnej podstawy, by karać równocześnie niewinnego bliźniaka. Czy w sprawie Luornu będzie podobnie?

Co tam dziś słychać w trzydziestym wieku? Otóż od razu wskakujemy w wir akcji: Luornu ściga złoczyńcę, który ukradł prototyp futurystycznego pistoletu:

Ciekawe, jaką rolę może pełnić ta mile-high tower

Luornu próbuje przemówić desperatowi do rozsądku, a gdy to podejście zawodzi - rozdziela się na dwie, wykorzystuje swój flight ring i obezwładnia faceta. Dowiadujemy się również, że system sprawiedliwości w trzydziestym wieku ma ludzką twarz - nie wszyscy trafiają od razu na więzienne planetoidy; drobny rozrabiaka, jak ten dzisiejszy, zostanie po prostu wysłany do psych center na terapię. 

Ani chwili spokoju!

Luornu próbuje wynegocjować wolne, ale Mon-El jest bezwzględny:

"You are the volunteer!"

Oba ciała rozdzielają się na dłużej? Na pewno nie będzie z tego żadnego zamieszania! Zaciekawiła mnie też etymologia słowa bushed, z którego korzysta tu Duo Damsel; jest bardzo prostolinijna - to amerykański zwrot wywodzący się najprawdopodobniej od "bycia wyczerpanym po przebywaniu w lesie".

To już etap, na którym Luornu i Chuck wyraźnie stanowią parę!

Czas na kolejne etymologiczne poszukiwania! Loaf - jako czynność - stanowi formację wsteczną od loafer; lenia i obiboka. To słówko z kolei może być zapożyczeniem z niemieckiego, od Landläufer: wagabundy, jak byśmy powiedzieli po naszemu. Not very probable, podaje słownik, ale lepszych pomysłów brak! No cóż, dla mnie brzmi jak najbardziej probable; Stany miały sporą populację niemieckich imigrantów, zaś nawet moja prababcia-Kaszubka pieszczotliwie określała niegdyś młodocianego mnie słowem lojfer, czyli właśnie taki trochę powsinoga, trochę nuisance

Chuck kroczy tu i mówi jak prawdziwy cesarz lodów bakaliowych

Chuck stawia istotne pytanie! To właśnie numer, w którym Luornu zaczyna dzielić się na tylko na ciała, ale i na różne osobowości. W przyszłości będzie to szło dalej; w późniejszej inkarnacji Legionu jedna Luornu będzie na przykład party animal, gotowa na wyjście do klubu oraz noc szalonych tańców w miniówie i szpilach, podczas gdy druga owinie się w gruby sweter i będzie - równie wesoło, choć w innym stylu - spędzać wieczór przy domowej herbatce.

Tymczasem tygodnie mijają, a Luornu II nie wraca z misji!

Hey, again with the loafing!

Ale zanim lojfry zbiorą się do akcji, w siedzibie legionu pojawiają się niespodziewani goście!

"Your what?" - krótka piłka ze strony Luornu I!

Nam'Lor - who overall seems to be a rather decent guy - wyczuwa, że wlazł w jakąś lokalną dramę i szybko się zmywa, by dać wszystkim szansę na rozpracowanie sytuacji. To długa historia, mówi Luornu II, i obiecuje wyjaśnić wszystko, kiedy tylko trochę zregeneruje siły.

Mon-El szybko wymiksowuje się z równania

Forty winks! Kolejna ciekawa fraza. Dlaczego krótka drzemka to, w języku angielskim, akurat czterdzieści mrugnięć? Najbardziej przekonująca wydaje się teoria, zgodnie z którą "czterdzieści" stanowi po prostu tradycyjne, metaforyczne określenie na "dużo". To fraza już biblijna: potop trwał "czterdzieści dni i czterdzieści nocy"; Izraelici wędrowali przez czterdzieści lat, by dotrzeć do Ziemi Obiecanej. Ali Baba miał czterdziestu rozbójników - czyli po prosto mnogo jak mrówków. Forty miles from nowhere, brzmi tradycyjne amerykańskie określenie na głębokie zadupie; I've been walking forty miles of bad road, śpiewał Bob Dylan. 

Wymęczona Luornu jest dręczona przez sny będące w istocie wspomnieniami drugiego ciała; okazuje się, że Luornu II misję na obcej planecie owszem, wypełniła - ale była tak zmęczona, że skorzystała z tamtejszej gościnności. Thank you... I could use a vacation..., mówi, padając na hotelowe łóżko. I od kroku do kroku poznaje heroicznego Nam'Lora (który złapał ją, kiedy zrobiło się jej słabo podczas lotu w sky-saucer) i przyjmuje nawet lokalne imię Lelith.

Prawie jak Lilith, królowa demonów z tradycji judeochrześcijańskiej! Chyba już wiem, która Luornu ma być "tą złą".

Ciekawe jest jednak, że tradycyjnym "grzechem" Lilith miała być wolna wola i nieposłuszeństwo wobec Adama... a co robi tu Lelith? Zyskuje wolną wolę i jest nieposłuszna wobec Luornu! Przypadek, celowe głębsze nawiązanie? Kto wie!

Zaczynają się egzystencjalne dylematy!

Tymczasem rozbrzmiewa kolejny alarm: para złoczyńców napadła na zakład przetwarzający amalgonit: rzadką substancję, do wyprodukowania grama której potrzeba stu tysięcy ton rudy oraz ostrej pracy rafinerii przez cały dzień. Dzienna produkcja amalgonitu mieści się więc w małym pudełku, z którym złoczyńcy właśnie uciekają! Na szczęście Luornu udaje się postrzelić złodziejkę:

Wykorzystanie wyłącznie zacienionych sylwetek to sprawna metoda na ukrycie tożsamości sprawców... chociaż i tak chyba wszyscy wiemy, kto stoi za napadem!

No pewnie; gdy Lelith wraca do kwatery Legionu - zupełnie jak w klasycznych historiach o wilkołakach - kuleje ona na jedną nogę! 

Ale skąd wzięły się jej przestępcze ciągoty?

Takie właśnie pytanie zadaje sobie Bouncing Boy; może i moc ma śmieszną oraz jest pociesznie puszysty, ale pamiętajmy, że to inteligentny młody chłopak; może nie na poziomie Brainiaca 5 czy Invisible Kida, geniuszy zespołu, ale na pewno wysoko w ogólnym rankingu. Wnioski Chucka są więc trafne:

"Bouncing boob" to wspaniała obelga

Lelith jest więc przekonana, że - będąc częścią Luornu - uniknie kary za swoje występki, jak w przypadku wspominanym na początku wpisu! Kolejnym językowym smaczkiem jest też idiom "to take the starch out of someone"; starch oznacza w tym kontekście krochmal, Chuck zapowiada więc, że jego oponent dosłownie zmięknie.  

Ale gdy przychodzi co do czego, Nam'Lor wcale nie mięknie - blokuje strzał płytą zerwaną ze ściany i wyrywa Chuckowi broń z ręki:

Lelith nie wierzy w półśrodki!

I to właśnie przyczynia się do jej finałowej klęski, gdyż Nam'Lor - niczym niedawno zmarły Meatloaf - jest w stanie zrobić wszystko dla miłości... ale nie zrobi tego.

uhh, OK

Wytłumaczenie nagłej zmiany Luornu/Lelith jest straszliwie nagłe i wyciągnięte z kapelusza, ale cóż - Jim Shooter miał tu tylko dwanaście stron na opowiedzenie historii! Brak elegancji i dosyć absurdalne rozwiązanie zrzucam więc na karb tego, że widać nie rozpracował jeszcze do końca tej formy. Luornu szybko dojdzie do siebie, a my możemy się zastanowić - jaka niedzielna lekcja płynie dla nas z dzisiejszej fabuły?

Czy jest to kiedy rozdzielasz się na dwa ciała i jedno z nich leci w kosmos romansować z kosmitą, upewnij się, że jego ciało nie emituje aury, która zachęci cię do złego? To przydatna rada, ale chyba nieco zbyt wąska! Skupmy się lepiej na początku całego zamieszania; dlaczego Luornu II dała się w ogóle skusić na wakacje i dłuższy pobyt na obcej planecie? Bo była zajeżdżona jak koń w kopalni, a Luornu I nie dała jej odpocząć! Szanujcie więc siebie i swoją wewnętrzną Luornu II; zdrowy wypoczynek potrzebny jest wszystkim!

Wprowadźcie więc tę mądrość w praktykę, a my widzimy się, jak zwykle... w przyszłości!


~.~

...a jeśli chcecie zanurkować w przeszłość, chronologiczna lista naszych niedzielnych spotkań czeka!

piątek, 28 stycznia 2022

Wolverine and the X-Men

Moja eskapada w okolice X-Menów trwa! Tym razem zdecydowałem się na serię Wolverine and the X-Men z 2011, którą czytałem lata temu, gdy jeszcze wychodziła na bieżąco... ale, czekając na kolejne comiesięczne numery, jakoś od niej odpłynąłem. Jak zatem poszło drugie podejście, tym razem już do zamkniętej całości?

Ano nieźle! Nie jest to seria straszliwie wysokich lotów, ale w ramach wieczornej rozrywki była w sam raz.

Tytuł jest naprawdę as generic as possible; no bo powiedzcie uczciwie, która z serii po 1975 nie mogłaby nazywać się Wolverine and the X-Men? Jason Aaron zmienia jednak standardową dynamikę zespołu: Wolverine nie jest ponurym samotnikiem, a dyrektorem nowej szkoły dla młodych mutantów - nazwanej na cześć zmarłej bohaterki Jean Grey School for Higher Learning. Jest już trochę starszy, bardziej stonowany w obyciu i mądrzejszy; stara się uczciwie wziąć na swoje barki odpowiedzialność za wychowanie nowego pokolenia.

Kitty Pryde sama zaczynała wśród X-Menów jako nastolatka, a tu pełni już rolę nauczycielki - i, w prawdziwej teacher fantasy, potrafi tymczasowo zdematerializować struny głosowe gadatliwych uczniów!

A nowe pokolenie - jak to nowe pokolenie - nie ma zamiaru biernie "dać się" wychowywać. Wśród kandydatów i kandydatek do tytułu nowych X-Menów znajduje się barwny przekrój osobowości: Idie Okonkwo, klasowa prymuska, uważa się z racji na mutację za potwora; Quentin Quire to buntownik i anarchista, a Glob - niezbyt bystry class bully; przybyli z obcych planet kosmici Broo oraz Kid Gladiator - odpowiednio nerd i jock; i tak dalej, i tak dalej.

Jak, jako fan komiksów i nauczyciel, mógłbym nie dać temu tytułowi szansy?

Dobre rady na start od Profesora X! "Co", zapytacie, "Profesor X żyje i chodzi o własnych siłach?" W tym okresie akurat tak! It's the X-Men; just roll with it.

Jason Aaron - doświadczony scenarzysta Wolverine'a - sam zdradził, ze wykoncypował tę serię jako odskocznię od wcześniejszych krwawych i mrocznych fabuł. Jeśli ktoś szuka moralnych dylematów i brutalnej akcji, może wziąć się na przykład za Uncanny X-Force; Wolverine and the X-Men to szkolna komedia, w której nawet antagoniści - nowa inkarnacja Hellfire Club - są zarysowani ze zdrową dawką absurdu. Na dowód: już w otwierającym zeszycie atakują oni nowo otwartą szkołę przy pomocy oddziału potworów Frankensteina oraz "odrostu" zmutowanej świadomej wyspy Krakoa. Zmutowana świadoma wyspa daje się jednak obłaskawić i zostaje jednym z uczniów szkoły; it's that sort of comic book nonsense!

"You've got a Krakoa?" Podoba mi się styl Chrisa Bachalo, jednego z głównych rysowników serii; od wizualnej szorstkości po dynamiczny układ kadrów i zastosowanie przestrzeni negatywnej 

Wszystko to kanon i w ogóle, jeśli ktoś takimi rzeczami się przejmuje - ale podczas lektury czułem się, jakbym usiadł do jakiegoś AU, alternate universe fanfiction. Wolverine and the X-Men mają właśnie takiego ducha zabawy postaciami: Wolverine jest dyrektorem! Toad, sługa Magneto, odpracowuje dawne winy jako wiecznie udręczony woźny! Kitty Pryde oraz Iceman - oboje byli, choć w różnych dekadach, zespołowymi fun-loving teenagers - są teraz dojrzałymi nauczycielami! Krakoa, wyspa polująca na mutantów z klasycznej starej fabuły, jest teraz uczniem szkoły! 

Kiedy mówię o tym school AU feel, robię to in the best possible way. Aaron bawi się postaciami, bawi się konwencją; są równe szanse, że klasyczne zagrania ze szkolnej komedii będą tu wywrócone na głowie... lub zagrane kompletnie wprost. It keeps things interesting!

Jason Aaron nieraz nabija się z konwencji!

Podoba mi się też zgrabna kontynuacja charakteryzacji z innych tytułów. By dać tylko dwa przykłady: w ostatnio omawianym Uncanny X-Force (drobny spoiler!) pierwszy album kończy się sceną, w której tytułowy zespół dokonuje egzekucji odrodzonego jako dziecko Apocalypse'a. Staje się to ich original sin, winą, która rozpoczyna ich wewnętrzny rozpad; Fantomex decyduje się sklonować martwe dziecko i wychować je w przyspieszonej wirtualnej rzeczywistości, by zyskać choć nieco ukojenia. Chce też rozwiązać odwieczny dylemat nature vs. nurture przez zaprogramowanie symulacji tak, by młody Apocalypse dorastał na idyllicznej farmie w Kansas, wychowany przez przybranych rodziców, którzy wpajają mu mocne zasady moralne. Brzmi znajomo? Oczywiście; to X-Menowski ukłon w stronę historii Supermana!

Gdy więc młody Apocalypse trafia do szkoły Wolverine'a, przyjmuje imię Genesis - i stara się, by wszyscy dookoła zobaczyli w nim nie potencjalnego superłotra, a herosa, na którego został wychowany i którym pragnie zostać. Strona wizualna ładnie kontynuuje metaforę z zupełnie innej serii; oto, jak Genesis widzi sam siebie:

Obraz po z samochodem to pastisz okładki Action Comics #1 z 1938, pierwszego występu Supermana!

Inną powracającą postacią jest... Doop. Doop to jeden z moich ulubionych X-Menów; zielony latający kartofel o własnym języku, który zabłysnął na łamach X-Statix - serii z 2002 o mocno satyrycznym zacięciu, w której poza naszym latającym kartoflem miała występować księżna Diana i... słuchajcie, wpis o X-Statix też na pewno na tych łamach się pojawi! Ale żeby nie dryfować w dygresje: Doop wraca w Wolverine and the X-Men jako członek szkolnej kadry, nadal mówi swoim własnym językiem, a nawet... dostaje własny spotlight issue rysowany przez starego rysownika X-Statix! Autentycznie rozgrzało to moje serce.

Stary, dobry Doop! Robaczki w jego dymkach dialogowych, swoją drogą, to faktyczne kwestie zapisane prostym szyfrem podstawieniowym!  

Pod koniec serii byłem już w stanie odczytać proste kwestie Doopa bez pomocy!

Poza postaciami powracającymi ze starszych serii rozbawiły mnie też liczne inne mrugnięcia okiem; urocza była na przykład retrospekcja z dzieciństwa Warbird: bohaterki, która wychowała się w militarystycznej, gloryfikującej walkę i podbój kulturze Shi'ar:

Młoda Warbird ściemnia jak może...
...w lustrzanym odbiciu słynnej sceny z Watchmen, gdzie ściemnianie odbywało się z dokładnie przeciwnym zwrotem!

No cóż, oczekiwania i role kulturowe robią swoje - Kovacs nie chciał się wydać jako psychopata, a Warbird - jako dojrzewająca wrażliwa artystka; większego wstydu wśród Shi'ar w końcu nie ma! Takich odniesień jest tyle, że trudno mi polecić Wolverine and the X-Men jako jeden z tych mitycznych "punktów wejścia"; sam pierwszy numer wrzuca nas od razu w wir postaci, których znajomość autor po prostu zakłada. Tutaj ktoś z New Mutants, tam z Generation Hope, jeszcze gdzie indziej postać z ery Granta Morrisona; jako łotr wraca nagle ktoś z serii Wolverine: Origins z 2001... no, może to wyglądać chaotycznie.

Rekrutacja potencjalnych pedagogów! Komiks rzuca w nas kolejnymi postaciami w komediowych gościnnych występach; jeśli powyższe was bawi - to i pewnie całość serii będzie!

O fabule nie ma co się rozpisywać; ot, łotr numeru, jakieś powracające zagrożenie, w dużej mierze superbohaterska sztampa. Podkreślę jednak, że to nie złożoną intrygą ta seria stoi; wszystkie perypetie są pretekstem do pobawienia się znanymi postaciami w tym high school AU, wystrzelenia porcji gagów i poukładania na nowe sposoby charakterologicznych klocków. Trochę szkolnych romansów, trochę niesnasek - i oczywiście obowiązkowa dla gatunku zła szkoła, by było z kim rywalizować!    

Glob, co ty robisz w tej *złej* szkole? I to na kursie "Introduction to Evil"?

Jak widzicie z powyższych paneli, seria dosyć często zmienia artystów. Nie przeszkadzało mi to w trakcie lektury; wszystkie interpretacje są odpowiednio kreskówkowe i dobrze wpasowują się w humorystyczno-absurdalny ton scenariusza. Najciekawsze były, jak dla mnie, energiczne i mocno stylizowane prace Chrisa Bachalo - oraz gościnny występ Mike'a Allreda! 

Oj, Globie, Globie, jak zwykle w tarapatach!

Wolverine and the X-Men to fanservice, fluff w stanie czystym. Fabuła? E tam, nieistotne; it's those guys you know, joking and having fun with each other! Jeśli Jason Aaron chciał zafundować sobie odtrutkę na własne mroczne i brutalne historie z Wolverinem, to zdecydowanie mu się udało. Jest tu humor uczniowski; jest humor nauczycielski; jest środowiskowy humor komiksowy. A że to wszystko jest mniej więcej tak odżywcze, jak wata cukrowa? Powiem tak: nie po wyrafinowany posiłek tutaj przyszedłem. Podobnie jak wata cukrowa, jest to słodkie, lepkie i wesołe; podobnie jak z watą, lepiej nie zjeść naraz za dużo w jednym posiedzeniu. Ale czy jestem zadowolony, że wróciłem do tej serii? Na to pytanie wam teraz nie odpowiem...

...bo żuję watę.

Ale, podobnie jak Doop, mogę wam pokazać wymowny kciuk w górę. No to... jeszcze kilka paneli!

Typowe nauczycielskie podejście!

Teachers' night out!

I, oczywiście...

...bo, pomimo wszystko, there are many joys to be had!

środa, 26 stycznia 2022

Podsumowanie roku grania komputerowego!

Komiksy oraz planszówki doczekały się już osobnych kart - czas więc na gry komputerowe! Te dwie pierwsze kategorie zorganizowałem po prostu alfabetycznie, ale z dzisiejszą chcę się trochę zabawić.

Ułożę omawiane gry w subiektywnym rankingu, do którego - z biegiem czasu - będę dodawał kolejne pozycje! Oczywiście, it's generally one big joke; ranking ten będzie stuprocentowo subiektywny i pewnie powie wam więcej o moich gustach, niż o faktycznej klasie gier. Unless...? Dla dobrej zabawy postaram się jednak uargumentować każdą pozycję na liście, a gra raz sklasyfikowana będzie już sklasyfikowana na mur, beton - liczę więc na trochę wesołości, gdy w przyszłości będę dodawał kolejne pozycje i musiał decydować, czy dana nowość jest lepsza od gry X, czy może gorsza od Y.

Nie czekajmy zatem; ruszajmy - chronologicznie od początku bloga!


Pierwszą opisaną pozycją była gra The Final Station, pikselowa przygodówka z ciekawym apokaliptycznym klimatem. Nie będę się tu rozpisywał, gdyż z definicji zajmuje ona na razie miejsce pierwsze! 

Lista wygląda więc następująco: 

  1. The Final Station

Woo! Gratulacje, niepozorna gro! 

Również w styczniu pojawiła się na blogu gra Gris, wizualnie odpicowana platformówka skupiona na tematyce żałoby. Była na pewno bardzo ładna, ale koniec końców brakowało w niej ducha; metafory nieco się rozlatywały, a całość była na tyle pozbawiona wyzwania, że sprawiała wrażenie mniej gry, a bardziej interaktywnej animacji. I wiecie co? W ostatecznym rozrachunku The Final Station bardziej zaangażowała mnie emocjonalnie. 

Nasza mała gra z pikselowym pociągiem utrzymuje więc palmę pierwszeństwa!

  1. The Final Station
  2. Gris

Sorry, Gris, you sure are pretty, but pretty is not always enough!


Luty przyniósł nam absurdalną zabawę w grze Roundabout, gdzie - jako Georgio Manos, pierwszy kierowca wirującej taksówki - wirujemy po ulicach miasta, zbierając pasażerów, rozjeżdżając przechodniów i (główna atrakcja!) oglądając garażowym sumptem nakręcone cutscenki. To potężna zgrywa, wielki dowcip; sama gra równie dobrze mogłaby pewnie wyjść współcześnie na komórkę... ale te cutscenki zmieniają ją w doświadczenie. Jesteśmy więc w rejonach Gris (to będą chyba nasze okolice "mniej gra, a bardziej...") - przy czym Gris wygrywa jednak stroną wizualną i techniczną.

Lista ma już trzy pozycje!

  1. The Final Station
  2. Gris 
  3. Roundabout

Może więc Roundabout spada na sam koniec, ale te cutscenki to i tak klasa sama w sobie!


W lutym przeszedłem też grę Mutazione, która reklamuje się jako soap opera z mutantami. Nastolatka Kai przeżywa wakacje na dziwacznej wyspie, a my - razem z nią - poznajemy tamtejszych lokalsów w wyluzowanym, powolnym, narracyjnym doświadczeniu. Całość potrzebuje chwili, żeby się rozkręcić... ale ciekawie zarysowane postacie i oryginalna strona graficzna przyniosły mi w ostatecznym rozrachunku więcej zabawy, niż strzelanie do zombie The Final Station!

Ding ding ding, we have a new number one!

  1. Mutazione
  2. The Final Station
  3. Gris 
  4. Roundabout

Poza łażeniem po wyspie i gadaniem nie robi się tu właściwie nic - ale stąd właśnie płynie relaksująca, wakacyjna atmosfera!


Kolejna omawiana gra, Dicey Dungeons, pojawiła się dopiero w maju; najwyraźniej w marcu i kwietniu inne sprawy zaprzątały mi głowę! Dicey Dungeons łączy mechaniki deckbuildera, gry kościanej oraz gry roguelike; turlając kości odpalamy karty zdolności, dzięki którym walczymy z  przeciwnikami i schodzimy ku coraz głębszym lochom. Komiczna otoczka ustawionego teleturnieju łagodzi frustracje związane z losowością, a sama gra ma zawartości na kopy - różne postacie, zdolności, wariacje poziomów, wrogów i przedmiotów... Świetna pozycja na przerwę w pracy - i nasz nowy numer jeden!

Mutazione długo nie zagrzała pierwszego miejsca!

  1. Dicey Dungeons 
  2. Mutazione
  3. The Final Station
  4. Gris 
  5. Roundabout

Wybacz, Mutazione, ale przy całym swoim uroku jesteś jednak jednorazowym doświadczeniem. Do Dicey Dungeons okresowo nadal wracam! 

Dicey Dungeons to połączenie deckbuildera i gry kościanej; w Monster Train deckbuilder spotyka tower defense - i jest to rewelacyjny pomysł! Z perspektywy czasu powiem, że Monster Train to gra głębsza i ciekawsza niż klasyk gatunku, Slay the Spire; niezwykle podoba mi się system pięciu domów, który przypomina pięć kolorów z Magic: the Gathering. Jeśli z początku gra wydaje się wam zbyt prosta, nie martwcie się nic i odblokowujcie kolejne covenants, opcjonalne utrudnienia; większość mojego czasu przy Monster Train (ponad 130 godzin!) spędziłem grając z pełnym zestawem dwudziestu pięciu złamanych przymierz. A co! Jeśli Dicey Dungeons jest pretty fun - to Monster Train zjada ją na śniadanie!    

Kolejna szybka zmiana na podium!

  1. Monster Train
  2. Dicey Dungeons 
  3. Mutazione
  4. The Final Station
  5. Gris 
  6. Roundabout

Wszystkie domy odblokowane? To złamcie teraz wszystkie przymierza. A potem przejdźcie do opcjonalnych wyzwań, które fundamentalnie zmieniają reguły gry. Ponad 130 godzin i sam jestem jeszcze daleko w polu!


Hypnospace Outlaw to wirtualne muzeum dawnego internetu; wirujące gify, strony a'la geocities, cały ten nostalgiczny bałagan. Gry w grze jest tu niewiele - trochę kojarzenia faktów i zagadek logicznych - więc ponownie dryfujemy w okolice Gris. A może nawet wyżej? Mutazione to też bardziej interactive storybook niż angażująca gra! I chyba właśnie jedno oczko pod Mutazione to uczciwe miejsce dla Hypnospace Outlaw

Nasza zaktualizowana lista to...

  1. Monster Train
  2. Dicey Dungeons 
  3. Mutazione
  4. Hypnospace Outlaw
  5. The Final Station
  6. Gris 
  7. Roundabout

Jeśli pamiętacie tę erę internetu - będą to dla was worki nostalgii i wspomnień!


Ach, Caveblazers! Mój ukochany zręcznościowy roguelike, przy którym niejednego audiobooka już wysłuchałem. Oprawa wizualna nie zapiera może dechu w piersiach, ale gra ta destyluje wszystko, co jest fajne w klasycznym łażeniu po podziemiach - zbieranie i ulepszanie ekwipunku, odblokowywanie nowych zdolności, budowanie postaci z konkretną strategią w głowie... Masa zabawy, a do tego pójdzie chyba na każdym komputerze, który nie rozpadł się jeszcze ze starości. Sterowanie na padzie jest przyjemne i precyzyjne; na klawiaturze nawet nie próbujcie. Okresowo wracam do Caveblazers od lat (190 godzin!)... i znowu mamy zmianę na pierwszym miejscu listy! 

Nieźle jak na małą grę, którą kupiłem kiedyś przypadkiem w jakimś pakiecie.

  1. Caveblazers
  2. Monster Train
  3. Dicey Dungeons 
  4. Mutazione
  5. Hypnospace Outlaw
  6. The Final Station
  7. Gris 
  8. Roundabout

Długo się wahałem, ale na Monster Train muszę jednak mieć nastrój, a do Caveblazers chętnie usiądę zawsze! Oto przewaga zręcznościowego pykania na padzie nad wysiłkiem intelektualnym. 


To już z okresu wakacyjnego! Loop Hero is super chill and cozy; budujemy trasę dla naszego herosa, a ten dzielnie po niej drepcze i rośnie w siłę stawiając czoła przeciwnościom. Przez niewielki stopień interakcji i minimalistyczną grafikę jest to dosyć medytacyjne doświadczenie - ale niecierpliwi mogą podbić tempo rozgrywki, by częściej angażować się w stawianie nowych elementów terenu czy podmienianie wyposażenia herosa. Zdarzało mi się wpaść nocą w syndrom "jeszcze jednego podejścia"... i siedziałem potem przed komputerem jeszcze dwie godziny, już w piżamie i z umytymi ząbkami.

Jak więc zmienia się nasza lista?

  1. Caveblazers
  2. Monster Train
  3. Loop Hero
  4. Dicey Dungeons 
  5. Mutazione
  6. Hypnospace Outlaw
  7. The Final Station
  8. Gris 
  9. Roundabout

Loop Hero to jeszcze nie ekstraklasa, która zaczyna się od Monster Train, ale wygrywa z Dicey Dungeons bardzo przemyślaną oprawą. Ta paleta kolorów i czarna przestrzeń negatywna!


Jako człowiek, który z Lovecrafta się dyplomował, nie mogłem odpuścić nowej wersji Call of Cthulhu! To przygodówka z perspektywy pierwszej osoby z drobnymi elementami skradanki; nastrój jest nawet niezły, ale czuć, że gra wyszła za szybko i bez wielu finałowych szlifów. To, że jest linearna do bólu można wybaczyć, ale są w niej całe mechanizmy, które nie mają żadnego sensownego uzasadnienia - jak na przykład system poczytalności. Cała gra jest OK, I guess, ale nie jest to nic godnego zapamiętania.

Call of Cthulhu ląduje...

  1. Caveblazers
  2. Monster Train
  3. Loop Hero
  4. Dicey Dungeons 
  5. Mutazione
  6. Hypnospace Outlaw
  7. The Final Station
  8. Call of Cthulhu
  9. Gris 
  10. Roundabout

...pod The Final Station! Pikselowa gra o pociągowej apokalipsie bardziej budowała, moim zdaniem, autentyczny nastrój horroru. Powyżej Gris - bo Call of Cthulhu ma więcej gry w grze, a do tego również ma urocze detale w tekstach i scenografii!

Oh, man - Where the Water Tastes Like Wine. Such a beautiful mess! Such a great... non-game! To tytuł, który ma świetną muzykę, rewelacyjne aktorstwo głosowe (występuje tam nawet Sting!), piękne plansze opowiadanych historii... ale samej gry jest tam co kot napłakał, rozgrywka potrafi być monotonna, a strona techniczna leży i kwiczy. Ale ta tematyka, ten zamysł! Ewolucja historii od przydrożnych plotek do potężnych kulturowych mitów, Stany Zjednoczone okresu Wielkiego Kryzysu (i nie tylko!), różnorodność perspektyw... ach, ach, ach. To gra, o której wolę myśleć i ją wspominać, niż w nią grać, ale na pewno zostanie w mojej głowie na bardzo, bardzo długo.

Hej, obiektywnie rzecz biorąc, to mocno średnia gra; naprawdę pełna potknięć i problemów. Ale to moja lista!

  1. Caveblazers
  2. Monster Train
  3. Loop Hero
  4. Dicey Dungeons
  5. Where The Water Tastes Like Wine
  6. Mutazione
  7. Hypnospace Outlaw
  8. The Final Station
  9. Call of Cthulhu
  10. Gris 
  11. Roundabout

...oczko powyżej Mutazione; that's the best I can honestly do. Spróbujcie myśleć o Where the Water Tastes Like Wine bardziej jako o projekcie artystycznym niż o grze. Dla mnie była ona jak pyszny, wykwintny posiłek... w trakcie którego pies gospodarza cały czas gryzł mnie pod stołem w nogi. But, by golly, it was worth it

The Long Dark to najlepsza gra i numer jeden tej listy, dziękuję, po makale! A poważniej: to świetny survival, który może być zarówno medytacyjno-odprężający, jak i tak pełen napięcia, że serce będzie wam tłuc niczym przy najlepszym thrillerze. Mechanizmy są dopracowane; stylizowana grafika nie ma szans się zestarzeć; reżyseria dźwięku jest genialna. Żadna inna gra nie pozwoliła mi się tak cieszyć poczuciem pustki i samotności - i do tego cały czas pojawiają się w niej nowe aktualizacje!

To czysta formalność:

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. Dicey Dungeons
  6. Where The Water Tastes Like Wine
  7. Mutazione
  8. Hypnospace Outlaw
  9. The Final Station
  10. Call of Cthulhu
  11. Gris 
  12. Roundabout

...na chwilę obecną? Nie wyobrażam sobie, żeby cokolwiek mogło zrzucić z pierwszego miejsca The Long Dark. Jak zwykle, I'm open to being proven wrong, ale na razie moja wyobraźnia tak daleko nie sięga! I just love it so much.

Po Vigil: The Longest Night sięgnąłem, bo miałem ochotę na zabawę w stylu Salt & Sanctuary. Vigil nie kryje się z inspiracjami... ale wszystko robi gorzej. Mechanizmy są słabo zbalansowane, wyzwania właściwie brak; zbieranie znajdziek nie przynosi satysfakcji, a fabuła jest mocno bełkotliwa. Można pewnie z tego tytułu wyciągnąć trochę zabawy... ale lepiej już zagrać jeszcze raz w Salt & Sanctuary.

Hej, ale przynajmniej mamy coś nowego na samym końcu listy!

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. Dicey Dungeons
  6. Where The Water Tastes Like Wine
  7. Mutazione
  8. Hypnospace Outlaw
  9. The Final Station
  10. Call of Cthulhu
  11. Gris 
  12. Roundabout
  13. Vigil: the Longest Night

...sorry, Vigil, that's them apples; wolałbym już zagrać jeszcze raz w Roundabout i obejrzeć głupie cutscenki. Wiecie co, fabuła Roundabout - z wirujacą limuzyną, pojedynkiem taksówkarzy i szkieletem mordercą - miała chyba nawet więcej sensu!


Spiritfarer! Gra tak ładna - naprawdę jak interaktywna kreskówka - ale równocześnie tak mechanicznie płytka i tonalnie nierówna, że od razu myślę o okolicach Gris. Wszystko jest tu niby fajne - można rozmawiać z duchami, budować im domki na łodzi, gotować, craftować - ale te rozmaite atrakcje szybko pokazują wszystko, co miały do pokazania. Może w zamyśle miała to być taka gra dla ludzi, którzy zwykle nie grają w gry; do mnie nie trafiła.

Ale i tak była lepsza niż Gris. No dobra, pewnie też bogatsza w zawartość niż Call of Cthulhu... but that's as high as I can go. Na pewno wolałbym raczej zagrać ponownie w The Final Station

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. Dicey Dungeons
  6. Where The Water Tastes Like Wine
  7. Mutazione
  8. Hypnospace Outlaw
  9. The Final Station
  10. Spiritfarer
  11. Call of Cthulhu
  12. Gris 
  13. Roundabout
  14. Vigil: the Longest Night

...ale jest to bardzo, bardzo ładna gra. Jeśli interesują was przede wszystkim wrażenia estetyczne, skalibrujcie pozycję odpowiednio! 

To był promień westernowego słońca w ciemnym listopadzie! SteamWorld Dig 2 to jedno z moich najpozytywniejszych zaskoczeń; mała, urocza gra, w której wszystko jest po prostu dopięte tip-top. Kto nie lubi kopać w poszukiwaniu złota i diamentów, a potem ulepszać postać, by potem kopać trochę głębiej w poszukiwaniu złota i diamentów? Zabawa trwa raptem kilka godzin, ale przez poranek czy dwa poczułem się znów jak dzieciak grający na swojej pierwszej konsoli.

Oj, pójdziemy tutaj wysoko; nie można zignorować tej dziecięcej radochy!

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. SteamWorld Dig 2
  6. Dicey Dungeons
  7. Where The Water Tastes Like Wine
  8. Mutazione
  9. Hypnospace Outlaw
  10. The Final Station
  11. Spiritfarer
  12. Call of Cthulhu
  13. Gris 
  14. Roundabout
  15. Vigil: the Longest Night

Bardziej wycyzelowana niż Dicey Dungeons, lecz jednak zbyt krótka, by przebić Loop Hero. Kiedyś chętnie wrócę do SteamWorld Dig 2... ale do Loop Hero wrócę pewnie szybciej.


The Messenger to gra z mocnym metatekstualnym zacięciem - nasz ninja podróżuje w czasie, co zarazem technicznie zmienia grę z ośmio- na szesnastobitową. To uroczy koncept, a sama gra jest mechanicznie zabawą pierwszej klasy - będziecie tu mieć skakania po platformach i odbijania się od wrogów za wszystkie czasy. A nawet więcej. To właśnie główny problem The Messenger - jest zwyczajnie o dobrych parę godzin za długa. Końcówka nie ma już pomysłów na niespodzianki, więc po prostu dostajemy więcej, więcej, więcej; spokojnie można było usunąć nieco zbędnego tłuszczyku.

Ale jest to też gra autentycznie śmieszna! Hm, niełatwo ją sklasyfikować; po namyśle...

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. SteamWorld Dig 2
  6. Dicey Dungeons
  7. Where The Water Tastes Like Wine
  8. Mutazione
  9. The Messenger
  10. Hypnospace Outlaw
  11. The Final Station
  12. Spiritfarer
  13. Call of Cthulhu
  14. Gris 
  15. Roundabout
  16. Vigil: the Longest Night

...oczko wyżej niż Hypnospace Outlaw. Obie są pełne retro-nostalgii, ale - trochę jak w przypadku decyzji pomiędzy Caveblazers oraz Monster Train - częściej usiądę do zręcznościówki na padzie niż puzzle game

Czy można zrobić krwawą platformówkę opartą na katolickim hiszpańskim folklorze? Jeszcze jak! Blasphemous to metroidvania z odrobiną soulsowej walki; starcia są dynamiczne i brutalne, skakanie po platformach przyjemne, sterowanie precyzyjne, słowem - solidna zabawa. System punktów zapisu mógłby być trochę lepiej zorganizowany, ale w jakiej innej grze macie okazję oklepać gigantycznego ekshumowanego arcybiskupa czy zakonnicę z poparzoną twarzą?

Decyzje, decyzje!

  1. The Long Dark
  2. Caveblazers
  3. Monster Train
  4. Loop Hero
  5. SteamWorld Dig 2
  6. Blasphemous
  7. Dicey Dungeons
  8. Where The Water Tastes Like Wine
  9. Mutazione
  10. The Messenger
  11. Hypnospace Outlaw
  12. The Final Station
  13. Spiritfarer
  14. Call of Cthulhu
  15. Gris 
  16. Roundabout
  17. Vigil: the Longest Night
Dosyć wysoko; na pewno nie była to wesoła perełka na miarę SteamWorld Dig 2, ale Blasphemous to zwyczajnie gra bardzo solidna. Przemyślana estetyka oraz śliczne (chociaż krwawe!) pixelartowe animacje sprawiają, że nie mogę z czystym sumieniem zrzucić jej poniżej Dicey Dungeons.

Tak więc wygląda lista gier według Anglisty! Znajdzie się ona niebawem na osobnej podstronie, gdzie będzie rosnąć, rosnąć i rosnąć... spodziewajcie się więc, że każdy nowy tytuł będzie do niej razu dodawany! Już czuję te trudne decyzje - i nie mogę się ich doczekać!

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Muzyczne Poniedziałki: niby daleko, a jednak blisko!

Jeden z moich najlepszych zakupów z ostatnich lat? Radio internetowe; żadna klasa premium, po prostu zwykłe pudełko za jakieś 250 zł, które pozwala mi - dzięki połączeni wi-fi - łapać stacje z całego świata. Czasem wyłapię w nocy coś przyjemnego; zeskakuję wtedy z kanapy i podchodzę do ekranika sprawdzić, z jakiego to kraju. Tak właśnie wpadłem na dzisiejszy kawałek, a egzotycznym krajem okazała się... Polska


Neat, huh? Ze strony projektu:

ARS LATRANS Orchestra to autorski projekt muzyczny tworzony specjalnie na organizowany przez Stowarzyszenie ARS LATRANS interdyscyplinarny festiwal sztuki. Każdego roku kolektyw zaprasza do współpracy kilkunastu muzyków, którzy wspólnie komponują utwory inspirowane tematem festiwalu.

niedziela, 23 stycznia 2022

Panele na niedzielę: The Forbidden Fruit!

A teraz, dzieci, odpowiedzmy sobie na pytanie - co jest lepsze: owoce czy... narkotyki? Wiem, wiem, trudna decyzja; a co, gdyby połączyć walory prozdrowotne jednych z imprezowym duchem drugich? Otóż powstałaby wówczas dzisiejsza fabuła z annałów Legionu! Historia: The Forbidden Fruit, autor: Jim Shooter, czas: lipiec 1969. 

"Boy friend" pisane jeszcze osobno, ciekawe!

Wkraczamy właśnie w nową erę Legionu. Do tej pory (konkretnie do maja 1969) przygody naszej grupy ukazywały się na łamach Adventure Comics, ale - w wyniku redakcyjnych przetasowań - miejsce Legionu zajęły w tym tytule solowe przygody Supergirl. Legion trafił zatem na łamy innego periodyku - Action Comics; flagowego tytułu wydawnictwa DC, w którym w 1938 debiutował sam Superman! Ale, jak to zwykle w życiu bywa, coś za coś; wolnego miejsca na łamach Action Comics było mniej, więc Legion relegowano do roli backup feature: krótkich, ośmio- lub dziesięciostronicowych historii. 

Z mojej perspektywy - it was a blessing in disguise. Dziesięciostronicowy format nie nadawał się szczególnie do opowiadania blockbusterowych historii z walką o losy świata, potężnymi superłotrami oraz podróżami do innych wymiarów - Jim Shooter skupił się więc na mniejszych character pieces, gdzie stawki były bardziej osobiste, a obsada postaci węższa. Dziś, jak zapowiada panel tytułowy, będziemy śledzić losy Timber Wolfa - to jego solowa historia, którą zapowiadałem parę miesięcy temu w tym wpisie! W roli supporting cast pojawi się zaś Light Lass, jego partnerka, oraz (w króciutkim występie) jej brat - Lightning Lad. 

Co tam dziś słychać w trzydziestym wieku? Ano nawet w dalekiej przyszłości zdarzają się czasem roboty drogowe:

"That's twice in only twenty years!"

Podejrzanie często, prawda? I faktycznie: za sterami laserowej wygładzarki nie siedzą robotnicy, a gang czający się na opancerzoną furgonetkę. It's a cool little heist; topią laserem powierzchnię estakady, a furgonetka spada na pakę ciężarówki podstawionej kondygnację niżej.

Nie wiemy niestety, co dokładnie przewozi furgonetka opisana "Britts"

Obecny na miejscu Timber Wolf skacze do boju! Równolegle ze sceną akcji otrzymujemy odrobinę przypomnienia, kim jest i jakie są jego moce. Całkiem efektywne!

Tak, Timber Wolf posiada nadludzką siłę oraz jest super-akrobatą

Nie jest jednak bardziej odporny na ciosy od przeciętnego człowieka - gdy w trakcie walki zostaje postrzelony w ramię, niemal wyłącza go to z akcji. He fights like a cornered beast... a wounded wolf at bay... Urrg! - komentuje jeden z bandytów, zanim pięść Timber Wolfa utrudni mu dalszą komunikację. Ciekawe; czuć już, że Timber Wolf zaczyna być portretowany w bardziej animalistyczny sposób, co ewoluuje później do postaci marvelowskiego Wolverine'a! Wcale tu nie koloryzuję; jeśli ktoś nie pamięta, Timber Wolf to naprawdę proto-Wolverine. Rysował ich nawet ten sam artysta; gdy wkroczymy już mocniej do Bronze Age, podobieństwa staną się jeszcze mocniejsze!

Tak czy inaczej, Brin (tak nazywa się w cywilu) pomimo postrzału odpiera atak złoczyńców. But he's badly hurt! 

Doktor jest łysy! Czy to znak, że jest zły?

Sure it is, ale nie uprzedzajmy faktów! Doceńmy lepiej naprawdę niezły tusz w tej historii. To subtelna rzecz; rozmawialiśmy już kiedyś o roli inkera, i nieco upraszczając - jeśli kreskę artysty porównać do rysów twarzy, to rolą inkera jest nałożyć makijaż. Tusz w tym numerze nakłada gościnnie Mike Esposito, naprawdę doświadczony specjalista; znany był on głównie z pracy przy Wonder Woman już od końca lat '50. Jeśli pomyślicie o Wonder Woman z Silver Age - są spore szanse, że macie w głowie właśnie tusze Mike'a!

Tusze Mike'a Esposito na okładce, sierpień 1959

Zwróćcie dziś szczególną uwagę na twarze postaci w zbliżeniach; wyglądają moim zdaniem dużo naturalniej niż te, które ostatnio fundował nam Jack Abel. Ale wróćmy do samej historii! Brin wraca do kwatery Legionu, gdzie na powitanie wybiega zaniepokojona Ayla:

Brin, nie bądź bucem!

No, zreflektował się przynajmniej. Poza twarzą zwróćcie uwagę na tzw. cross-hatching na dłoniach Timber Wofa - przecinające się linie tuszu - który nadaje im naturalnej trójwymiarowości!

Brin czuje się dziwnie, ponieważ szemrany łysy doktor napoił go narkotykiem - okazuje się, że cały skok na furgonetkę był tylko pretekstem, by dorwać rannego legionistę. Narkotyki zaczynają wkrótce działać na dobre:

Brin wpada w stan euforii, nabiera niepożytej energii... i łaknienia, ale sam jeszcze nie wie, czego właściwie.

To nie pierwszy raz, kiedy widzimy narkotyki w fabule Legionu - w tej niedawno omawianej historii Brainiac 5 został spryskany halucynogennym gazem i widzieliśmy kawał solidnej psychodelii! Dzisiejsza historia rozkłada jednak inaczej dramaturgiczne akcenty: owszem, Timber Wolf również skosztował narkotyków wbrew własnej woli, ale fabuła dryfuje w bardziej realistycznym kierunku. Brainiac 5 zaliczył jednorazowego efektownego tripa; Timber Wolf musi zmagać się z uzależnieniem.

Łysy narkodoktor powraca!
Doktorze, tłumacz się!

Bardzo podoba mi się, że redaktorska ramka odsyła nas nie tradycyjnie do któregoś z poprzednich numerów... a do Odysei!

No to chyba wszystko jasne: zakazane owoce lotosu są tu bardzo jasną metaforą narkotyków. Trzeba było uciekać się do takich środków, gdyż Comic Code zabraniał twardo ukazywania ich w komiksach, nawet w negatywnym kontekście - ograniczenie to przełamano dopiero dwa lata później, w 1971, o czym możecie przeczytać tutaj. Pomijając metaforyczną otoczkę z owocami - Legion wyprzedził pod tym kątem Spider-Mana oraz duet Green Lantern/Green Arrow o dwa lata! Wznieśmy więc nasz piękny refren: the Legion did it first! 

Oczy Ayli są dużo bardziej naturalne niż niedawny zez rozbieżny Lany

Ale ale, dlaczego właściwie łysy narkodoktor spotkał się z naszym bohaterem? Otóż dostarczył mu nową porcję owoców... pod warunkiem, że podzieli się nimi z innymi osobami z Legionu. Ayla jest zdecydowanie podejrzliwa, a Brin przeżywa moralne katusze:

Ale Brin nie chce mówić!

All right, then!, woła Ayla zniecierpliwiona, gdy Brin nie potrafi wytłumaczyć sytuacji; shut me out, just like you shut everyone else out! Here's what I think of your stupid present! Legionistka wyrzuca owoc gdzieś daleko, a Brin rzuca się za nim jakby był najcenniejszą rzeczą na świecie. 

Brin ucieka z kwatery Legionu i sam zjada narkopomidora, z jednej strony - pchany głodem uzależnienia, z drugiej - chęcią uchronienia Ayli przed własnym losem. Timber Wolf nie wie jednak, że zaniepokojona Light Lass śledziła go i wszystko rozgryzła samodzielnie: 

Zabawny mały detal: znarkotyzowany "Wolf" siedzi i gapi się tępo na księżyc w pełni

Ayla kontynuuje podążanie za swoim chłopakiem, gdy ten próbuje zdobyć więcej owoców:

Powiem raz jeszcze: naprawdę podoba mi się tusz w tym numerze!

Czas na scenę kulminacyjną! Ayla stawia Brina przed okrutnym wyborem...

Nie jest to metoda najbardziej subtelna, ale pamiętajcie - mamy tylko dziesięć stron!

W głębi duszy Brin to oczywiście dobry chłopak, więc zachęty łysego narkodoktora spotykają się tym razem ze zdecydowaną odpowiedzią:

"No!"

No bo i co tu więcej mówić; wielkie, czerwone NO! doskonale pełni swoją rolę. Wszystko kończy się zaraz później budującym happy endem:

I chociaż metody Ayli są oczywiście mocno przerysowane na potrzeby dziesięciostronicowe fabuły, ogólne przesłanie jest wciąż wartościowe: trudno wyjść z problemów samotnie! Oto nasza niedzielna lekcja.

Naprawdę lubię tę historię! Jak mówi stara prawda, restriction breeds creativity; ograniczenie do dziesięciu stron zmusiło Jima Shootera do zrewidowania formuły historii. Każdy panel jest tu istotny, nie ma rozwleczonych sekwencji; w rezultacie otrzymujemy samo narracyjne mięsko. Powtarzam często uczniom i uczennicom, że po to właśnie mamy w pracach górny limit liczby słów: aby usunąć wodolejstwo i zmusić nas do myślenia, jak zawrzeć maksimum treści w minimum słów.

Bardzo dobrze dobrane są też postacie: Timber Wolf i Light Lass dawno nie mieli własnych pięciu minut. Łatwo uwierzyć, że odludek Brin byłby szczególnie narażony na pokusę uzależnienia; fajnie zobaczyć, że Ayla nie potrzebuje supermocy, by mu pomóc - no, poza tą jedną lewitacją kosza. Związek Brina i Ayli zaczyna nabierać własnego charakteru; to już nie tylko mmm he's so cute, ale wspólne przygody i przeżycia.  No i do tego gościnnie nakładający tusz Mike Esposito!

Nasze kolejne spotkania będą więc short and sweet, skupione na takich właśnie krótkich historiach: to one doprowadzą nas do lat '70 oraz końca Silver Age. Ale to już, jak zwykle... w przyszłości!


~.~

...a jeśli chcecie zanurkować w przeszłość, chronologiczna lista naszych niedzielnych spotkań czeka!